| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

Wpisy z tagiem: Rewolucja Boliwariańska

poniedziałek, 30 maja 2011

Słowo daję, rewolucja! I bynajmniej nie mam namyśli tego pseudosocjalistycznego błota, w którym z lubością, od ponad 12 lat, tapla swych poddanych Hugon Chávez Frías.

Prawdziwa rewolucja rozpoczęła się na wenezuelskich drogach! Poinformował o niej, kilka dni temu, na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej, komisarz Luis Fernández, dyrektor Narodowej Policji Boliwariańskiej. Otóż na północy kraju, w stanie Falcón, na drodze między Morón i Coro, skontrolowany został niedawno lokalny autobus. W wyniku owej kontroli, 41-letni kierowca, Ramón Alirio Parra García, stracił prawo jazdy na całe 12 miesięcy! Okazało się bowiem, że prowadzony przez niego autobus jechał zdecydowanie za szybko, z otwartymi drzwiami, mocno przeładowany pasażerami i na dodatek brakowało brakowało mu jednej opony w podwójnym tylnim kole, tzw. bliźniaku.

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Zapytacie się pewnie, gdzie w tym wszystkim kryje się rewolucja, która sprawiła, że o sprawie informował sam szef policji? Otóż w kraju totalnej samochodowej wolnoamerykanki i setek tysięcy pijanych i pijących za kierownicą kierowców, była to absolutna premiera. Nieszczęsny Ramón Alirio Parra García, raz na zawsze zapamiętany zostanie jako pierwszy w wenezuelskiej historii kierowca, któremu odebrano prawo jazdy za popełnione przewinienie!

Poza rocznym zakazem prowadzenia pojazdów ów kierowca będzie musiał też zapłacić 760 boliwarów mandatu, a jego pracodawca dodatkową karę 15200 boliwarów.

Informacja ta, nagłośniona przez wszystkie wenezuelskie media, miała - być może - spełniać rolę wychowawczą. Może komisarz Fernandéz w swej naiwności liczył, że przynajmniej część Wenezuelczyków z trwogą pomyśli: -Muszę bardziej uważać, przestrzegać przepisów, bo mnie też taka kara może spotkać!-?

Obawiam się, że zamierzony efekt nie został chyba osiągnięty. Chyba za bardzo Wenezuelczycy boją się swojej policji. I nie jest to bynajmniej strach podszyty szacunkiem, strach przed "stróżem prawa". Wenezuelczycy boją się policji, bo uważają jej funkcjonariuszy za do cna skorumpowanych, bezkarnych, bandytów. I nie są to lęki bezpodstawne. Doszło nawet do tak egzotycznej sytuacji, iż - bodajże w marcu tego roku - władze zabroniły, owianej najbardziej ponurą famą, stołecznej Policji Metropolitalnej, przeprowadzania kontroli samochodów. Zbyt często zdarzało się bowiem, że policjanci wykorzystywali je do okradania, czy nawet porywania kierowców.

Stopień zepsucia tej formacji był taki, że zaczęło to nawet przeszkadzać skorumpowanej centralnej władzy kraju. Ostatnio zdarzało się bowiem, że ofiarami bandytów w mundurach padali nawet członkowie rodzin czerwonych decydentów. Zdecydowano więc, że Policía Metropolitana zostanie raz na zawsze rozwiązana. Proces jej likwidacji rzeczywiście już trwa.

Myślicie, że jakoś to poprawi bezpieczeństwo w Wenezueli? Wenezuelczycy w to wątpią, ja z nimi. Chociażby dlatego, że funkcjonariusze rozwiązywanej, zepsutej formacji są... wcielani do nowej, czystej niby Narodowej Policji Boliwariańskiej. 

Czyli po raz kolejny wenezuelskie, rewolucyjne władze pokazują, ża albo mają ludzi za idiotów, albo same są totalnie zidiociałe wierząć, że gówno w nowym, bardziej kolorowym papierku przestanie być gównem? Tymczasem takich cudów nie ma - gówna w złoto nie zmieni nawet zmiana nazwy.

Pamiętacie wenezuelską denominację? Hugo Chávez zapewniał, że nowy boliwar będzie na tyle silny, że pokona inflację. I co? Nowy boliwar stracił, w ciągu 3,5 roku swego istnienia ponad 123 proc. swej wartości. Inflacja nadal pokonuje boliwara - w ciągu 3,5 roku istnienia nowej watuty, skumulowała się ona do ponad 123 proc. I wciąż jest najwyższa na kontynencie.

