| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

Chile

środa, 16 grudnia 2009

Pytanie do kobiet, zwłaszcza do tych które mają już dzieci: Czy wyobrażacie sobie, że można być nieświadomym ciąży? I być totalnie zaskoczonym tym, że się nagle rodzi dziecko?

Okazuje się, że można. I to będąc sportowcem należącym do reprezentacji własnego kraju. Takim, który znajduje się pod regularną lekarską kontrolą! Przydarzyło się to właśnie 22-letniej chilijskiej sztangistce Elizabeth Poblete. Jak ujawniła wczoraj brazylijska prasa, ta często szkoląca się w São Paulo zawodniczka, kilkanaście dni temu nagle, podczas treningu, poczuła się bardzo źle. Mówiąc dokładniej, uszły z niej wody płodowe w momencie gdy podrywała sztangę ważącą blisko 200 kg. Wtedy zaczęły się też skurcze.

Dziewczyna i jej trener byli w szoku – nie mieli pojęcia co się dzieje, symptomy odbiegały bowiem od klasycznych kontuzji sztangistów. Natychmiast przewieziono ją więc do szpitala, gdzie lekarze jednak bez najmniejszego problemu postawili diagnozę – był to poród!

I medycy się nie pomylili. Kilka godzin później na świat przyszedł mierzący 33 cm i ważący niewiele 1,15 kilograma wcześniak. Wstępnie szacuje się, że urodził się w 6 miesiącu ciąży.

Ciąża wprawiła w ambaras nie tylko młodą matkę, ale cały opiekujący się nią staff. Jak to możliwe, że nikt nie zdał sobie sprawy, że dziewczyna jest w ciąży?

Brazylijski trener Horacio Reis tłumaczy: -Fakt, że ostatnio zrobiła się bardziej okrągła, ale była na specjalnej przygotowanej przez lekarzy diecie, która miała właśnie sprawić aby przybrała na wadze, chcieliśmy aby z 75 kg doszła do 85. W formie była przy tym świetnej. Na tydzień przed porodem wygrała zawody w Chile-.

Lekarze którzy się nią opiekowali też jakoś do winy się nie poczuwają – intensywne treningi i specjalne diety sztangistek zaburzają równowagę hormonalną i często się zdarza, że zawodniczki przez wiele miesięcy nie mają okresu – tłumaczy medyk chilijskiej federacji ciężarowców.

Nie da się ukryć – sport, jak widać, to samo zdrowie...

Pozostaje pytanie na które Elizabeth Poblete odmawia póki co odpowiedzi – kto jest ojcem dziecka? Niewykluczone, że tak jak nie wiedziała iż jest w ciąży, tego też nie wie.

Sztangistka, która na ubiegłorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie zajęła 12. miejsce, nadała już jednak swemu niespodziewanemu synkowi imię Eric José. Maleństwo przebywa na oddziale intensywnej terapii w São Paulo i lekarze twierdzą, że jego życie wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie. Choć, na szczęście, wcześniak zaczął już przybierać na wadze.

Zdrowie synka nie jest jedynym zmartwieniem chilijskiej zawodniczki. Wciąż nie wiadomo bowiem kto zapłaci niemałą sumę pieniędzy za skomplikowany poród w prywatnej brazylijskiej klinice i utrzymywanie tam przy życiu wcześniaka. Chilijska federacja ubezpieczyła oczywiście swą zawodniczkę, ale tylko od chorób i wypadków. Tymczasem ciąża i poród nie jest ani jednym, ani drugim.

P.S. Przypominam o istnieniu tierralatina.pl – poświęconego Latynoameryce serwisu, który z każdym dniem coraz bardziej się rozwija!


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

czwartek, 06 sierpnia 2009

Jak to się mówi? Wyjątki potwierdzają regułę, tak? No to właśnie teraz będzie to taki wyjątek...

Stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, że mimo całej mojej fascynacji Ameryką Łacińską, jeden bardzo ważny element jej kultury pozostawia mnie zupełnie obojętnym. A nawet więcej – mam do niego awersję. Chodzi oczywiście o ten ponoć sport, w którym 22 dorosłych facetów kopie piłkę, a tysiące innych osób przeżywa na sam tego widok, stany bliskie orgazmowi. Futbolem to się ponoć zwie, czy piłką nożną.

