| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

Brazylia

środa, 02 września 2009

70 tysięcy palmtopów z GPSem, 150 tysięcy netbooków, 230 tysięcy pracowników i budżet sięgający niemal 750 milionów dolarów. Jak myślicie, co to jest? Jakiś wielki międzynarodowy koncern? Nie, wcale. To po prostu założenia do planowanego na przyszły rok spisu powszechnego w Brazylii.

Organizowany on będzie już po raz dwunasty, ale – dzięki nowym technologiom – ma być on najdokładniejszym jaki kiedykolwiek przeprowadzono w jakimkolwiek dużym państwie. Bo zadanie, w przypadku Brazylii jest naprawdę ogromne – największy kraj Ameryki Łacińskiej to 5565 gmin, 58 milionów adresów zamieszkania i ponad 190 milionów mieszkańców.

Przyszłoroczny spis ma objąć absolutnie wszystkich. Rachmistrze będą mieli za zadanie dotrzeć do każdego domu i mieszkania. I wszędzie zadać te same 16 pytań dotyczących płci, wieku, rasy, wykształcenia, dochodów, warunków mieszkaniowych, dostępu do wody i elektryczności, etc.

Poza odpowiedziami na pytania zawarte w podstawowym kwestionariuszu, pewna część mieszkańców wyznaczona też zostanie do udzielenia dodatkowych 81. odpowiedzi, w tym np. o posiadanie komputera, dostęp do internetu, własny samochód, czas poświęcany na dojazdy do pracy, stan zdrowia, wyznanie, a nawet materiały z jakich jest wykonany budynek w którym mieszkają.

Brazylijski Instytut Geografii i Statystyki liczy, że uda mu się stworzyć bardzo dokładny portret społeczeństwa, który – przynajmniej teoretycznie – ma pomóc władzom tego kraju w opracowywaniu przyszłych polityk gospodarczych, socjalnych, czy infrastrukturalnych. Nowe, dokładniejsze dane, mają też pozwolić na aktualizację aktualnych modeli przyszłego rozwoju gospodarczego i demograficznego Brazylii.

I aby ten kolosalny budżet nie został pochłonięty przez samo tylko liczenie, plan zakłada że po zakończeniu spisu niemal wszstkie użyte w jego trakcie netbooki trafią do brazylijskich szkół podstawowych i średnich.


>Technorati tags: , .
>Blogalaxia tags:
, .

05:37, tierralatina , Brazylia
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 sierpnia 2009

W dostępie do nowych technologii i ich popularności Ameryka Łacińska przez długi czas pozostawała w tyle. Wszystko było zbyt drogie, zbyt elitarne i miernej jakości. Ale nie przez przypadk użyłem czasu przeszłego – sytuacja się bowiem radykalnie zmienia. Opóźnienie jest z coraz większym impetem nadrabiane. Pisałem już o niesłychanej popularyzacji i demokratyzacji dostępu do internetu, o e-Państwie i elektronicznych głosowaniach, które w Europie wciąż są w mniej lub bardziej zaawansowanych fazach planów i projektów, a w niektórych latynoskich krajach stały się już spowszedniałą codziennością. Latynosi stają się też coraz liczniejszą grupą wśród użytkowników globalnych internetowych serwisów.

Świetnym tego przykładem jest Twitter w Brazylii. Jeszcze rok temu niewielu było Brazylijczyków znających to narzędzie do tzw. „społecznościowego mikroblogingu”. Minęło kilka miesięcy i Brazylia stała się krajem, w którym Twitter ma proporcjonalnie największą popularność na świecie. I gdze liczba jego użytkowników najdynamiczniej rośnie. Z raportu przygotowanego niedawno przez największy brazylijski instytut badań społecznych, Ibope Nielsen, wynika, że już 15 proc. wszystkich brazylijskich internautów przynajmniej raz w miesiącu zagląda na stronę Twittera. Dla porównania – wyniki kolejnych w rankingu popularności Twittera państw to: Stany Zjednoczone – 10,7 proc., Wielka Brytania – 9,4 proc., Australia – 5,4 proc., Niemcy – 4 proc., Hiszpania – 3,5 proc. i Japonia – 1,4 proc.