Wróćmy jednak do strachu przed stratą prawa jazdy. Wczoraj wracałem taksówką do domu. I pytam się kierowcy, czy teraz jeździ uważniej i np. zatrzymuje się z własnej nieprzymuszonej woli na czerwonym świetle? Spojrzał na mnie jak na wariata. "Dlaczego miałbym się zatrzymywać? Żeby mnie ktoś napadł?" - odpowiedział pytaniami na moje pytanie. "No ale prawo jazdy? Policja mówi, że zacznie drogowym piratom zabierać!" - nie dawałem za wygraną. Spojrzał na mnie jak na wariata. I wyjaśnił: -To straszenie to tylko dodatkowy argument dla policjantów wymuszających łapówki, nic więcej. Mnie to nic zupełnie nie obchodzi, bo mnie nie mają czego zabierać. Ja swoje zgubiłem kilkanaście lat temu i wciąż nie wyrobiłem sobie zamiennika. Bo po co?-

I w sumie ma rację, po co? Zdałem sobie sprawę, że ja też, już od kilku lat, jeżdżę po tym kraju bez ważnego prawa jazdy...

sobota, 23 kwietnia 2011

Jezus Chrystus łączy nas wszystkich, bez względu na polityczne poglądy. Chrystus nie jest politycznym liderem, nie jest socjalistą ani liberałem, nie jest monarchistą ani republikanem, nic z tych rzeczy.

kardynał Jorge Urosa Sabino, arcybiskup Caracas

 

Co tam kardynał może wiedzieć o Chrystusie? Niech lud się zastanowi, dyskutuje - czy Chrystus był kapitalistą? Czy popierał Imperium i burżuazję? Kiedy i gdzie? Jedyny Chrystus, który zstąpił na Ziemię jest teraz tu z nami, ze skromnymi i biednymi, apelując do sumienia bogatych, wzywając ich do pokoju! I to właśnie jest tedną z podstwowych osi naszego boliwariańskiego projektu. Socjalizm jest jedyną drogą do zbawienia ludzkości!

Hugo Chávez Frías, prezydent Wenezueli

 

I tą właśnie świąteczną wymianą zdań między wenezuelskimi hierarchami życzę wszystkim czytelnikom Podróży na Południe miłych i spokojnych świąt Wielkiej Nocy. Socjalistycznego jajka i kapitalistycznego Dyngusa!

piątek, 28 stycznia 2011

Coś w tym jest, że stołeczne lotnisko jest zazwyczaj doskonałą wizytówką kraju. To w Caracas jest wręcz Wenezuelą w miniaturze - mało kto pracuje, wszyscy kombinują, jest brudno, w kiblach nie ma papieru toaletowego, a z wychwalających socjalizm billboardów na wszystko spogląda Słońce Narodu, Hugo Chávez.

Od czasu gdy cinkciarzem okazała się być pograniczna urzędniczka, której normalnym zadaniem jest sprawdzanie paszportów, wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie na tym lotnisku zaskoczyć. Ale jednak - boliwariańska rewolucja dba o niespodzianki. W ubiegłym tygodniu, gdy wróciłem do Caracas po kilku dniach spędzonych w jakże cywilizowanej, w porównaniu z wenezuelską stolicą Bogocie, główną siurpryzą okazał się być tłum ludzi kłębiący się w hali odpraw paszportowych. Przyzwyczajony już wprawdzie jestem, że w CCS nie można się spieszyć, jednak tym razem dyrekcja lotnisko postanowiła chyba sprawdzić jakie są limity cierpliwości podróżnych. To musiał być jakiś socjotechniczny eksperyment - bo naprawdę nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć dlaczego z kilkudziesięciu stanowisk do odpraw paszportowych otwartych było zaledwie 5. I to w momencie popołudniowego szczytu, gdy do Caracas przylatują wielkie maszyny z Europy, wypluwające ze swych kadłubów setki pasażerów.

Co ciekawe, choć pracujących pograniczników było tylko pięciu, kilkunastu innych funkcjonariuszy prośbą i groźbą próbowało przez cały czas zaprowadzić porządek wśród kłębiących i niecierpliwiących się tłumów. I choć Wenezuelczycy wydają się być na codzień coraz bardziej przyzwyczajeni, że rewolucyjna władza nimi pomiata, tym razem nerwy puściły wielu osobom - do moich uszu co rusz dobiegały jakieś pokrzykiwania o "gównianej rewolucji", "drugiej Kubie" i "czerwonych lizusach". Jest jeszcze nadzieja - pomyślałem - duch w narodzie mimo wsztstko nie ginie...