Jakiś czas temu łudziłem się jeszcze, że latynoamerykański futbol jest inny niż ten europejski. Że to fiesta i radość, a nie korupcja i złe emocje. Myliłem się – także tutaj piłka nożna to śmierdzące bagienko pełne afer i łapówek, a kibole naparzają się po mordach. W Brazylii regularnie też do siebie strzelają, albo sprzedają sobie nawzajem kosy pod żebra. Niedawno któryś z tamtejszych uniwersytetów opublikował jakieś badania z których jednoznacznie wynikało, że Brazylia prowadzi nie tylko w rankingu FIFA, ale także w światowej klasyfikacji ilości zabójstw mających futbolowe podłoże. Mundial w Brazylii, przewidziany na rok 2014, zapowiada się więc obiecująco...

Zresztą w sąsiedniej Argentynie wcale nie jest lepiej. I pomijam fakt, że idol tamtejszej piłkarskiej młodzieży jest byłym narkomanem i przyjacielem słynnego demokraty Fidela Castro... Jeśli narzekacie na PZPN, to muszę Was pocieszyć – aż tak zły on nie jest. Argentyński Związek Piłki Nożnej, której szef dorobił się gigantycznej fortuny i zupełnie oficjalnie nazywany jest El Capo, ogłosił właśnie że... ligowe rozgrywki nie rozpoczną się zgodnie z kalendarzem. Piłkarski sezon, który tradycyjnie zaczynał się w połowie sierpnia, został „zawieszony” do odwołania. Powodem są gigantyczne długi kilku czołowych klubów. Ich same tylko zaległości podatkowe przekraczają 300 milionów pesos (3,7 peso to dolar), do tego dołożyć trzeba długi wobec federacji i - w niektórych przypadkach – także zaległe pensje.

AFA, czyli argentyński odpowiednik PZPN, uznała że trzeba głębiej zajrzeć do kieszeni kibiców-telewidzów. I próbuje przenieść relacje z rozgrywek do najdroższych płatnych kanałów. Domaga się, aby telewizje zapłaciły jej nie 268 miliony pesos, jak wstępnie ustalono, ale 720 milionów pesos. Spora podwyżka...

Nie podoba się to ani telewizjom, ani kibicom. Efekt jest taki, że wczoraj grupa ok. 100 młodzieńców uważających się za miłośników futbolu wdarła się do siedziby AFA i całkowicie ją zdemolowała. Powybijano szyby, niszczono meble, na murach sprayowano hasła typu „Grodnona to złodziej!”, czy „Grondona kłamco, podawaj się do dymisji!”. Adresat tych haseł, Julio Humberto Grondona, to właśnie wspominany El Capo, szef AFA. I przy okazji wiceprezes FIFA.

Wczoraj ze swojego biura uciekać musiał pod silną eskortą policji. Musiała ona też użyć gazów łzawiących, aby uwolnić związek od kibiców...

Żeby było ciekawiej AFA krytykowana jest także przez wielu argentyńskich działaczy futbolowych, oraz związek zawodowy piłkarzy. Bo ich zdaniem nie jest wcale tak, jak to przedstawia Grondona – argentyński futbol nie ma wcale strukturalnego problemu i nie odczuwa konsekwencji globalnej recesji. Zdaniem krytyków, winna jest wyłącznie AFA, która od lat przymykała oko na finansowe przewały i złe zarządzanie w niektórych klubach. To nieprawda, że wszystkie mają kłopoty – niektóre, jak chociażby Estudiantes, czy Vélez mają finanse zdrowe, i żadnych długów. Dlaczego więc teraz mają płacić za błędy innych? Bo przeciez wstrzymanie rozgrywek oznacza brak przychodów!

Ale ja w sumie nie o tym chciałem. Do ruszenia futbolowego tematu skłoniła mnie zuepełnie inna wiadomość. Zupełnie nie śmierdząca piłkarskim bagienkiem...

Otóż zagubiona na Pacyfiku chilijska Wyspa Wielkanocna, ta sama na której stoją słynne posągi Moai, ma za sobą swą piłkarską premierę.I to, mimo porażki, szalenie udaną!