Co więcej, brazylijscy internauci, jeśli już zajrzą na stronę Twittera, to pozostają na niej znacznie dłużej niż użytkownicy serwisu w innych krajach. W czerwcu statystyczny brazylijski użytkownik spędził aż 36 minut na Twitterze, podczas Amerykanin (z USA) 31,1 minut, Brytyjczyk 25,3 minuty, a Niemiec zaledwie 11,1 minut.

Eksperci tłumaczą tą nagłą, intensywną brazylijską Twittermanię bardzo specyficznym podejściem do internetu w tym kraju – aż 36 proc. tamtejszych internautów szuka w sieci przede wszystkim informacji i wiadomości. A tylko 19 proc. używa internetu jako źródła rozrywki.Twitter tymczasem, jest traktowany przez większość Brazylijczyków nie jako narzędzie do komunikowania się ze znajomymi, ale właśnie jako źródło informacji.

Wynika to m.in. z tego, że bardzo wiele brazylijskich osobistości ze świata sportu, polityki, czy rozrywki używa na codzień Twittera i za jego pośrednictwem pozostaje w kontakcie ze swymi sympatykami, czy fanami.

Wśród nich jest m.in. były trener Realu Madryt, Vanderlei Luxemburgo, który przejdzie do historii jako pierwsza brazylijska osobistość, która straciła pracę właśnie z powodu tego mikroblogowego serwisu. Brazylijski szkoleniowiec, który jeszcze w czerwcu tego roku trenował Palmeiras z São Paulo, zaledwie w dwa dni po założeniu swojego konta na Twitterze, tak ostro skrytykował na nim wewnątrzklubowe sprawy, że został zwolniony. A powody tego zwolnienia prezes klubu tłumaczył później kibicom także za pośrednictwem Twittera...

Swe konto w serwisie posiada też m.in. brazylijski kierowca Formuły 1 Rubens Barichello, który np. intensywnie twittował po wypadku swego rodaka Felipe Massy na Hungaroringu, informując na bieżąco fanów o stanie zdrowia kolegi.

Za pośrednictwem Twittera brazylijczycy kontaktują się także z Eduardo Paesem, merem Rio de Janeiro, oraz José Serrą, centrolewicowym (opozycyjnym wobec Luli) gubernatorem stanu São Paulo. Serra posiada zresztą dwa twitterowe konta. Jedno prywatno-gubernatorskie, oraz drugie w którym wciela się w swą rolę kandydata w przyszłorocznych prezydenckich wyborach w Brazylii. Wyborach, w których, wg. najnowszych sondaży, ma on – póki co – największe szanse na zastąpienie Luli.

I jeszcze jedno - okazuje się, że z Twittera przede wszystkim korzystają dorośli. I mężczyźni. Tak jest przynajmniej w Brazylii. Aż 60 proc. użytkowników, to faceci w wieku od 21 do 30 lat, absolwenci bądź studenci wyższych uczelni.

PS. Przypominam, że tierralatina.pl także korzysta z dobrodziejstw mikroblogingu – zwłaszcza na naszym, polskim Blipie, ale również na Twitterze. Istnieje też społeczność czytelników Podróży na Południe na Facebooku (via NetworkedBlogs). A Wy? Zaglądacie na Twittera?


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .

22:23, tierralatina , Brazylia
Link Komentarze (8) »
sobota, 01 sierpnia 2009

Czy głupota powinna być karalna? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. I nie ukrywam, że zdarza mi się odczuwać pewną schadenfreude, gdy ludzie mają kłopoty z powodu własnej bezmyślności. Bądź lekkomyślności. Zresztą to chyba to samo...

Zupełnie np. nie potrafię współczuć dwóm młodym Brytyjkom, których historię opisał wczoraj brytyjski The Guardian. 23-letnie dziewczyny ruszyły pod koniec ubiegłego roku w wielomiesięczną podróż dookoła świata. Brazylia miała być ostatnim etapem tej wyprawy. I będzie. Choć znacznie dłuższym i o wiele bardziej niezapomnianym niż to sobie podróżniczki zaplanowały.