Czas dłużył się jednak niemiłosiernie... 56 minut - tyle dokładnie czekałem w ogonku do paszportowej kontroli. A gdy wreszcie do niej dotarłem funkcjonariuszka SAIME nawet na mnie nie spojrzała, tak bardzo była zajęta prowadzoną właśnie rozmową przez komórkę. I bynajmniej nie była ona służbową - z tego co słyszałem była to typowe "babskie" pogaduszki w stylu: "Bo wiesz, marica, ona już się z nim nie spotyka. Ponoć za mało czasu jej poświęcał. Wolał towarzystwo swych kolegów, a nie nasze!".

I w sumie mógłbym tego dnia wjechać do Wenezueli na paszporcie swej prababci. Albo Osamy Bin Ladena. Bo ona chwyciła tylko mój dokument między swe długie tipsy i nawet nie podnosząc wzroku, ani nie otwierając go na stronie ze zdjęciem, powoli kartkowała w poszukiwaniu wolnej strony. Jakby nie mogła swego nieszczęsnego stempla wbić obok innych, choćby nawet wenezuelskich. Nie, ona leciała kartka po kartce, tak długi aż w końcu odnalazła jedną z ostatnich nieskalanych żadnym tuszem. I to tam walnęła pieczęć. I zrobiła to jakoś tak, że zupełnie się ona rozmazała. Nie widać na niej nic, ani daty, ani miesjca przekroczenia granicy, ani nawet czy był to wjazd, czy wyjazd...

Czubkiem tipsa przesunęła paszport w moja stronę, nadal szczebiocząc do telefonu. Zrozumiałem, że mogę iść dalej.

Bałem się, że po takim oczekiwaniu na kontrolę paszportową mój bagaż będzie już zdjęty z taśmy i rzucony gdzieś w kąt. Ale gdzie tam - eksperyment socjotechniczny trwał nadal: wszyscy moi współpasażerowie z Bogoty zgromadzeni byli wokół wciąż nieruchomego podajnika. "Wybierają sobie co ciekawsze rzeczy" - rzucił ktoś pół żartem, pół serio. Na szczęście mnie to, tym razem, było zupełnie obojętne - w plecaku miałem wyłącznie brudne ciuchy...

Po kolejnych kilkunastu minutach urozmaiconych jedynie pytaniami "dolares?", "money change?" zadawanymi co rusz przez ubranych w czerwone koszulki pracowników lotniska, walizki zaczęły w końcu wyjeżdżać. Bagaż odebrany można więc ruszyć do... kolejnej kolejki. Tym razem do, także wystrojonej w gustowne wdzianka z rewolucyjnymi hasłami, służby celnej...

Gdy w końcu udało mi się wyjść z gmachu lotniska i zaczerpnąć tego duszącego, wilgotnego nadmorskiego powietrza, była dokładnie godzina i 45 minut po wyjściu przeze mnie z samolotu. To nowy rekord. Rewolucyjnej wydajności i organizacji pracy.

Ale to wszystko to w sumie pikuś w porównaniu z tym co na lotnisku w Caracas działo się w tym tygodniu. Choć w sumie, tak na dobrą sprawę to... nic się nie działo. Bo zgasło światło. I nawet nie w terminalu, ale na pasie startowym, częściowo stanęły też urządzęnia kontrolne. Bo zasilanie awaryjne choć jest, to nie zadziałało. Oczywiście.

Awaria trwała, bagatela, 9 godzin. W ich trakcie nic z Caracas nie wystartowało, a przylatujące samoloty odsyłane były na Margaritę, do Maracaibo, Bogoty i na Curaçao. W sumie, jak poinformował - uwaga! - pułkownik Jesus Viñas, dyrektor Rady Nadzoru nad Instytutem Międzynarodowego Portu Lotniczego w Maiquetía im. Szymona Boliwara, trzeba było zmodyfikować, bądź odwołać blisko 50 lotów.

Tak zupełnie na marginesie - ktoś może mi wytłumaczyć, dla czego zazwyczaj wszelkie lewicowe reżimy mają tendencję do tworzenia mega skomplikowanych nazw dla najprotszych nawet instytucji? Moim ulubieńcem jest Dyrekcja Generalna Narodowej Koordynacji Strażaków i Strażaczek oraz Administracji Sytuacjami Wyjątkowymi o Charakterze Cywilnym (w skrócie DGCNBBAECC) będąca jednym z departamentów w Ministerstwie Władzy Ludowej do Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości (MPPRIJ).

