Ostatnie wpisy
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Polecam:
Przydatne:
Także moje:
Zaglądam w blogi:
Tagi
|
Wpisy z tagiem: CCS
piątek, 28 stycznia 2011
Coś w tym jest, że stołeczne lotnisko jest zazwyczaj doskonałą wizytówką kraju. To w Caracas jest wręcz Wenezuelą w miniaturze - mało kto pracuje, wszyscy kombinują, jest brudno, w kiblach nie ma papieru toaletowego, a z wychwalających socjalizm billboardów na wszystko spogląda Słońce Narodu, Hugo Chávez. Od czasu gdy cinkciarzem okazała się być pograniczna urzędniczka, której normalnym zadaniem jest sprawdzanie paszportów, wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie na tym lotnisku zaskoczyć. Ale jednak - boliwariańska rewolucja dba o niespodzianki. W ubiegłym tygodniu, gdy wróciłem do Caracas po kilku dniach spędzonych w jakże cywilizowanej, w porównaniu z wenezuelską stolicą Bogocie, główną siurpryzą okazał się być tłum ludzi kłębiący się w hali odpraw paszportowych. Przyzwyczajony już wprawdzie jestem, że w CCS nie można się spieszyć, jednak tym razem dyrekcja lotnisko postanowiła chyba sprawdzić jakie są limity cierpliwości podróżnych. To musiał być jakiś socjotechniczny eksperyment - bo naprawdę nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć dlaczego z kilkudziesięciu stanowisk do odpraw paszportowych otwartych było zaledwie 5. I to w momencie popołudniowego szczytu, gdy do Caracas przylatują wielkie maszyny z Europy, wypluwające ze swych kadłubów setki pasażerów. Co ciekawe, choć pracujących pograniczników było tylko pięciu, kilkunastu innych funkcjonariuszy prośbą i groźbą próbowało przez cały czas zaprowadzić porządek wśród kłębiących i niecierpliwiących się tłumów. I choć Wenezuelczycy wydają się być na codzień coraz bardziej przyzwyczajeni, że rewolucyjna władza nimi pomiata, tym razem nerwy puściły wielu osobom - do moich uszu co rusz dobiegały jakieś pokrzykiwania o "gównianej rewolucji", "drugiej Kubie" i "czerwonych lizusach". Jest jeszcze nadzieja - pomyślałem - duch w narodzie mimo wsztstko nie ginie... Czas dłużył się jednak niemiłosiernie... 56 minut - tyle dokładnie czekałem w ogonku do paszportowej kontroli. A gdy wreszcie do niej dotarłem funkcjonariuszka SAIME nawet na mnie nie spojrzała, tak bardzo była zajęta prowadzoną właśnie rozmową przez komórkę. I bynajmniej nie była ona służbową - z tego co słyszałem była to typowe "babskie" pogaduszki w stylu: "Bo wiesz, marica, ona już się z nim nie spotyka. Ponoć za mało czasu jej poświęcał. Wolał towarzystwo swych kolegów, a nie nasze!". I w sumie mógłbym tego dnia wjechać do Wenezueli na paszporcie swej prababci. Albo Osamy Bin Ladena. Bo ona chwyciła tylko mój dokument między swe długie tipsy i nawet nie podnosząc wzroku, ani nie otwierając go na stronie ze zdjęciem, powoli kartkowała w poszukiwaniu wolnej strony. Jakby nie mogła swego nieszczęsnego stempla wbić obok innych, choćby nawet wenezuelskich. Nie, ona leciała kartka po kartce, tak długi aż w końcu odnalazła jedną z ostatnich nieskalanych żadnym tuszem. I to tam walnęła pieczęć. I zrobiła to jakoś tak, że zupełnie się ona rozmazała. Nie widać na niej nic, ani daty, ani miesjca przekroczenia granicy, ani nawet czy był to wjazd, czy wyjazd... Czubkiem tipsa przesunęła paszport w moja stronę, nadal szczebiocząc do telefonu. Zrozumiałem, że mogę iść dalej. Bałem się, że po takim oczekiwaniu na kontrolę paszportową mój bagaż