Pascuenses, bo tak w hiszpańskim nazywają się mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej, od lat skarżą się, że są chilijskimi obywatelami drugiej kategorii. Narzekają, że Santiago się nimi nie interesuje, że traktuje ich wyłącznie jak turystyczną atrakcję, że nie docierają do nich żadne projekty i inwestycje. Mówiąc krótko, że są prowincją prowincji.

Chilijski Związek Piłki Nożnej krytykę wzięła sobie do serca. I postanowiła zrobić coś dla wyspy. Wysłała więc na nią Miguela Angela Gamboa, ongiś reprezentanta Chile, a obecnie trenera narodowej selekcji w plażowej piłce nożnej, aby ten stworzył tam klub mogący wziąć udział w... Pucharze Chile.

Gamboa z powierzonego mu zadania wywiązał się wyśmienicie. W ciągu 4 tygodni przeprowadził selekcję chętnych mieszkańców wyspy, zoraganizował kilkanaście treningów i przygotował piłkarską reprezentację wyspy. W jej skład weszli lokalni rzemieślnicy, rybacy, tancerze zespołów folklorystycznych, a nawet instruktor nurkowania.

Chilijska Federacja ręcznie rozstawiła powstały w ekspresowym tempie zespół Rapa Nui (tak nazywają swą wyspę Pascuenses) i jako przeciwnika w Copa Chile wybrała mu Colo-Colo, najbardziej utytułowany i popularny klub w kraju.

Do premierowego spotkania doszło wczoraj. Premierowego z wielu względów. Przede wszystkim nigdy wcześniej jedyne na wyspie miejskie boisko (bo stadionem tego nazwać nie można) w Hanga Roa nie gościło żadnego oficjalnego meczu. Colo Colo nigdy też nie grało pucharowego meczu w swym kraju, w odległości aż 3600 km od Santiago. Nie grali także wcześniej z widokiem na morze, i pod czujnym okiem majestatycznego Moai!

Rapa Nui - Colo-Colo - Copa Chile

fot.: ANFP

Nigdy też, żaden mecz nie budził u gospodarzy tak powszechnych emocji! Wyobraźcie sobie, że choć mecz transmitowała na żywo telewizja, wokół boiska w Hanga Roa zgromadziło się aż ponad 3000 widzów. Co zważywszy, że mieszkańców na wyspie jest ok. 3800, jest być może jednym ze światowych rekordów zainteresowania futbolem.

No ale w sumie to zrozumiałe – każdy chciał zobyczyć na własne oczy, jak gra wujek, brat, syn, kuzyn, czy sąsiad z legendą chilijskiego futbolu.

Rapa Nui - Colo-Colo - El Hoko

fot.: ANFP

Oczywiście nikt nie miał wątpliwości, że mimo odtańczenia El Hoko – tradycyjnego tańca wojowników, (podobnego bardzo do nowozelandzkiej Haki, którą straszy swych przeciwników tamtejsza reprezentacja rugby) drużyna Rapa Nui poniesie porażkę.

Tak też się stało, ale amatorzy z Rapa Nui wcale się nie ośmieszyli. Walczyli dzielnie i nawet udało im się strzelić przeciwnikom jednego gola, niestety przy pomocy ręki.

Mecz zakończył się wynikiem 4-0, przy czym jedna bramka była samobójcza, a inna strzelona z karnego. Mimo to wszyscy świetnie się bawili, nawet największe gwiazdy Colo-Colo nie narzekały na rzeczywiście fatalną murawę, amecz zakończył się wielką imprezą w której udział wzięli zawodnicy obu drużyn. Nie było wyzwisk, bijatyk, szwadronów policji i ochroniarzy – aż dziw, że to w piłce nożnej możliwe.

Chilijska federacja, zachęcona tym precedensem, już obiecała że na wyspie rozgrane zostaną w przyszłości inne mecze. I pomoże lokalnym władzom w rozwoju sportowej infrastruktury.

PS. Amatorom latynoskiego futbolu polecam blogi Futbolin i Brasileirao. Bo to naprawdę był wyjątek. Dużo wody w latynoskich rzekach upłynie zanim piłka na Podróż na Południe powróci... :)


>Technorati tags: , , , , , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , , , , , .

sobota, 01 sierpnia 2009

Czasem nawet bardzo krótkie informacje niosą w sobie nadspodziewanie wiele treści. Tak jest właśnie z króciutką notką, którą przed kilkoma dniami wypluły z siebie wszystkie liczące się agencje prasowe. Wszędzie jej tytuł brzmiał podobnie: Chiny stały się głównym partnerem handlowym Chile.