Dziewczyny miały bowiem w ubiegłym tygodniu wrócić do Europy. Ale nadal siedzą w Rio. I poznają je od dość mrocznej strony... więziennej. Angielki trafiły za kratki z powodu niczego innego jak właśnie własnej głupoty. Chciały sobie bowiem zwrócić część kosztów podróży, oszukując firmę ubezpieczeniową która objęła polisą ich podróżny majątek. Nie one pierwsze i nie one ostatnie. Sam mam kilku znajomych, którzy robili podobne oszustwa – zgłaszając upozorowane kradzieże i odzyskując w ten sposób np. część wartości wakacji, czy wręcz pieniądze wydane na najnowszy sprzęt fotograficzny. Jednak, ktoś kto igra z ogniem powinien zawsze liczyć się z tym, że może się przy tym oparzyć. Czasem bardzo dotkliwie...

Brytyjki się mocno przysmażyły. Policjanci z Rio, którzy od dobrych kilku już lat walczą – i to ze sporymi sukcesami – z przestępczą famą ich miasta, nie uwierzyli bowiem w wersję opowiadaną im przez dziewczyny, które chciały na komisariacie zgłosić kradzież podręcznego komputera, iPoda, aparatu, telefonu komórkowego i jeszcze kilku rzeczy.

Turystki stwierdziły bowiem, że sprzęt ukradziony im został z szafki bagażowej w popularnym hostelu. Tymczasem – stróże porządku wiedzą o tym bardzo dobrze – takie włamania praktycznie się nie zdarzają - właściciele obiektów turystycznych w Rio, zwłaszcza tych skierowanych do klientów zagranicznych, w trosce o swą renomę, bardzo dbają o bezpieczeństwo. Policjantów zdziwił też fakt, że – jak twierdziły dziewczyny – ukradziono im też pieniądze, ale pozostawiono paszporty. Tymczasem europejskie paszporty są w Brazylii bardzo chodliwym złodziejskim łupem. I złodziej taki dokument spieniężyć może szybciej i bardziej korzystnie niż np. iPoda.

Z powodu tych wszystkich niespójności brazylijscy policjanci postanowili zrobić coś, czego brytyjskie turystki najwyraźniej zupełnie się nie spodziewały – oględziny miejsca domniemanego przestępstwa. Jak łatwo się domyślić, szafki w hostelu nadal kryły w sobie niemal wszystkie zgłoszone jako ukradzione sprzęty. Jedynie komputera rzeczywiście nie było. Ale szafka nie nosiła żadnego śladu włamania. W tym samym momencie Angielki z ofiar stały się przęstępcami. I natychmiast trafiły do kobiecego aresztu Polinter de Mesquita na przedmieściach Rio. Tam gdzie siedzą zatrzymane złodziejki, morderczynie, przemytniczki narkotyków, etc. I gdzie z powodu przeludnienia nowo-przybyłe spać muszą nie na więziennych pryczach, lecz po prostu na posadzce.

Mówiąc krotko - niezłą wakacyjną przygodę dziewczyny sobie zorganizowały. Choć sądząc po ich zdjęciu, opublikowanym przez brazylijską policję, mają już dość wrażeń i chciałyby jak najszybciej wrócić do domu, do tatusia i mamusi:

Shanti Andrews i Rebecca Turner na pamiątkowym zdjęciu z Rio de Janeiro...

Jednak nic z tego. Próba oszukania firmy ubezpieczeniowej, fałszywe zeznania złożone przed policją – za to wszystko ich brazylijskie wakacje trwać mogą o od roku do 5 lat dłużej. Na szczęście nie będą musiały już oszukiwać aby sobie je opłacić – dostaną je w prezencie do brazylijskiego państwa.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, który u mnie osobiście zwiększa tą perwersyjną i wstydliwą satysfakcję z cudzych kłopotów na własne zamówienie: obie dziewczyny są świeżo upieczonymi absolwentkami prawa. Odpada więc tłumaczenie, że nie wiedziały że to co robią jest złe. Z drugie strony jednak będą pewnie jeszcze Bogu dziękować, że studia udało im się zawczasu skończyć: brazylijskie prawo gwarantuje bowiem absolwentom wyższych uczelni lepsze więzienne warunki. Więc gdy tylko dostarczą zaświadczenia o ukończeniu studiów, będą miały prycze zamiast gleby. Ale wciąż kraty w oknach.

