Ostatnie wpisy
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Polecam:
Przydatne:
Także moje:
Zaglądam w blogi:
Tagi
|
Wpisy z tagiem: Chile
środa, 16 grudnia 2009
Pytanie do kobiet, zwłaszcza do tych które mają już dzieci: Czy wyobrażacie sobie, że można być nieświadomym ciąży? I być totalnie zaskoczonym tym, że się nagle rodzi dziecko? Okazuje się, że można. I to będąc sportowcem należącym do reprezentacji własnego kraju. Takim, który znajduje się pod regularną lekarską kontrolą! Przydarzyło się to właśnie 22-letniej chilijskiej sztangistce Elizabeth Poblete. Jak ujawniła wczoraj brazylijska prasa, ta często szkoląca się w São Paulo zawodniczka, kilkanaście dni temu nagle, podczas treningu, poczuła się bardzo źle. Mówiąc dokładniej, uszły z niej wody płodowe w momencie gdy podrywała sztangę ważącą blisko 200 kg. Wtedy zaczęły się też skurcze. Dziewczyna i jej trener byli w szoku – nie mieli pojęcia co się dzieje, symptomy odbiegały bowiem od klasycznych kontuzji sztangistów. Natychmiast przewieziono ją więc do szpitala, gdzie lekarze jednak bez najmniejszego problemu postawili diagnozę – był to poród! I medycy się nie pomylili. Kilka godzin później na świat przyszedł mierzący 33 cm i ważący niewiele 1,15 kilograma wcześniak. Wstępnie szacuje się, że urodził się w 6 miesiącu ciąży. Ciąża wprawiła w ambaras nie tylko młodą matkę, ale cały opiekujący się nią staff. Jak to możliwe, że nikt nie zdał sobie sprawy, że dziewczyna jest w ciąży? Brazylijski trener Horacio Reis tłumaczy: -Fakt, że ostatnio zrobiła się bardziej okrągła, ale była na specjalnej przygotowanej przez lekarzy diecie, która miała właśnie sprawić aby przybrała na wadze, chcieliśmy aby z 75 kg doszła do 85. W formie była przy tym świetnej. Na tydzień przed porodem wygrała zawody w Chile-. Lekarze którzy się nią opiekowali też jakoś do winy się nie poczuwają – intensywne treningi i specjalne diety sztangistek zaburzają równowagę hormonalną i często się zdarza, że zawodniczki przez wiele miesięcy nie mają okresu – tłumaczy medyk chilijskiej federacji ciężarowców. Nie da się ukryć – sport, jak widać, to samo zdrowie... Pozostaje pytanie na które Elizabeth Poblete odmawia póki co odpowiedzi – kto jest ojcem dziecka? Niewykluczone, że tak jak nie wiedziała iż jest w ciąży, tego też nie wie. Sztangistka, która na ubiegłorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie zajęła 12. miejsce, nadała już jednak swemu niespodziewanemu synkowi imię Eric José. Maleństwo przebywa na oddziale intensywnej terapii w São Paulo i lekarze twierdzą, że jego życie wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie. Choć, na szczęście, wcześniak zaczął już przybierać na wadze. Zdrowie synka nie jest jedynym zmartwieniem chilijskiej zawodniczki. Wciąż nie wiadomo bowiem kto zapłaci niemałą sumę pieniędzy za skomplikowany poród w prywatnej brazylijskiej klinice i utrzymywanie tam przy życiu wcześniaka. Chilijska federacja ubezpieczyła oczywiście swą zawodniczkę, ale tylko od chorób i wypadków. Tymczasem ciąża i poród nie jest ani jednym, ani drugim.
P.S. Przypominam o istnieniu tierralatina.pl – poświęconego Latynoameryce serwisu, który z każdym dniem coraz bardziej się rozwija! >Technorati tags: Brazylia, Chile, sport, podnoszenie ciężarów, Elizabeth Poblete.
czwartek, 13 sierpnia 2009
Zabawimy się? Zabawmy. Mam dla Was językową zagadkę-łamigłówkę. I choć dotyczy ona języka hiszpańskiego, to – myślę – nawet nie znający go, mogą podać właściwą odpowiedź. Bo jest ona dość logiczna. Z góry jednak uprzedzam – nie wertujcie słowników, nie przeszukujcie internetu. Chodzi bowiem o wyrażenie na tyle nowe i kolokwialne, że na jego zapisaną definicję nigdy jeszcze nie natrafiłem. Ale słyszałem już je wielokrotnie, więc jest używane. Gotowi? No to proszę: Kogo i dlaczego nazywa się czasem w Chile i Argentynie taksówką? Una taxi – kto to jest? Oczywiście nie chodzi mi o prostytutkę pracującą dla sutenera – w tym znaczeniu una taxi używana jest głównie w Hiszpanii, nie w Ameryce Łacińskiej. I – co więcej – to znaczenie nie ma już w sobie nic z kolokwialności, jest ono zupełnie oficjalnie wymieniane w słowniku Królewskiej Akademii Hiszpańskiego – niezastąpionej bilblii każdego, kogo interesuje język Cervantesa, Marqueza, Borgesa i wielu innych geniuszy literatury.