To jedno krótkie, na pierwszy rzut oka banalne wręcz zdanie symbolizuje niesamowite, historyczne zmiany zachodzące we współczesnym świecie. To co się stało w Chile, za chwilę powtarzać się będzie w innych państwach. Nowym liderem niekoniecznie będą Chiny. W zależności od regionu świata, mogą to być np. Indie, a za kilka lat również w wielu miejscach Brazylia.

To co się natomiast nie będzie zmieniać, to państwa ustępujące z pozycji dotychczasowych liderów: Stany Zjednoczone i Unia Europejska.

W konkretnym przypadku Chile, Chiny pobiły na pozycji głównego partnera handlowego właśnie USA. Stany Zjednoczone od dekad były podstawowym rynkiem chilijskich eksporterów. Głównie miedzi, bo to nią żyje chilijska gospodarka. Ameryka przez lata kupowała na potęgę złoto-pomarańczowy metal, bo współczesny rozwój idzie zazwyczaj w parze z zapotrzebowaniem na miedź, której Chile jest największym światowym producentem. Bez miedzi nie ma elektroniki, miedź szeroko stosuje się w budownictwie, miedź potrzebna jest także w przemyśle zbrojeniowym.

Nie jest więc niespodzianką, że w obecnej chwili - w momencie globalnej recesji, której skutki najbardziej odczuwają właśnie USA i Europa – spadło zapotrzebowanie na miedź u tradycyjnych jej odbiorców. Ekspertów zaskoczyło coś zupełnie innego - kontrakty pozrywane przez amerykańskich odbiorców chilijskiego metalu zostały niemal natychmiast przejęte przez importerów z Chin. Wartość chińskiego importu z Chile, na który składa się prawie wyłącznie miedź, wyniosła – w pierwszych 6 miesiącach tego roku - blisko 4,9 miliardów dolarów. To ponad 21 proc. wartości całego chilijskiego eksportu w tym okresie.

Tymczasem Stany Zjednoczone, do ubiegłego roku niekwestionowany lider handlu z Chile, w minionym półroczu, wydały w tym latynoskim kraju 3,16 miliarda dolarów. Wartość chilijskiego eksportu do USA spadła w tym okresie o ponad 31 proc.

Jeszcze bardziej spektakularny jest spadek wartości chilijskiego handlu z Unią Europejską. Państwa europejskie kupiły w Chile w pierwszym półroczu towary za 4,32 miliardy USD. To o 55,7 proc. mniej niż rok wcześniej.

Oczywiście spowolnienie światowej koniunktury odczuwane jest na wszystkich rynkach. Jednak nie wszędzie równie silne. Wartość handlu chilijsko-chińskiego obniżyła się, w porównaniu z ubiegłym rokiem, tylko o niespełna 13 proc.

Mimo kryzysu chilijscy eksporterzy nie tracą animuszu. I wychwalają socjalistyczny rząd Michelle Bachelet za kontynuacje polityki jej poprzednika, także socjalisty Ricardo Lagosa, czyli konsekwentne usuwanie barier i protekcji w handlu zagranicznym. Chile ma obecnie podpisanych ponad 40 dwustronnych umów o wolnym handlu, to rekord na kontynencie.

Jednym z ostatnich państw które podpisało z Chile takie porozumienie są Indie. Zdaniem wielu chilijskich ekspertów od handlu zagranicznego to właśnie ten kraj, może już za kilka lat włączyć się do walki o tytuł głównego partnera handlowego ich kraju.

Z kolei zdaniem politologów, coraz bardziej wyraźnia utrata pozycji lidera we wzajemnych stosunkach handlowych Stanów Zjednoczonych i państw Ameryki Łacińskiej, będzie coraz częściej szła w parze także z utratą wpływów politycznych. Co zresztą już widać.

Na szczęście nie oznacza to automatyczne, że nowy lider wymiany handlowej zastąpi Waszyngton także na scenie politycznej.

PS. Na Tierra Incógnita możecie poczytać o najdurniejszych gadżetach dla turystów i podróżników. A może macie własnych kandydatów do takiego antyrankingu?