Niewykluczone jednak, że cała historia będzie miała, mimo wszystko, happy end. Wczoraj prokuratura zgodziła się, aby Angielki na proces czekały na wolności, areszt mają opuścić już dzisiaj. Tym razem jednak paszporty zostaną im zabrane. I zdaniem niektórych prawników cytowanych przez brazylijskie gazety jest wysoce prawdopodobne, że dziewczyny dostaną wyrok w zawieszeniu, co pozwoli im wrócić do kraju.

Ciekawe, czy jeszcze kiedyś będą próbowały oszukać ubezpieczyciela? I czy będą nadal myślały, że latynoscy oficjele to lenie, którym nie chce się pracować?

PS. Zerknijcie na Tierra Incógnita.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

20:29, tierralatina , Brazylia
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Argentyna i Boliwia nie są jedynymi państwami zmagającymi się obecnie z dengą. Zwiększoną liczbę zachorowań notuje także Brazylia. Na szczęście jest ich znacznie mniej niż w ubiegłym – rekordowym - roku, kiedy to prezydent Lula musiał wysłać armię do walki z tą chorobą, a zwłaszcza z przenoszącym ją komarem. Wówczas, w pierwszym kwartale 2008 roku zanotowano w Brazylii aż ponad 160 tys. zachorowań.

Specjaliści szacują, że tym razem chorych jest o co najmniej 25 proc. mniej. To jednak i tak sporo. I co najważniejsze i tym razem są w Brazylii regiony, w których denga ponownie stała się epidemią. Jest wśród nich, bardzo popularny wśród turystów, stan Bahia.

Od początku roku zanotowano w nim oficjalnie 32 tysiące zakażeń wirusem dengi. Nieoficjalnie mówi się o ponad 40. tysiącach. I niestety przynajmniej 32. osoby już zmarły. Choroba rozwija się szczególnie w rejonach wiejskich i małych miasteczkach, ale i wielkie metropolie nie stanowią już zabezpieczenia. Komar-nosiciel wirusa przenika także tam.

W prawie 3-milionowym Salwadorze, stolicy stanu, jest już ponad 350 chorych.

Ale, tak jak pisałem w poprzedniej notce poświęconej tej chorobie: nie rezygnujcie z ewentualnego, planowanego wyjazdu ze strachu przed tropikalną pogodą. Po prostu pomyślcie za wczasu jak się przed nią zabezpieczyć. W przypadku dengi naprawdę nie jest to trudne.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
sobota, 20 grudnia 2008

Brazylia chce aby świat pomógł jej w ochronie Puszczy Amazońskiej. Finansowo. I przyznaje, że jej własne dotychczasowe programy ochrony, walka z nielegalnym karczowaniem i wypalaniem największego tropikalnego lasu świata, zakończyły się porażką. Oficjalnie przyznano, że po kilkuletnim spadku tempa wycinania Amazonii, w tym roku ponownie zanotowano jego wzrost. Wprawdzie o tylko 3,8 proc., ale zawsze jest to niebezpieczne odwrócenie tendencji.

Brazylijczycy mówią już bez ogródek, że brakuje im ludzi, sprzętu i – przede wszystkim – pieniędzy na ochronę tego, czego istnienie dla ziemskiego klimatu ma kluczowe znaczenie. Dlatego właśnie powstał Fundusz Amazoński – kasa do której pieniądze mogą wpłacać wszystkie kraje świata zainteresowane ochroną „zielonych płuc” naszego globu. –Mam nadzieję, że Fundusz stanie się instrumentem dzięki któremu, będziemy mogli nie tylko stawiać sobie ambitne cele, ale też je realizować- stwierdził Tasso Azevedo, szef federalnego zarządu lasów.