P.S.: Wciąż zapraszam Was do dyskusji o podróżniczych marzeniach i zwyczajach. Toczy się ona pod tą notką. >Technorati tags: język hiszpański, Chile, Argentyna, słowa, wyrażenia, latynoamerykanizmy, kultura. >Blogalaxia tags: idioma español, castellano, Chile, Argentina, palabras, expresiones, latinoamericanismos, cultura.
czwartek, 06 sierpnia 2009
Jak to się mówi? Wyjątki potwierdzają regułę, tak? No to właśnie teraz będzie to taki wyjątek... Stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, że mimo całej mojej fascynacji Ameryką Łacińską, jeden bardzo ważny element jej kultury pozostawia mnie zupełnie obojętnym. A nawet więcej – mam do niego awersję. Chodzi oczywiście o ten ponoć sport, w którym 22 dorosłych facetów kopie piłkę, a tysiące innych osób przeżywa na sam tego widok, stany bliskie orgazmowi. Futbolem to się ponoć zwie, czy piłką nożną. Jakiś czas temu łudziłem się jeszcze, że latynoamerykański futbol jest inny niż ten europejski. Że to fiesta i radość, a nie korupcja i złe emocje. Myliłem się – także tutaj piłka nożna to śmierdzące bagienko pełne afer i łapówek, a kibole naparzają się po mordach. W Brazylii regularnie też do siebie strzelają, albo sprzedają sobie nawzajem kosy pod żebra. Niedawno któryś z tamtejszych uniwersytetów opublikował jakieś badania z których jednoznacznie wynikało, że Brazylia prowadzi nie tylko w rankingu FIFA, ale także w światowej klasyfikacji ilości zabójstw mających futbolowe podłoże. Mundial w Brazylii, przewidziany na rok 2014, zapowiada się więc obiecująco... Zresztą w sąsiedniej Argentynie wcale nie jest lepiej. I pomijam fakt, że idol tamtejszej piłkarskiej młodzieży jest byłym narkomanem i przyjacielem słynnego demokraty Fidela Castro... Jeśli narzekacie na PZPN, to muszę Was pocieszyć – aż tak zły on nie jest. Argentyński Związek Piłki Nożnej, której szef dorobił się gigantycznej fortuny i zupełnie oficjalnie nazywany jest El Capo, ogłosił właśnie że... ligowe rozgrywki nie rozpoczną się zgodnie z kalendarzem. Piłkarski sezon, który tradycyjnie zaczynał się w połowie sierpnia, został „zawieszony” do odwołania. Powodem są gigantyczne długi kilku czołowych klubów. Ich same tylko zaległości podatkowe przekraczają 300 milionów pesos (3,7 peso to dolar), do tego dołożyć trzeba długi wobec federacji i - w niektórych przypadkach – także zaległe pensje. AFA, czyli argentyński odpowiednik PZPN, uznała że trzeba głębiej zajrzeć do kieszeni kibiców-telewidzów. I próbuje przenieść relacje z rozgrywek do najdroższych płatnych kanałów. Domaga się, aby telewizje zapłaciły jej nie 268 miliony pesos, jak wstępnie ustalono, ale 720 milionów pesos. Spora podwyżka... Nie podoba się to ani telewizjom, ani kibicom. Efekt jest taki, że wczoraj grupa ok. 100 młodzieńców uważających się za miłośników futbolu wdarła się do siedziby AFA i całkowicie ją zdemolowała. Powybijano szyby, niszczono meble, na murach sprayowano hasła typu „Grodnona to złodziej!”, czy „Grondona kłamco, podawaj się do dymisji!”. Adresat tych haseł, Julio Humberto Grondona, to właśnie wspominany El Capo, szef AFA. I przy okazji wiceprezes FIFA. Wczoraj ze swojego biura uciekać musiał pod silną eskortą policji. Musiała ona też użyć gazów łzawiących, aby uwolnić związek od kibiców... Żeby było ciekawiej AFA krytykowana jest także przez wielu argentyńskich działaczy futbolowych, oraz związek zawodowy piłkarzy. Bo ich zdaniem nie jest wcale tak, jak to przedstawia Grondona – argentyński futbol nie ma wcale strukturalnego problemu i nie odczuwa konsekwencji globalnej recesji. Zdaniem krytyków, winna jest wyłącznie AFA, która od lat przymykała oko na finansowe przewały i złe zarządzanie w niektórych klubach. To