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

Tagi: Chile
03:57, tierralatina , Chile
Link Komentarze (5) »
piątek, 27 lutego 2009

12 stycznia zadawałem retoryczne pytanie, kto ma rację w sporze między władzami Chile, a częścią mieszkańców Chaitén – niewielkielkiego, mocno południowego miasteczka, które w ubiegłym roku zostało w dużej części zniszczone przez wulkan o tej samej nazwie.

Przypomnę – rząd w Santiago podjął niedawno decyzję, że miasteczka Chaitén odbudowywać nie będzie. Że zamiast inwestować w miejsce uznane przez sejsmologów i wulkanologów za nadal potencjalnie niebezpiecznie, woli wybudować zupełnie nowe miasto – nienarażone bezpośrednio na kaprysy bulgoczącego krateru.

Pewna część przesiedlonych podczas ubiegłorocznego kataklizmu mieszkańców Chaitén zareagowała na to oburzeniem. Uznali, że centralne władze ich zdradziły i że nie ma powodu aby opuszczać miasto, w którym mieszkali tyle lat, a często wręcz się w nim urodzili, czy nawet pochowali tam swych rodziców i dziadków. Twierdzą, że „ich wulkan”, w cieniu którego wychowali się i żyli przez tyle lat, krzywdy im nie zrobi. Argumentują, że choć część ich miasta została rzeczywiście zniszczona, to jednak większość zabudowań nadal stoi i jest nietknięta.

Chaiten po wybuchu wulkanu w maju 2008

 

W ostatnich miesiącach ok. 30 mieszkańców, wbrew rządowemu zakazowi i braku bieżącej wody, czy elektryczności, wróciło do Chaitén. Kolejne 200 wytoczyło władzom Chile procesy o arbitralne wywłaszczanie i zmuszanie do przeprowadzki. „My chcemy wrócić do NASZYCH domów” – można było przeczytać na transparentach podczas kilku manifestacji.

Z pomocą rządowi niespodziewanie ruszyła natura. Choć w sumie nie tak niespodziewanie, bo wulkanolodzy ostrzegali, że tak się stanie. Najpierw wulkan Chaitén zaczął intensywnie dymić:

Chaiten 19 stycznia 2009

fot: NASA’s Earth Observatory

Po czym, 19 lutego, doszło do kolejnej spektakularnej eksplozji, w trakcie której zawaliła się część krateru. Słup popiołów w rekordowym momencie sięgał prawie 10 km wysokości i spadły one w promieniu ponad 150 kilometrów.

 

 

Część z tych 30. zbuntowanych neoosadników natychmiast poprosiła o powtórną ewakuację. Kilku jednak zostało.

W tym tygodniu rząd w Santiago zdecydował się na nową lokalizację Chaitén. Nuevo Chaitén, czyli Nowe Chaitén wybudowane ma zostać 10 kilometrów na północ od zniszczonego miasta, tam gdzie dotychczas znajdowała się niewielka osada Santa Bárbara. Miejsce to od wulkanu odgradza pasmo wzgórz, więc nie ma niebezpieczeństwa iż dotrą tam potoki lawy, czy wulkanicznego błota. Jest oczywiście zagrożenie sejsmiczne, ale takowe występuje niemal w całym Chile.

Większość wysiedlonych mieszkańców Chaitén na informację tą zareagowała z ulgą. Pedro Vásquez, mer Chaitén - jeszcze niedawno przeciwny relokalizacji - nie krył satysfakcji z faktu, że przeprowadzka nie będzie daleka. „10 km to nie tak dużo, myślę że będziemy nadal czuć się jak u siebie” – stwierdził.

Władze zapewniają, że pierwsi mieszkańcy będą mogli się wprowadzić do Nuevo Chaitén już za trzy miesiące. Mimo to wciąż są tacy, którzy odgrażają się, że swych dotychczasowych domów nie opuszczą i nigdzie przeprowadzać się nie będą...

Zastanawiam się co motywuje do takiego zachowania? Czy rzeczywiście miłość do „ojcowizny”, przywiązanie do domu, który być może się samemu wybudowało? Pryncypialny bunt wobec władzy? A może strach przed nowym, nieznanym? Ale w takim razie jak to się dzieje, że taki lęk nie jest silniejszy od obawy przed wulkanem? Który wprawdzie nikogo nie zabił, ale zniszczył sporo dobytków i – jak twierdzą naukowcy – jest ciągłym zagrożeniem.