I jak się okazuje brazylijski apel nie pozostał bez echa. Zgłosiły się już pierwsze kraje zainteresowane finansowym udziałem w funduszu. A Norwegia już je oficjalnie potwierdziła. Rząd w Oslo zadeklarował, że między 2009 a 2015 chce wpłacić na ochronę Amazonii okrągły miliard dolarów. Pierwsza rata - 130 milionów dolarów – przekazana zostanie Brazylii na początku przyszłego roku. Norwegowie postawili jednak warunek – kolejne wpłaty na fundusz będą wpływać tylko wtedy, jeśli tempo wycinania Amazonii zacznie ponownie spadać.

Brazylia ma nadzieję, że dzięki takiej międzynarodowej pomocy uda jej się, w ciągu najbliższych 10 lat, ograniczyć tempo wycinania Amazonii o co najmniej 70 proc. Tymczasem w bieżącym roku skórczy się ona o ok. 12 tysięcy kilometrów kwadratowych. Od 1970 roku Puszczy Amazońskiej ubyło ponad 600 tysięcy kilometrów2. To dwa razy powierzchnia Niemiec. Był tam las, a teraz są najczęściej plantacje i pastwiska.

Brazylijskie organizacje ekologiczne kibicują oczywiście rządowym wysiłkom, ale zarzucają im równocześnie brak ambicji. Bo – przypominają – mówi się cały czas tylko i wyłącznie o spowolnieniu tempa wycinania Amazonii. A nie o jego zatrzymaniu, czy reforestacji, które marzą się ekologom.

Nie trzeba jednak posiadać, tak jak Norwegia, miliardów dolarów aby pomóc w ochronie naszej nadwyrężonej planety. Każdy z nas może zdobyć się na jakiś drobny gest, jak chociażby te propagowane w najnowszej kampanii polskiego Ministerstwa Środowiska, o której pisze na swym blogu Maciej Kuźmicz.

Ale sposobów na pomoc środowisku jest znacznie więcej. Zbliżają się święta, później zimowe ferie... wielu z nas będzie w tym okresie intensywnie podróżować. Warto być świadomym tego, że wsiadając w samolot, czy – tam bardziej – do samochodu, przyczyniamy się do zanieczyszczenia atmosfery. I nie namawiam bynajmniej nikogo, aby zrezygnował z podróżowania, w żadnym wypadku nie... Bądźmy jednak świadomi konsekwencji naszych działań i - w miarę możliwości – starajmy się nasze szkody rekompensować.

Np. gdy kupujemy bilet lotniczy nie zapominajmy, że możemy bardzo łatwo kupić tzw. carbon offset, czyli sfinansować projekty mające na celu redukcję takiej właśnie ilości dwutlenku węgla, jaką samolot wyprodukuje aby nas przewieźć z jednego miejsca na drugie. Istnieją naprawdę godne zaufania - na bieżąco audytowane - organizacje, oferujące precyzyjne instrumenty wyliczające, biorąc pod uwagę nawet typ samolotu, jaka jest nasza „część” zanieczyszczenia w danej podróży. I które od razu dają nam możliwość wykupienia odpowiedniej rekompensaty, którą może być np. pomoc w zalesianiu niektórych zniszczonych zakątków świata, albo finansowanie czystych źródeł energii.

I naprawdę nie jest to drogie – każdy kogo stać na bilet lotniczy może chyba dodać do jego ceny te kilka, czy kilkanaśce dolarów. I tak np. aby zrekompensować trasę z Ameryki Południowej do Europy, jaką za kilka dni ponownie pokonam, zapłaciłem 15 dolarów. Pieniądze te zasilą fundusz budowy elektrowni wiatrowej w indyjskim Radżastanie.

Niektóre linie lotnicze oferują wykup carbon offsetu już w trakcie zakupu biletu. W przeciwnym razie można to zrobić on-line na takich stronach jak Climate Friendly, Terrapass, czy CarbonFound.

W Szwecji wszyscy latający gdzieś w sprawach służbowych państwowi urzędnicy i dygnitarze, z rodziną królewską włącznie, mają od kilku miesięcy obowiązek wykupywania biletów lotniczych wraz z carbon offsetem. Nie czekajmy na to aż nas też ktoś do tego zmusi...

