| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

BloGalaxia

Zdradzieckie podróże

piątek, 17 sierpnia 2007

Wakacje. I po wakacjach... Tierralatina i Tierra Incognita były w ostatnich dniach zamknięte bo udałem się w zasłużony, choć niestety bardzo krótki offline... :)

Po raz pierwszy od kilku lat postanowiłem zaryzykować i pojechać gdzieś bez laptopa i telefonu komórkowego. Udało się! Choć, oczywiście, od sprawdzania maili powstrzymać się nie mogłem...

A byłem tutaj:

port i miasto z lotu ptaka

Ciekawe czy ktoś z Was rozpozna? Mnie wydaje się, że zagadka aż tak trudna nie jest... :)

wtorek, 07 sierpnia 2007

... moje fotograficzne wspomnienia z Darfuru. Od kilku chwil są tutaj. Zapraszam!

środa, 04 lipca 2007

Wczoraj, z okazji przegapionych urodzin, zapowiedziałem niespodziankę. Oto i ona – Tierra Incognita! W ciszy i samotności dokonałem właśnie uroczystej inauguracji pierwszego dziecka niniejszego bloga. Trafiać będzie tam wszystko to, co tematycznie od Ameryki Łacińskiej odstaje. Czyli, mówiąc w skrócie, wszystkie podróże które, mimo wszystko, zdarza mi się czasem odbywać zdala od mojej ukochanej Tierralatiny...

Zapraszam!


>Technorati tags: , , .
>Blogalaxia tags: , , .
niedziela, 17 września 2006

Trochę się ostatnio opuściłem w pisaniu bloga. Ale mam bardzo dobre usprawiedliwienie – byłem w Madrycie. Kilka intensywnych dni (i nocy) w tym fascynującym mieście bardzo dobrze mi zrobiło. Nogi wprawdzie wlazły mi w uszy po kilometrach jakie zlazłem w muzeach Prado i Reina Sofia (wspaniały nowy gmach zaprojektowany przez jednego z moich ulubionych architektów – Francuza Jeana Nouvela!). Ale nie żałuję.

Nie żałuję także odwiedzin w jednym z najbardziej niemoralnych muzeów naszego kontynentu – Muzeum Ameryki – w którym wystawione są przede wszystkim eksponaty zrabowane przez hiszpańskich kolonizatorów. Ciekawe, choć niesmaczne. Naprawdę, i chyba ze zrozumiałych względów, wolałbym to samo oglądać w Meksyku, Limie czy Bogocie...

Starłem też buty w poszukiwaniu kilku książek. Nie wszystkie bowiem hiszpańskojęzyczne tytuły łatwo kupić w Ameryce Łacińskiej. Wiele książek trzeba specjalnie sprowadzać i często kilkakrotnie powiększa to ich cenę. Pobyt w Madrycie jest więc, z tego punktu widzenia, nielada gratką. Gdybyście kiedyś także poszukiwali hiszpańskich książek to polecam Fnac, La Casa del Libro, a w przypadku literatury związanej z turystyką, czy górami rewelacyjną księgarnię Desnivel.

Wracając do samego pobytu w Madrycie. Niestety nie udało mi się spotkać z la_uną, czyli mieszkającą tam tajemniczą autorką świetnego bloga El Castellano, do którego powinni regularnie zaglądać wszyscy uczący się hiszpańskiego. Co sie jednak odwlecze to, mam nadzieję, nie uciecze. Zwłaszcza że mam już numer telefonu komórkowego autorki i musze przecież odebrać w końcu wygraną kiedyś nagrodę. :)

Na moje szczęście między Europą i Ameryką Łacińska lata się głównie przez Madryd, więc okazji na pewno nie będzie brakowało. Z drugiej strony jednak nie aż tak pewny, że ten przymusowy tranzyt przez Madryd jest aż tak dobrą rzeczą. Trochę bowiem jestem pogniewany z tamtejszym lotniskiem...

Po raz pierwszy w życiu udało mi się spóźnić na samolot. I to wcale nie dlatego, że nie dojechałem na czas na lotnisko... Byłem tam na godzinę i dwadzieścia minut przed planowanym odlotem. Czyli teoretycznie w porę. Oficjalnie limit dla terminalu T4S, z którego odlatywał mój samolot wynosi przecież 55 minut! Problem w tym, że na tym pięknym, nowiutkim, nowoczesnym gmachu nr. 4, gdzie jest chyba z 200 okienek do check-in, czynne było tylko... 6 z nich! I oczywiście kolejka do nich była niewyobrażalna! 36 minut – tyle dokładnie w niej stałem, zanim uśmiechnięta dziewczyna oświadczyła mi, że mój lot został zamknięty „3 minuty wcześniej”! Grrrr... Que rabia!

Polak oczywiście jest mądrzejszy po szkodzie, więc teraz mogę już Wam poradzić, że jeśli znajdziecie się kiedyś na Barajas w podobnej sytuacji i lecicie, podobnie jak ja, Iberią - to bez wahania korzystajcie z czerwonych automatów do „autocheckingu”. Jeśli ma się bilet elektroniczny – e-ticket – to jest to banalnie proste. I co najważniejsze, wbrew temu co jest na tych automatach napisane, można z nich korzystać nie tylko gdy podróżuje się bez dużego bagażu. Jeśli bowiem posiada się bagaż do zarejestrowania, to po wydaniu przez maszynę karty pokładowej wystarczy udać się do specjalnych okienek, gdzie mogą zostawiać bagaże pasażerowie posiadajcy już kartę pokładową! Ja tak właśnie zrobiłem. Ale niestety dopiero dzień później... Inną możliwością jest dokonanie check-inu poprzez internet, w ciągu 24 godzin poprzedzających wylot. Sami wtedy wybieramy sobie miejsce w samolocie i sami drukujemy kartę pokładową. A bagaż oddajemy tak jak powyżej... Proste.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
środa, 05 października 2005