nieprawda, że wszystkie mają kłopoty – niektóre, jak chociażby Estudiantes, czy Vélez mają finanse zdrowe, i żadnych długów. Dlaczego więc teraz mają płacić za błędy innych? Bo przeciez wstrzymanie rozgrywek oznacza brak przychodów! Ale ja w sumie nie o tym chciałem. Do ruszenia futbolowego tematu skłoniła mnie zuepełnie inna wiadomość. Zupełnie nie śmierdząca piłkarskim bagienkiem... Otóż zagubiona na Pacyfiku chilijska Wyspa Wielkanocna, ta sama na której stoją słynne posągi Moai, ma za sobą swą piłkarską premierę.I to, mimo porażki, szalenie udaną! Pascuenses, bo tak w hiszpańskim nazywają się mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej, od lat skarżą się, że są chilijskimi obywatelami drugiej kategorii. Narzekają, że Santiago się nimi nie interesuje, że traktuje ich wyłącznie jak turystyczną atrakcję, że nie docierają do nich żadne projekty i inwestycje. Mówiąc krótko, że są prowincją prowincji. Chilijski Związek Piłki Nożnej krytykę wzięła sobie do serca. I postanowiła zrobić coś dla wyspy. Wysłała więc na nią Miguela Angela Gamboa, ongiś reprezentanta Chile, a obecnie trenera narodowej selekcji w plażowej piłce nożnej, aby ten stworzył tam klub mogący wziąć udział w... Pucharze Chile. Gamboa z powierzonego mu zadania wywiązał się wyśmienicie. W ciągu 4 tygodni przeprowadził selekcję chętnych mieszkańców wyspy, zoraganizował kilkanaście treningów i przygotował piłkarską reprezentację wyspy. W jej skład weszli lokalni rzemieślnicy, rybacy, tancerze zespołów folklorystycznych, a nawet instruktor nurkowania. Chilijska Federacja ręcznie rozstawiła powstały w ekspresowym tempie zespół Rapa Nui (tak nazywają swą wyspę Pascuenses) i jako przeciwnika w Copa Chile wybrała mu Colo-Colo, najbardziej utytułowany i popularny klub w kraju. Do premierowego spotkania doszło wczoraj. Premierowego z wielu względów. Przede wszystkim nigdy wcześniej jedyne na wyspie miejskie boisko (bo stadionem tego nazwać nie można) w Hanga Roa nie gościło żadnego oficjalnego meczu. Colo Colo nigdy też nie grało pucharowego meczu w swym kraju, w odległości aż 3600 km od Santiago. Nie grali także wcześniej z widokiem na morze, i pod czujnym okiem majestatycznego Moai!
fot.: ANFP Nigdy też, żaden mecz nie budził u gospodarzy tak powszechnych emocji! Wyobraźcie sobie, że choć mecz transmitowała na żywo telewizja, wokół boiska w Hanga Roa zgromadziło się aż ponad 3000 widzów. Co zważywszy, że mieszkańców na wyspie jest ok. 3800, jest być może jednym ze światowych rekordów zainteresowania futbolem. No ale w sumie to zrozumiałe – każdy chciał zobyczyć na własne oczy, jak gra wujek, brat, syn, kuzyn, czy sąsiad z legendą chilijskiego futbolu.
fot.: ANFP Oczywiście nikt nie miał wątpliwości, że mimo odtańczenia El Hoko – tradycyjnego tańca wojowników, (podobnego bardzo do nowozelandzkiej Haki, którą straszy swych przeciwników tamtejsza reprezentacja rugby) drużyna Rapa Nui poniesie porażkę.
Tak też się stało, ale amatorzy z Rapa Nui wcale się nie ośmieszyli. Walczyli dzielnie i nawet udało im się strzelić przeciwnikom jednego gola, niestety przy pomocy ręki.
Mecz zakończył się wynikiem 4-0, przy czym jedna bramka była samobójcza, a inna strzelona z karnego. Mimo to wszyscy świetnie się bawili, nawet największe gwiazdy Colo-Colo nie narzekały na rzeczywiście fatalną murawę, amecz zakończył się wielką imprezą w której udział wzięli zawodnicy obu drużyn. Nie było wyzwisk, bijatyk, szwadronów policji i ochroniarzy – aż dziw, że to w piłce nożnej możliwe. Chilijska federacja, zachęcona tym precedensem, już obiecała że na wyspie rozgrane zostaną w przyszłości inne mecze. I pomoże lokalnym władzom w rozwoju sportowej infrastruktury.