będzie już zdjęty z taśmy i rzucony gdzieś w kąt. Ale gdzie tam - eksperyment socjotechniczny trwał nadal: wszyscy moi współpasażerowie z Bogoty zgromadzeni byli wokół wciąż nieruchomego podajnika. "Wybierają sobie co ciekawsze rzeczy" - rzucił ktoś pół żartem, pół serio. Na szczęście mnie to, tym razem, było zupełnie obojętne - w plecaku miałem wyłącznie brudne ciuchy... Po kolejnych kilkunastu minutach urozmaiconych jedynie pytaniami "dolares?", "money change?" zadawanymi co rusz przez ubranych w czerwone koszulki pracowników lotniska, walizki zaczęły w końcu wyjeżdżać. Bagaż odebrany można więc ruszyć do... kolejnej kolejki. Tym razem do, także wystrojonej w gustowne wdzianka z rewolucyjnymi hasłami, służby celnej... Gdy w końcu udało mi się wyjść z gmachu lotniska i zaczerpnąć tego duszącego, wilgotnego nadmorskiego powietrza, była dokładnie godzina i 45 minut po wyjściu przeze mnie z samolotu. To nowy rekord. Rewolucyjnej wydajności i organizacji pracy. Ale to wszystko to w sumie pikuś w porównaniu z tym co na lotnisku w Caracas działo się w tym tygodniu. Choć w sumie, tak na dobrą sprawę to... nic się nie działo. Bo zgasło światło. I nawet nie w terminalu, ale na pasie startowym, częściowo stanęły też urządzęnia kontrolne. Bo zasilanie awaryjne choć jest, to nie zadziałało. Oczywiście. Awaria trwała, bagatela, 9 godzin. W ich trakcie nic z Caracas nie wystartowało, a przylatujące samoloty odsyłane były na Margaritę, do Maracaibo, Bogoty i na Curaçao. W sumie, jak poinformował - uwaga! - pułkownik Jesus Viñas, dyrektor Rady Nadzoru nad Instytutem Międzynarodowego Portu Lotniczego w Maiquetía im. Szymona Boliwara, trzeba było zmodyfikować, bądź odwołać blisko 50 lotów. Tak zupełnie na marginesie - ktoś może mi wytłumaczyć, dla czego zazwyczaj wszelkie lewicowe reżimy mają tendencję do tworzenia mega skomplikowanych nazw dla najprotszych nawet instytucji? Moim ulubieńcem jest Dyrekcja Generalna Narodowej Koordynacji Strażaków i Strażaczek oraz Administracji Sytuacjami Wyjątkowymi o Charakterze Cywilnym (w skrócie DGCNBBAECC) będąca jednym z departamentów w Ministerstwie Władzy Ludowej do Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości (MPPRIJ). Ale wróćmy jeszcze do lotniska w Caracas. Prasa ujawniła, że tegotygodniowa awaria nie była odosobnionym incydentem. Wypowiadający się piloci zgodnie twierdzą, że lotnisko jest w fatalnym stanie. Od kilku miesięcy jest np. wyłączone z ruchu ostatnie 500 metrów głównej drogi strartowej, gdyż wybrzuszył się na niej asfalt. Z powodu uszkodzeń w płycie postojowej zamknięto też ostatnio dla największych samolotów dostęp do dwóch "rękawów" którymi pasażerowie wchodzą i schodzą z pokładu. Dodajmy do tego, że Conviasa - narodowy przewoźnik lotniczy socjalistycznej Wenezueli odwoływał niedawno, przez prawie dwa tygodnie, niemal wszystkie swoje loty, z powodu protestu pilotów, twierdzących że ich firma nie przestrzega podstawych procedur bezpieczeństwa. Na koniec jednak optymistyczny akcent. Jasno Świecącemu Słońcu Wenezueli, Ojcowi Dobrobytu Wszelakiego, towarzyszowi-prezydentowi Hugo Chávezowi, zebrało się w miniony weekend na szczerość. W swej coniedzielnej, wielogodzinnej pogadance stwierdził nagle, cytuję:
A może jednak zgrzeszył nadmiernym optymizmem? Zwłaszcza w tej drugiej części swej afirmacji. Szczególnie jeśli chodzi o Wenezuelę.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||