PS. Pomagać, choć w zupełnie innej dziedzinie, można też w taki sposób. I to nie kosztuje nic. Po raz kolejny, zachęcam Was do przyłączenia się.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
piątek, 29 sierpnia 2008

Brazylijczycy są już chyba pewni, że nadchodzące wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wygra Barack Obama. Przekonani są o tym do tego stopnia, że wielu lokalnych, brazyliskich polityków startujących w październikowych wyborach do władz regionalnych i miejskich postanowiło... „pożyczyć sobie” imię i nazwisko czarnoskórego senatora z Illinois.

Wszystko dzięki temu, że brazylijskie prawo zezwala na łatwe zmieny imion i nazwisk, oraz na rejestrację politycznych kandydatów pod przydomkami innymi niż ich prawdziwe nazwiska. I tak np. jeśli ktoś był aktywny w swej dzielnicy i wszyscy go tam znają jako „Rudy Grubas”, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby „Rudy Grubas” znalazł się na karcie do głosowania, którą dostaną wyborcy. Nawet prezydent Brazylii to dla większości Brazylijczyków po prostu „Lula”, a nie jakiś tam Luiz Inácio da Silva, bo takie jest jego oryginalne imię i nazwisko. Choć akurat on w 1982 oficjalnie dodał sobię Lulę i obecnie rzeczywiście nazywa się Luiz Inácio Lula da Silva.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie aby do wyborów wystratować jako Barack Obama. Dziennik O Globo doliczył się w oficjalnych rejestrach kandydatów do październikowych lokalnych i regionalnych brazylijskich wyborów, aż 6 kandydatów, którzy liczą że imię lub nazwisko prezydenckiego kandydata Partii Demokratycznej przyniesie im szczęście

I tak np. jeden z kandydatów do merostwa, leżącego nieopodal Rio de Janeiro, miasta Belford Roxo, startuje do wyborów jako Barack Obama de Belford Roxo. „Chciałbym wejść do historii jako pierwszy czarnoskóry mer Belford Roxo, tak samo jak Barack Obama będzie pierwszym w historii czarnoskórym prezydentem USA” – tłumaczy Claudio Henrique dos Anjos, bo takie jest właśnie prawdziwe nazwisko Obamy z Belford Roxo.

Motywacje są też jednak inne. Kandydat do rady miejskiej w Petrolina, stan Pernambuco, Alexander Nunes Jacinto, zarejestrował swą kandydaturę jako Alexandre Barack Obama, bo twierdzi że... posiada taki sam talent oratorski i jest równie przystojny, jak amerykański polityk. „Chcę być taki jak ten młody człowiek i taki będę” – wyjaśnił dziennikarzom.

Inny brazylijski Obama to Davi Cardoso, kandydat do rady miejskiej w Pompéu, niewielkim miasteczku w stanie Minas Gerais. On zarejestrował się jako: Davi, o Obama do Assentamento, co można przetłumaczyć jako Davi, Obama z Biednej Dzielnicy. Davi nie jest jednak aż tak biedny - w dołączonym do kandydatury oświadczeniu majątkowym wyznał, że jest właścicielem m.in. „20. krów w stanie panieńskim”.

W Ubiratã, w stanie Paraná, kandydat Jovelino Selis do końca chyba nawet nie wie jaka jest poprawna pisownia imienia jego idola, bo zarejestrował się jako Barak Obama.

W Barretos, nieopodal São Paulo, kandydat Epaminondas Bernardes do Nascimento pojawi się na listach wyborczych jako Epaminondas Obama Brasileiro, czyli brazylijski Obama.

Najskromniejszy jest w sumie Natalino Braz z Mendes pod Rio de Janeiro. On dla wyborców nazywa się po prostu Obama.

Dziennikarze O Globo twierdzą jednak, że nie można mówić o nadmiernej Obamamanii wśród brazylijskich polityków. Lulomania jest znacznie silniejsza. Aż 179 kandydatów dodało tym razem do swego nazwiska „Lula”.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
22:01, tierralatina , Brazylia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6