Ostatnie wpisy
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Polecam:
Przydatne:
Także moje:
Zaglądam w blogi:
Tagi
|
Wpisy z tagiem: PDVSA
piątek, 16 lipca 2010
Boliburgesía to jeden z najpopularniejszych w ostatnich latach wenezuelskich neologizmów. Słowo powstało z jako skrót zwrotu burgesía bolivariana, czyli boliwariańskiej burżuazji. Oznacza ona tych wszystkich, którzy na wymyślonej przez Hugo Cháveza boliwariańskiej rewolucji ukuli potężne majątki. Często liczone w dziesiątkach milionów dolarów. Nie jest to, oczywiście, nic zasakującego. Taka już natura wszelakich rewolucji, że w ich trakcie niektóre fortuny upadają, inne się wzmacniają, a jeszcze inne powstają od zera. Zwłaszcza, że okazji do interesów w Wenezueli nie brakuje, bo pieniądze w tym kraju niewątpliwie są. Z samego tylko eksportu ropy do państwowych kas wpłynęło, w ciągu ostatnich 10 lat, niewyobrażalna wręcz suma ponad 700 miliardów dolarów. Najważniejsze tu jest wiedzieć z kim należy się podzielić. A potem – sky is the limit, żadnych kontroli pełna wolnoamerykanka – powiedział mi kiedyś pewien Belg robiący interesy z państwowym koncernem petrochemicznym PDVSA. Bo boliburgesía to nie tylko Wenezuelczycy. To nie tylko te setki znajdujących się u szczytu władzy prominentów, którzy – jak to kiedyś powiedział znajdujący się na lewo od Cháveza (są tacy) lokalny polityk Luis Tascón – „ubrani w czerwoną koszulę gadają przez kilka godzin dziennie o rewolucji, a potem wsiadają w opancerzony samochód z szoferem, który odwozi ich do domu mającego 1000 metrów kwadratowych, w którym czeka na nich zastęp służących”. Boliburgesía to także setki, jeśli nie tysiące prawdziwych biznesmenów, dla krórych rewolucja to po prostu okazja do interesów. Większość to, oczywiście Wenezuelczycy, ale są też wśród nich Amerykanie, Francuzi, jest sporo Hiszpanów, Szwajcarów, ostatnio też coraz więcej Rosjan, Chińczyków i Białorusinów. Obracają milionami dolarów - pośredniczą, doradzają, importują. Są szczęśliwi, że rewolucyjny rząd, swymi programami nacjonalizacji i kolektywizacji doprowadził do niemal całkowitej zapaści lokalnego rolnictwa i przemysłu. Szacuje się, że ponad 75 proc. sprzedawanych w Wenezueli towarów konsumpcyjnych jest obecnie sprowadzanych. Mleko z Brazylii, ryż z Ekwadoru, wołowina z nie wiadomo skąd ale na etykiecie też ma „importada”. Do tego jeszcze ta kontrola obrotu dewizowego! To dopiero jest szansa na bogactwo, jeśli ma się do nich dostęp dolarów po najniższej oficjalnej cenie, czyli za 2,6 boliwara. Na czarnym rynku dają za niego dzisiaj 3,2 raza więcej! Dzięki temu wystarczy niektóre towary tylko sprowadzać, nawet nie trzeba się później troszczyć o ich sprzedawanie. I tak się to opłaca. To dzięki temu właśnie w tych tygodniach zdumieni wybuchł skandal cuchnących kontenerów. Rząd starał się go zmieść pod dywan, ale smród jednak jest zbyt wielki... W całym kraju w portach i magazynach odnajdywane są tysiące porzuconych kontenerów z przeterminowaną żywnością i lekarstwami. W Puerto Ordaz cuchnie rozkładająca się brazylijska wołowina, w Maracaibo chińskie mleko, lista jest bez końca. Są to już dziesiątki tysięcy ton zepsutego żarcia, sprwadzonego w większości przez państwową sieć sklepów PDVAL. W desperackim geście władze w Caracas próbowały nawet ostatnio wysłać trochę tego świństwa na Haiti w ramach pomocy humanitarnej. Nie udało się jednak – bezczelni i niewychowani zajżeli darowanemu koniowi w zęby i odesłali statek z prezentami do domu. Wenezuelskie dary nie spełniały norm sanitarnych... Czerwonych burżuji łatwo poznać. Wielu, w naturalnym dla nuworyszy stylu, stara się epatować swym bogactwem. Czerwony hummer, czy srebrne porsche ze zdjęciem Cháveza na tylniej szybie nikogo tu chyba już nie dziwi.
Po co o tym wszystkim piszę? Ano bo jednak coś się zmienia. Być może jednak wenezuelska czerwona arystokracja zaczęła się jednak trochę wstydzić swych fortun? Zwłaszcza ta jej część, która teoretycznie żyje tylko z urzędniczej pensji, której wysokość w żaden sposób nie tłumaczy posiadanych rezydencji i opancerzonych samochodów. A może to nie wstyd? Może po prostu mają dosyć tego, że wścibska prasa na tyle jeszcze odważa się podnosić głowę, że wynajduje niedeklarowane nigdzie posiadłości w Miami, czy udziały w zupełnie nie socjalistycznych firmach? Wczoraj Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości w Caracas wydał decyzję, którą na pewno boliburżuazja przyjęła z ulgą – sędziowie uznali bowiem, że czas najwyższy skończyć z odziedziczonym po kapitaliźmie brzydkim zwyczajem ostentacyjnego interesowania się pieniądzem. I uznała, w swej decyzji numer 745 Izby Konstytucyjnej, że nie ma podstaw aby dalej upubliczniać wysokości zarobków, oraz deklaracje posiadanego mienia składane przez państowych urzędników. Rewolucyjni sędziowie uznali, że publikacja takich informacji stanowi... naruszenie intymności zainteresowanych. Que viva la Robolución! (to kolejny wenezuelski neologizm, którego znaczenie odcyfrujcie sami)
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||