Hmmm… Musze przyznać, że komentarz pozostawiony przez Pravdana, czyli – tu się pochwalę – znaną mi osobiście autorkę bardzo intelektualnego bloga „Lapidarium”, wciąż chodzi mi po głowie. Pravdan zaskoczył mnie bardzo pytając się, czy czas spędzony w Afryce coś we mnie zmienił. Przecież to pytanie retoryczne! Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie każda podróż coś zmienia. Podróżuje nie tylko aby zobaczyć, poznać coś nowego – każda wyprawa jest także okazją aby dowiedzieć się czegoś o sobie samym, odkryć jak się zachowam w jakiejś nowej sytuacji, w konfrontacji z odmienną kulturą, z szokującymi czasem zwyczajami, z poznawanymi ludźmi. Nie wiem, może jak się jeździ z tzw. touroperatorem, z polskojęzycznym przewodnikiem i w gromadzie rodaków i bez kontaktów z lokalną populacją, to takich doznań się nie ma. Nie wiem, bo nie znam tego typu turystyki. Nie znam i mam nadzieję, że nie poznam. Co nie znaczy, ze jestem przeciwnikiem turystki zorganizowanej. Nie mogę być jej przeciwnikiem bo sam organizuję czasem innym podróże, sam czasem jestem przewodnikiem. Ale zawsze dbam w takich wypadkach o to, aby podróż w jakiś sposób zmieniła moich „klientów”, aby poznali coś więcej niż rzeczy znajdujące się w najlepszym nawet przewodniku. Np. nie wyobrażam sobie wyjazdu do Ameryki Południowej bez spotkań z Indianami, i nie tylko tymi, którzy sprzedają swe rękodzieło na największych turystycznych targach. Tak samo jest ze Sri Lanką – jak można mówić, że było się w tym kraju jeśli nie odwiedziło się okupowanej przez tamilskich separatystów północnej części wyspy?

Każda podróż powinna być próbą dotarcia do ludzi, którzy żyją w danym miejscu, zrozumienia ich problemów, warunków ich życia, ich smutków i radości, okazją do skosztowania ich codziennej żywności – potraw oryginalnych, a nie wariacji na ich temat skomponowanych przez szwajcarskiego szefa kuchni lokalnego Hiltona. To okazja do poznania ich prawdziwej kultury, zwyczajów, tradycji, muzyki – i tu znowu, tej prawdziwej, a nie jakichś komercyjnych popłuczyn w stylu „El condor pasa” jako wspomnienie z Peru. Przemykanie się klimatyzowanym autokarem między hotelem, plażą i muzeum turystyką dla mnie nie jest. Jest może wypoczynkiem. Ale to nie to samo. Oczywiście obie rzeczy można ze sobą połączyć, one siebie nie wykluczają. Nie rozumiem jednak „turystów”, którzy opowiadają, że byli np. na Dominikanie, ale nie są w stanie powiedzieć jaka jest stolica tego kraju, jakim językiem posługują się jego mieszkańcy, jaka jest lokalna waluta. A dlaczego? Bo przez dwa tygodnie ani razu nie opuścili swego „all-inclusive-resortu”... Przecież oni nie byli na Dominikanie. Oni byli tylko w hotelu.

Wracając do Afryki. Te 10 dni ostatnio tam spędzonych bardzo mnie zmieniło. Trzeba być bardzo gruboskórnym, aby po wizycie w obozie uchodźców w którym 60 tysięcy osób żyje bez elektryczności, bieżącej wody i kanalizacji, patrzeć na świat tak jak wcześniej... Odkryłem też ze zdziwieniem, że mam pewne limity. Wcześniej myślałem, że jestem w stanie spróbować każdej potrawy, że ciekawość zawsze weźmie u mnie górę nad uprzedzeniami, obrzydeniem. Wsuwałem więc już smażone mrówki, gąsienice... Tym razem jednak wymiękłem – sałatka z łypiących na mnie z talerza baranich oczu była silniejsza ode mnie. Zostawiłem ją samą sobie. Skupiłem się na potrawie z baranich płuc, co też wcale takie łatwe nie było...

Dziś wyjątkowo nie moje zdjęcie, ale zdjęcie na którym jestem ja...

niedziela, 02 października 2005

Kilku czytelników zachęcało mnie, abym porzucił na moment Amerykę Łacińską i napisał trochę o Afryce, o moim ostatnim tam pobycie... Nie wiem, czy jest to dobry pomysł. Nigdy nie podobały mi się zbytnio blogi, w ktorych autor pisze o tym co zjadł na śniadanie, po czym o nowej fryzurze koleżanki, następnego dnia o wygranej PiSu w wyborach, a później o seksie na klatce schodowej... I tak wydaje mi się, że Tierralatina to bardzo szeroki zakres tematyczny. A jeśli teraz zacznę rozpisywać się Czarnym Kontynencie to w sumie nic nie będzie stało później na przeszkodzie, abym np. nie napisał też o Sri Lance, którą także znam bardzo dobrze i dość regularnie odwiedzam... I zrobi się z tego blog o podróżach, co wcale nie było moim planem.

Czyli jak pewnie już zrozumieliście nie będę pisał o Afryce. No chyba, że ktoś znajdzie jakiś przekonujący mnie argument, abym jednak zmienił zdanie. Póki co, na otarcie łez fascynatom Tierranegra, ostatnie zdjęcia stamtąd...

I zarazem przestroga - do czego może doprowadzić nadużywanie khatu...

 
1 , 2