Ale wróćmy jeszcze do lotniska w Caracas. Prasa ujawniła, że tegotygodniowa awaria nie była odosobnionym incydentem. Wypowiadający się piloci zgodnie twierdzą, że lotnisko jest w fatalnym stanie. Od kilku miesięcy jest np. wyłączone z ruchu ostatnie 500 metrów głównej drogi strartowej, gdyż wybrzuszył się na niej asfalt. Z powodu uszkodzeń w płycie postojowej zamknięto też ostatnio dla największych samolotów dostęp do dwóch "rękawów" którymi pasażerowie wchodzą i schodzą z pokładu.

Dodajmy do tego, że Conviasa - narodowy przewoźnik lotniczy socjalistycznej Wenezueli odwoływał niedawno, przez prawie dwa tygodnie, niemal wszystkie swoje loty, z powodu protestu pilotów, twierdzących że ich firma nie przestrzega podstawych procedur bezpieczeństwa.

Na koniec jednak optymistyczny akcent. Jasno Świecącemu Słońcu Wenezueli, Ojcowi Dobrobytu Wszelakiego, towarzyszowi-prezydentowi Hugo Chávezowi, zebrało się w miniony weekend na szczerość. W swej coniedzielnej, wielogodzinnej pogadance stwierdził nagle, cytuję:

Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy są skorumpowani. Tak samo jak nie my wszyscy, państwowi urzędnicy, jesteśmy skorumpowani.

A może jednak zgrzeszył nadmiernym optymizmem? Zwłaszcza w tej drugiej części swej afirmacji. Szczególnie jeśli chodzi o Wenezuelę.

niedziela, 26 grudnia 2010

Trwają bożonarodzeniowe Święta (wszystkiego najlepszego dla wszystkich czytelników Podróży na Południe!), więc myślę że nie ma nic bardziej stosownego jak dalszy ciąg wieści z raju. Oczywiście tego boliwariańskiego, gdzie Hugo Chavez jest nieznoszącym krytyki Bogiem.

Tak jak już pisałem boliwariańska Wenzuela jest niezwykle dumna z programów ochrony socjalnej ludu pracującego. Jej władze co rusz wbijają do robotniczych głów, że muszą być wdzięczne Bogowi za to, że pracują właśnie tu, a nie gdzie indziej. A już na pewno nie we wstrząsanych kryzysami Europie i Stanach Zjenoczonych! Bo tam kapitaliści-krwiopijcy tylko wysysają siły witalne z proletariatu. Tamtejsza ohydna i zdegenrowana burżuazja nic nie robi poza bezwstydnym bogaceniem się na pocie wyzyskiwanych robotników.

Dzieci w wenezuelskich podstawowych szkołach publicznych już się zresztą uczą, że tak samo okropnie było też w Wenezueli, zanim nie pojawił się wizjoner Chavez, jego boliwariańska rewolucja i gwarantujący wszystkim szczęście i sprawiedliwość socjalizm XXI wieku.

Jak bardzo ten raj jest rajski pokazują nam najnowsze, oficjalne dane Narodowego Instytutu Statystyki (INE). Otóż na koniec listopada 2010 roku stopa bezrobocia w Wenezueli wyniosła 7,7 proc. Czyli rzeczywiście jest niższa niż w USA i Eurozonie. I, co więcej, spadła w porównaniu z październikiem o ponad procent!

Oficjalne media reżimu Chaveza informacje o bezrobociu kończą w tym właśnie miejscu. My pogrzebmy jednak trochę głębiej w danych INE. I wygrzebmy chociażby informację, że wenezuelskie bezrobocie w listopadzie tego roku jest wyższe o 0,2 proc. niż było w listopadzie roku ubiegłowego. I to mimo, że na całym kontynencie trend jest dokładnie odwrotny i bezrobocie w porównaniu z rokiem 2009 wyraźnie się zminiejszyło.

Wygrzebmy też, że spośród tych którzy w Wenezueli pracują tylko 55,2 proc. robi to w sektorze formalnym. Pozostali, czyli 44,8 proc. pracuje w tzw. szarej strefie, czyli bez jakiegokolwiek kontraktu, osłony socjalnej, czy gwarancji zatrudnienia. Ale nawet ci formalnie zatrudnieni niekoniecznie mają powody do radości. Bo aż 16 proc. z nich dostaje na koniec miesiąca pensję minimalną, czyli – na dzień dzisiejszy –ok. 110 czarnorynkowych dolarów. Ci zatrudnieni na czarno często nie mogą liczyć nawet na tyle.