PS. Amatorom latynoskiego futbolu polecam blogi Futbolin i Brasileirao. Bo to naprawdę był wyjątek. Dużo wody w latynoskich rzekach upłynie zanim piłka na Podróż na Południe powróci... :) >Technorati tags: Chile, Colo-Colo, piłka nożna, futbol, Wyspa Wielkanocna, Rapa Nui, Puchar Chile, Argentyna, Brazylia.
sobota, 01 sierpnia 2009
Czasem nawet bardzo krótkie informacje niosą w sobie nadspodziewanie wiele treści. Tak jest właśnie z króciutką notką, którą przed kilkoma dniami wypluły z siebie wszystkie liczące się agencje prasowe. Wszędzie jej tytuł brzmiał podobnie: Chiny stały się głównym partnerem handlowym Chile. To jedno krótkie, na pierwszy rzut oka banalne wręcz zdanie symbolizuje niesamowite, historyczne zmiany zachodzące we współczesnym świecie. To co się stało w Chile, za chwilę powtarzać się będzie w innych państwach. Nowym liderem niekoniecznie będą Chiny. W zależności od regionu świata, mogą to być np. Indie, a za kilka lat również w wielu miejscach Brazylia. To co się natomiast nie będzie zmieniać, to państwa ustępujące z pozycji dotychczasowych liderów: Stany Zjednoczone i Unia Europejska. W konkretnym przypadku Chile, Chiny pobiły na pozycji głównego partnera handlowego właśnie USA. Stany Zjednoczone od dekad były podstawowym rynkiem chilijskich eksporterów. Głównie miedzi, bo to nią żyje chilijska gospodarka. Ameryka przez lata kupowała na potęgę złoto-pomarańczowy metal, bo współczesny rozwój idzie zazwyczaj w parze z zapotrzebowaniem na miedź, której Chile jest największym światowym producentem. Bez miedzi nie ma elektroniki, miedź szeroko stosuje się w budownictwie, miedź potrzebna jest także w przemyśle zbrojeniowym. Nie jest więc niespodzianką, że w obecnej chwili - w momencie globalnej recesji, której skutki najbardziej odczuwają właśnie USA i Europa – spadło zapotrzebowanie na miedź u tradycyjnych jej odbiorców. Ekspertów zaskoczyło coś zupełnie innego - kontrakty pozrywane przez amerykańskich odbiorców chilijskiego metalu zostały niemal natychmiast przejęte przez importerów z Chin. Wartość chińskiego importu z Chile, na który składa się prawie wyłącznie miedź, wyniosła – w pierwszych 6 miesiącach tego roku - blisko 4,9 miliardów dolarów. To ponad 21 proc. wartości całego chilijskiego eksportu w tym okresie. Tymczasem Stany Zjednoczone, do ubiegłego roku niekwestionowany lider handlu z Chile, w minionym półroczu, wydały w tym latynoskim kraju 3,16 miliarda dolarów. Wartość chilijskiego eksportu do USA spadła w tym okresie o ponad 31 proc. Jeszcze bardziej spektakularny jest spadek wartości chilijskiego handlu z Unią Europejską. Państwa europejskie kupiły w Chile w pierwszym półroczu towary za 4,32 miliardy USD. To o 55,7 proc. mniej niż rok wcześniej. Oczywiście spowolnienie światowej koniunktury odczuwane jest na wszystkich rynkach. Jednak nie wszędzie równie silne. Wartość handlu chilijsko-chińskiego obniżyła się, w porównaniu z ubiegłym rokiem, tylko o niespełna 13 proc. Mimo kryzysu chilijscy eksporterzy nie tracą animuszu. I wychwalają socjalistyczny rząd Michelle Bachelet za kontynuacje polityki jej poprzednika, także socjalisty Ricardo Lagosa, czyli konsekwentne usuwanie barier i protekcji w handlu zagranicznym. Chile ma obecnie podpisanych ponad 40 dwustronnych umów o wolnym handlu, to rekord na kontynencie. Jednym z ostatnich państw które podpisało z Chile takie porozumienie są Indie. Zdaniem wielu chilijskich ekspertów od handlu zagranicznego to właśnie ten kraj, może już za kilka lat włączyć się do walki o tytuł głównego partnera handlowego ich kraju. Z kolei zdaniem politologów, coraz bardziej wyraźnia utrata pozycji lidera we wzajemnych stosunkach handlowych Stanów Zjednoczonych i państw Ameryki Łacińskiej, będzie coraz częściej szła w parze także z utratą wpływów politycznych. Co zresztą już widać. Na szczęście nie oznacza to automatyczne, że nowy lider wymiany handlowej zastąpi Waszyngton także na scenie politycznej.
PS. Na Tierra Incógnita możecie poczytać o najdurniejszych gadżetach dla turystów i podróżników. A może macie własnych kandydatów do takiego antyrankingu? >Technorati tags: Chile, Chiny, Stany Zjednoczone, gospodarka, handel. >Blogalaxia tags: Chile, China, Estados Unidos, economía, comercio. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||