Zastanawia mnie też rola Państwa. Jak daleko sięgają granice jego odpowiedzialności za obywateli? Jak bardzo może ono ingerować w nasze życia w trosce o nasze bezpieczeństwo? I wogóle czy powinno to robić? Póki co, władze w Santiago obiecują, że siłą nikogo ze starego Chaitén nie wyrzucą. Jednak nie brakuje polityków, którzy twierdzą, że w takim razie ci zbuntowani mieszkańcy nie powinni oczekiwać od Państwa najmniejszej pomocy w przypadku przyszłych zagrożeń. Włącznie z tym, że powinno się ich pozbawić prawa do bezpłatnej ewakuacji. I – przyznaję – w pewnym stopniu podzielam takie stanowisko. Chcesz ryzykować? Ok, ale ponoś tego konsekwencje. Co jednak zrobić, jeśli wśród tych zbuntowanych są np. rodzice z małymi dziećmi? Czy Pańtwo nie powinno wówczas interweniować? Nawet siłą? Co o tym myślicie?

A może jest wśród Was ktoś kto ma za sobą przymusową ewakuację i zechce podzielić się wspomnieniami? Zapraszam...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
16:46, tierralatina , Chile
Link Komentarze (9) »
czwartek, 12 lutego 2009

Pamiętacie tą ubiegłoroczną, niesamowicie spektakularną erupcję wulkaniczną w Chile? Wulkan Chaitén, który niespodziewanie przebudził się po 9. tysiącach lat drzemki? Pokrywając popiołem setki tysięcy kilometrów kwadratowych, także w sąsiedniej Argentynie? I zalewając błotem położone w sąsiedztwie miasteczko, także nazywające się Chaitén?

Chilijskie władze ewakuowały wówczas ponad 4 tysiące osób. I choć od tamtego czasu minęło już wiele miesięcy, to niewiele osób powróciło do swych domów, lub tego co z nich pozostało. Większość wciąż mieszka u rodzin, znajomych, bądź w udostępnionych przez władze lokalach zastępczych.

Oczywiście - z wiadomych względów - przesiedleni są zniecierpliwieni. Pozostawanie w takiej tymczasowości, niepewności jutra, braku własnego kąta, na pewno nie jest sytuacją komfortową. Tymczasem rząd w Santiago, jeszcze w trakcie ubiegłorocznej ewakuacji, obiecał pomoc wszystkim poszkodowanym, a zwłaszcza to że będą mogli wrócić do własnych domów.

To zniecierpliwienie, w ubiegłym tygodniu, połączyło się u niektórych przesiedlonych z wściekłością. Wkurzyło ich, paradoksalnie, potwierdzenie przez chilijskie władze, że wszyscy chaiteninos ponownie będą mieli własne domy. Problem w tym, że nie będą to te same domy.

Rząd w Santiago po zapoznaniu się z ekspertyzami naukowców z Universidad Católica i Universidad Austral stwierdził właśnie, że nie będzie odbudowywał zniszczonego Chaitén. Miasto zostanie zbudowane od nowa. W innym miejscu.

Eksperci nie wykluczają bowiem kolejnej erupcji wulkanu. I moża ona nastąpić znacznie wcześniej niż za kolejne 9 tysięcy lat. W tej sytuacji rząd nie chce brać na siebie odpowiedzialności i stwarzać warunków do powrotu w miejsce uznane przez wulkanologów za niebezpieczne. Sergio Galilea, intendent (odpowiednik naszego wojewody) regionu Los Lagos, w którym położony jest Chaitén, stawia sprawę jasno: „rząd nie będzie inwestował w miejsce, które uznane zostało za niebezpieczne. Mieszkańcy muszą zrozumieć, że przebywanie tam wiąże się zagrożeniem dla nich samych, ich dzieci, osób starszych i ich mienia.