No ale biada temu, który będzie narzekał, czy – nie daj Boże – protestował. Nizadowolonym reżim bez wahania organizuje Śmigusa-Dygusa. Nawet w trakce Adwentu. Oto jak potraktowani zostali studenci i kadra profesorska Centralnego Universytetu Wenezueli, największej publicznej uczelni w kraju, którzy w przededniu Wigilii odważyli się protestować przeciw przyjętej właśnie nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, znoszącej uniwersytecką autonomię, ograniczającą rolę samorządu studenckiego i gwarantującą że „edukacja ma być w służbie rewolucji”: chavezowscy pretorianie nie zostawili na nich suchej nitki...

PS. W ostatnich dniach Jasno Świecące Śłońce Wenezueli śledziło oczywiście z dużą ciekawością i w wielkim napięciu wybory zorganizowane przez Wielkiego Sternika Białorusi – tego „wielkiego europejskiego lidera” i przyjaciela Wenezueli, Aleksandra Łukaszenkę. Jak przystało na wspierających się miłośników wolności i sprawiedliwości, depesza wysłana z Caracas do Mińska aż ugina się pod entuzjastycznymi epitetami i pochwałami. Aresztowania i pobicia opozycji, ekpresowe procesy bez prawa do obrony, osoby zaginione, dziennikarze w pierdlu – wszystko to w ocenie rządu Chaveza było – „wielkim dniem demokracji”. Widać w końcu wyraźnie jak wenezuelski caudillo pojmuje słowo demokracja. Biedna Wenezuela.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ostatnio mam nowe hobby - codzienna lektura depesz reżimowej Wenezuelskiej Agencji Prasowej. Tak wzorowego dziennikarskiego wazeliniarstwa ze świeczką szukać. Nigdy ani słowa krytyki i zawsze o prezydencie z atencją i czołobitnością.

Piszący te ich teksty żyją chyba w jakiejś zamkniętej komunie i nigdy nie mają kontaktu z wenezuelską rzeczywistością - z ich depesz wyłania się kraj mlekiem i miodem płynący, w którym prezydent osobiście i natychmiast rozwiązuje każdy problem z jakim czasem, ale oczywiście coraz rzadziej, skonfrontowany może zostać Wenezuelczyk.

Jeszcze lepsze są depesze ze świata. Tam wszędzie kryzys, manifestacje i łamania praw człowieka, a zwłaszcza robotnika (to taki specjalny, lepszy człowiek). Ludzie są tam zazwyczaj nieszczęśliwi i marzą, że w końcu - tak jak Wenezuelczyków - uwolni i uszczęśliwi ich rewolucja. Na szczęście ta obejmuje coraz większe połacie naszego globu. Rośnie lista zaprzyjaźnionych państw, których liderzy podążają tą samą co Hugo Chavez drogą. Gdzie też wszyscy są szczęśliwi. Taka Białoruś na przykład... Wenezuelska Agencja Prasowa zapewnia dzisiaj od rana:

Prezydent Łukaszenko, dzięki masowemu ludowemu poparciu, zbliża się ku kolejnemu wyborczemu zwycięstwu. Wstępne wyniki wskazują, że - dzięki masowo docenianej przez obywateli polityce zachowywania i rozwoju zdobyczy Związku Radzieckiego - zdobył niemal 90 proc. głosów. Pokonana opozycja, jeszcze zanim zostały ogłoszone te wyniki, zaczęła insynuować oszustwo, zapominając, że proces wyborczy był ściśle monitorowany przez blisko 800 zagranicznych obserwatorów. Prezydent był zmuszony wysłać policję aby zapewniła spokój i bezpieczeństwo obywateli wobec zapowiedzi zwoływania nielegalnych demonstracji przez środowiska związane z pokonanymi kandydatami.

Prezydent Łukaszenko, mimo niustannych ataków ze strony zachodnich mocarstw, stoi na czele Białorusi od 1994 roku. Dzięki jego polityce gospodarka tego kraju rozwija się dynamicznie i ma ono jednen najniższych wskaźników bezrobocia na świecie. Tylko 7 proc. jego mieszkańców uważać można za biednych.