Ale niektórzy mieszkańcy tego nie rozumieją. Aktualny mer Chaitén (wybrany już po katastrofie, przez osoby przesiedlone), Pedro Vásquez, upiera się, że miasteczko powinno zostać odbudowane. „Wiemy, że Chaitén zostało częściowo zniszczone. Ale niektóre jego fragmenty wciąż są w bardzo dobrym stanie. To właśnie one powinny posłużyć za podstawę na której odrodzi się nasze miasto.” – argumentuje.

Strona rządowa twierdzi, że nikogo siłą ze starego Chaitén zabierać nie będzie. Że chętni mieszkańcy mogą oczywiście powrócić na swoją ziemię, do swoich domów i próbować zorganizować sobie życie na nowo. Ale nie mogą oni oczekiwać, że władze im w tym pomogą np. przywracając w dostawy energii elektracznej, czy pitnej wody do miasteczka.

Rząd w Santiago wyciągnie pomocną rękę z czekiem tylko do osób decydujących się na przeprowadzkę do nowego miasta, bądź chcących przenieść się w inny zupełnie zakątek Chile. Ci, którzy chcą pozostać pod niebezpiecznym wulkanem, na żadną pomoc liczyć nie mogą.

Lokalizacja nowego Chaitén ma zostać ogłoszona już w marcu. Rozważanych jest kilka miejsc. W odległości od 5 do kilkudziesięciu kilometrów od zniszczonego miasta. Władze podkreślaja, że nie chcą „zabijać Chaitén”, a jedynie miasto „relokalizować”. Nowe Chaitén, podobnie jak stare, także ma być portem. Władze obiecały także wybudowanie w jego pobliżu niewielkiego lotniska. I przypominają, że gdy nowe miasto ożyje to ponownie będzie siedzibą władz lokalnej prowincji (powiatu) Palena. Bo po ubiegłorocznej katastrofie przeniesiono ją tymczasowo do Futaleufú.

Większośc z ponad 4 tysięcy osób ewekuowanych w ubiegłym roku z Chaitén już zadeklarowała chęć mieszkania w mieście, które ma powstać. Niewielka, ale głośna grupa, zapowiada że nie porzuci ojcowizny, inni – obrażeni na władze w Santiago – twierdzą, że się skoro rząd „postawił krzyżyk na ich mieście” to się przeprowadzą, ale do sąsiedniej Argentyny. Bo przez Chile czują się zdradzeni.

Kto ma rację?


>Technorati tags: , , .
>Blogalaxia tags: , , .
wtorek, 25 listopada 2008

Chilijscy państwowi urzędnicy dostaną wkrótce podwyżki. Wymęczone strajkami, ale podwyżki. Propozycja rządu, aby – w obliczu światowej recesji – zróżnicować je według zarobków, czyli dać więcej tym którzy zarabiają mało, a mniej tym co pensje mają przyzwoite, została przez związki zawodowe odrzucona. Wszyscy mają dostać po równo. Więc pensje urzędnicze, rzeczywiście dawno nie indeksowane, wzrosną już wkrótce o 10 proc.

Podwyżkę mają dostać wszyscy którym pensję wypłaca państwo. Od sprzątaczki zmywającej podłogi w zetatyzowanej instytucji, przez urzędników, lekarzy państwowych placówek służby zdrowia, po... prezydent kraju. I to właśnie prezydent Chile się nie podoba. Michelle Bachelet zapowiedziała właśnie, że będzie szukać jakiejś prawniej możliwości zablokowania podwyżek dla jej samej i ministrów jej rządu.

„W sytuacji kryzysowej osoby które są relatywnie uprzywilejowane, a do takich zaliczam siebie i najwyższych urzędników państwowych, muszą sobie zacisnąć pas silniej niż inni. Wydaje mi się po prostu niesprawiedliwe, że w momencie gdy poprosiłam rząd o oszczędności, zostajemy „obdarowani” podwyżkami. Wiem, że ze względów konstytucyjnych nie będzie to proste, ale naprawdę zrobie wszystko aby Prezydent i ministrowie zostali wyłączeni z tego grupowego wzrostu zarobków. Musimy dać przykład, gdy wymagamy oszczędności od innych.” – stwierdziła Bachelet. Niektórzy reprezentanci prawicowej opozycji już – oczywiście - deklaracje te krytykują, nazywając je „tanim populizmem”.

No właśnie? Populizm, czy odpowiedzialność?


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
20:03, tierralatina , Chile
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10