 

Oczywiście ani słowa o aresztowaniach, czy pobiciach opozycyjnych kandydatów. Jednego z depesz AVN nie mogę się tylko dowiedzieć - gdzie jest lepiej? We wspaniałej Białorusi Łukaszenki, czy może jednak w rajskiej Wenezueli Hugo Chaveza. No i gdzie ona jest, bo jakoś w Caracas jej nie mogę, choć szukam, znaleźć. Ale gdzieś musi przecież być, skoro agencja, tym razem po angielsku, dumnie obwieszcza:

Venezuela guarantees job security while unemployment rises in Europe and the U.S.

Caracas, 17 Dic. AVN .- With the decree extending labor immobility one more year, announced on Thursday by President Hugo Chavez, Venezuela continues protecting workers, in contrast with the policies of the capitalist system implemented in Europe and the United States: increase of unemployment, reduction of wages and higher barriers to access to pensions.

This was highlighted on Friday by the Vice-president of the Comprehensive Social Development Committee of the National Assembly (AN), Deputy Oswaldo Vera, who is also a member of the National Coordination of the Bolivarian Socialist Force of Workers.

Vera pointed out that labor immobility has been a permanent policy of the Chávez government, which guarantees that workers who earn up to three minimum wages can not be fired without a justified cause.

If an employer falls into this illegality, the Ministry of People"s Power for Labor and Social Security, or labor tribunals, must take appropriate action for the reinstatement of affected workers.

Labor immobility has been in force in the country since 2002.

Meanwhile, as Vera said, unemployment is higher in Europe and the U.S.

Unemployment rate went up to 10.1 percent in the Eurozone in September, a higher figure in comparison with August. This is a record according to data released by Eurostat.

Since February, unemployment in Europe has been around 10 percent, the highest level since the creation of the Eurozone in 1999.

Meanwhile, unemployment rate in the United States reached 9.8 percent in November.

Już widzę te rzesze Europejczyków i Amerykanów jakie lada moment będą walić do Wenezueli na saksy. Zanim jednak kupicie bilet do Caracas to weźcie pod uwagę kilka, dziwnym trafem nie wymienionych w depeszy AVN, parametrów. Np. taki, że aktualna oficjalna pensja minimalna wynosi w Wenezueli równowartość 120 czarnorynkowych dolarów. Że Wenezuela jako jedyna na kontynencie znajduje się już drugi rok w recesji i ma jedną z największych inflacji na świecie. Nie wspominając już ani słowem o powszechnym tu bandytyźmie. Ani o tym, że Carlos, młody znajomy lekarz pracujący w państwowym szpitalu właśnie wczoraj mi się chwalił, że dostał pensję (190 USD) za... wrzesień! To całkiem nieźle, bo na początku roku opóźnienie było 6-miesięczne. Coś jeszcze? Ah, od kilku dni nie ma w sklepach mąki. Ale jest cukier, bo przedtem jego nie było!

piątek, 29 stycznia 2010

Uczciwie przyznaję. Gdybym sam tego już kilka razy nie widział, prawdopodobnie bym w to nie uwierzył. Bym pewnie przypuszczał, że to jakiś złośliwy fotomontaż przeciwników Cháveza. Jednak nie, na własnie oczy widziałem jak ubrani jak robocopy funkcjonariusze Gwardii Pretoriańskiej Boliwariańskiej Gwardii Narodowej, ongiś prestiżowej formacji, a obecnie skorumpowanej, upolitycznionej, wenezuelskiej wersji PRL-owskiego ZOMO, złowieszczo stukają takimi stalowymi maczugami o asfalt, bądź kołyszą nimi tuż przed szeregami protestujących.

garrapino - stalowa maczuga używana przez wenezuelską Gwardię Narodową

 

garrapino - stalowa maczuga używana przez wenezuelską Gwardię Narodową

(fot. Ana Viloria/El Nacional)

Pretorianie oczywiście bronią się, że taki łańcuch z kotwicą, fachowo zwany garrapiño nie jest niczym nowym i zapewniają, że nigdy (jeszcze?) nikt nie został nim uderzony. No, mam nadzieję że to prawda, bo skutki tego byłyby raczej tragiczne...

Pułkownik Antonio Benavides, ten sam który podczas manifestacji opozycji w Caracas, często osobiście dowodzi represjonowaniem protestujących, zapewnia że garrapiño nie jest narzędziem ofensywnym, lecz defensywnym. I służy głównie do usuwania z drogi płonących obiektów.

Dlaczego jednak jego podwładni epatują tą kotwicą gdy na horyzoncie nie ma żadnego ognia? Na takie pytanie oczywiście nie odpowiedział.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .