| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

BloGalaxia

Salwador

poniedziałek, 16 marca 2009

Wczorajsze wybory prezydenckie w Salwadorze przejdą do historii tego kraju – po raz pierwszy od uzyskania niepodległości w 1821 roku to niewielkie, środkowoamerykańskie państwo rządzone będzie przez lewicę. Większość Salwadorczyków powierzyła na najbliższe 5 lat fotel prezydenta kraju Mauricio Funesowi, kandydatowi partii byłych rewolucyjnych guerrilleros z Frontu Wyswolenia Narodowego im. Farabundo Martí (FMLN).

Salwadorski Najwyższy Trybunał Wyborczy, po podliczeniu ponad 90 proc. oddanych głosów oficjalnie uznał za zwycięzce kandydata lewicy. Choć rację mieli ci, którzy przepowiadali, że różnica między pretendentami będzie niewielka. Mauricio Funes otrzymał bowiem 51,3 proc. oddanych głosów, a kandydat prawicowowego Nacjonalistycznego Sojuszu Republikańskiego (ARENA), Rodrigo Ávila - 48,7 proc. Przy frekwencji, która wyniosła 65 proc. oznacza to, że różnica poparcia dla między oboma kandydatami to ok. 60 tysięcy osób.

Rozpoczynające się 1. czerwca rządy Mauricio Funesa łatwe na pewno nie będą. Jego ekipa nie będzie bowiem mogła liczyć na bezwarunkowe poparcie lokalnego parlamentu. W styczniowych wyborach do 84-mandatowego Zgromadzenia Legislacyjnego, żadna z partii nie uzyskała bezwzględnej większości. FMLN jest wprawdzie największym parlamentarnym ugrupowaniem, ale ma tylko 35 foteli. Prawicowa ARENA ma 32. deputowanych. 11 parlamentarzystów to członkowie prawicowej Partii Pojednania Narodowego, 5. to centroprawicowi chadecy, a 1 to przedstawiciel centrowej Zmiany Demokratycznej. Kadencja nowowybranego parlamentu rozpoczyna się 1. maja i trwać będzie 3 lata.

Nic więc dziwnego, że tuż po ogłoszeniu wyników Mauricio Funes zapowiedział pojednawczym tonem, że będzie „szanował i słuchał opozycję”. Oraz uspokajał, że nie zamierza w wenezuelskim stylu przeprowadzać wywłaszczeń i nacjonalizycji. „W Salwadorze demokracja i własność prywatna była, jest i będzie szanowana” – zapewnił.

Nowe władze Salwadoru czeka wiele wyzwań. Aż 50 proc. mieszkańców żyje obecnie w biedzie lub skrajnym ubóstwie, tylko 20 proc. Salwadorczyków posiada formalne zatrudnienie. Kraj ma jeden z najwyższych w Ameryce Środkowej wskaźników przestępczości. I jakby tego było mało, kraj jest regularnie dewastowany przez huragany i trzęsienia ziemi.


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .

18:30, tierralatina , Salwador
Link Komentarze (11) »
niedziela, 15 marca 2009

Obywatele Salwadoru, tego niewielkiego położonego nad Pacyfikiem, środkowoamerykańskiego państewka, wybierają dzisiaj prezydenta. I nie jest wykluczone, że 1. czerwca, gdy aktualna głowa państwa - Tony Saca - przekaże swój urząd następcy, kraj ten dołączy do coraz większej grupy latynoamerykańskich państw rządzących przez rewolucyjnych lewicowców. Byłby to pierwszy lewicowy rząd w historii Salwadoru.

W dzisiejszych wyborach o pięcioletnią, nieprzedłużalną kadencję prezydencką ubiega się tylko dwóch kandydatów: były szef narodowej policji, 45-letni Rodrigo Ávila z rządzącego obecnie Nacjonalistycznego Sojuszu Republikańskiego (ARENA), oraz 49-letni dziennikarz Mauricio Funes z opozycyjnego Frontu Wyzwolenia Nardowego im. Farabundo Martí (FMLN).

Jeszcze kilka miesięcy temu sondaże wskazywały, że Mauricio Funes wybory te wygra bez najmniejszego wysiłku. W listopadzie/grudniu jego przewaga nad prawicowym rywalem sięgała 17 proc. Zdaniem politologów na popularność lewicowego kandydata wpływała zarówno chęć Salwadorczyków do politycznej zmiany (ARENA rządzi nieprzerwanie od 20 lat), jak i jego telewizyjna przeszłość – Funes wielokrotnie zdobywał laury najpopularniejszej osobowości telewizyjnej w swym kraju. Ostatnie badania opinii publicznej wskazują jednak, że przewaga kandydata FMLN zdecydowanie zmalała i niebezpiecznie zbliżyła się do granic błędu statystycznego. Tak więc dzisiaj, na dobrą sprawę, wybory może wygrać każdy.

Mauricio Funes podczas kampanii wyborczej popełnił bardzo duży błąd. Wzorując się na aktualnym liderze latynoamerykańskiej rewolucyjnej lewicy, wenezuelskim prezydencie Hugo Chávezie, kandydat FMLN próbował w pewnym momencie pokazać siebie jako obrońcę kraju przed wpływami Stanów Zjednoczonych. Na mitingach palono amerykańskie flagi, straszono CIA i innymi „imperialnymi demonami”. Szybko okazało się jednak, że taka strategia, działająca w Wenezueli, Boliwii, Nikaragui, a nawet – do pewnego stopnia – w Ekwadorze, w Salwadorze jest zupełnie antyproduktywna.

Pablo, znajomy Salwadorczyk, prowadzący w El Salvador niewielką agencję turystyczną, doskonale wytłumaczył mi to w jednym z maili: „Nie można rozbudzić antyamerykańskich nastrojów w kraju, w którym co druga rodzina ma krewnych w USA, co czwarta otrzymuje od nich regularnie pieniądze, a przeciętny młody Salwadorczyk marzy o emigracji do tego kraju”.I nie sposób odmówić mu racji – słynne remesas, czyli pieniądze przysyłane do kraju przez rodzinę pracującą za granicą, stanowią aż 17 proc. produktu wewnętrznego brutto. Lokalny bank centralny szacuje, że tylko w ubiegłym roku mieszkający w Stanach Salwadorczycy przysłali swym bliskim aż 4 miliardy dolarów. Dla kraju liczącego niewiele ponad 5 milionów mieszkańców to naprawdę dużo.

Chwilowy antyamerykanizm w kampanii Funesa, szybko zresztą uznany za błąd przez szefów kampanii FMLN, to oczywiście nie jedyny powód spadku jego popularności. Dużą rolę odegrała też przekraczające wszelkie granice przyzwoitości kampania strachu rządzącej partii i jej kandydata, których podstawowym hasłem wyborczym było „Nie oddam mojego kraju”.

ARENA i Rodrigo Ávila, mający do dyspozycji większośc mediów, skupili się na demonizowaniu lewicowego kandydata, ostrzegając że zrobi z Salwadoru kolonię Wenezueli i Al-Kaidy. Bo, jak wiadomo, „terroryści trzymają się razem”. To oczywiście aluzja do historycznych, partyzanckich korzeni FMLN, czyli okresu krwawej wojny domowej, podczas której - między 1980 i 1992 rokiem – zginęło w Salwadorze ok. 75 tysięcy osób.

Problem w tym, że ludzie podczas tej wojny ginęli nie tylko z ręki lewackich partyzantów. Nie mniej okrutne i bezwzględne okazały się ultraprawicowe Szwadrony Śmierci, których jednym z szefów i założycieli był w był nieżyjący już Roberto d’Aubuisson, twórca... partii ARENA.

Zdaniem Rodrigo Ávili stawką dzisiejszych wyborów jest „obrona suwerenności i wolności Salwadoru”. Bo ewentualna wygrana opozycji uczyni z tego kraju „kolejnego poddanego w totalitarnym delirium Hugo Cháveza”. Aby lepiej to zobrazować swym rodakom, ARENA oblepiła cały kraj plakatami, na których Mauricio Funes obcałowuje się z wenezuelskim prezydentem. Co szybko zresztą okazało się zwykłym, ale efektownym fotomontażem.

Bojąca się utraty władzy, rządząca od 20. lat kasta straszyła w ostatnich tygodniach Salwadorczyków wręcz tym, że jeśli dopuszczą do zwycięstwa kandydata lewicy, to Stany Zjednoczone się obraża, zlikwidują swe programy pomocowe, wydalą ze swego terytorium salwadorskich emigrantów (są ich blisko 2 miliony), przestaną dawać wizy i zablokują przelewy bankowe między oboma państwami. Politycy ARENA tak przesadzili, że aż sprowokowali oficjalną reakcję Stanów Zjednoczonych.

I widać zapomnieli, że w Waszyngtonie też nastąpiła zmiana i już nie rządzi tam George Bush, którego administracja w 2004 roku bez ogródek popierała kandydata ARENA, oficjalnie argumentując iż „ewentualne zwycięstwo FMLN doprowadziłoby do zmiany stosunków handlowych, gospodarczych i migracyjnych między Stanami Zjednoczonymi i Salwadorem”. Ale to już nie te czasy...

Tym razem przedstawiciel Departament Stanu stwierdził jednoznacznie: „Rząd USA nie popiera żadnego z kandydatów w wyborych salwadorskich wyborych prezydenckich odbywających sie 15 marca”. I dodał, że argumenty niektórych tamtejszych polityków o ewentualnych konsekwancjach zwycięstwa takiego a nie innego kandydata „nie odzwierciedlają oficjalnej pozycji Stanów Zjednoczonych”.

Rzecznik amerykańskiej dyplomacji przypomniał też, że obaj kandydaci zostali przyjęci przez przedstawicieli Departamentu Stanu. Po tych spotkaniach Thomas Shannon, który jest szefem departamentu Półkuli Zachodniej, oświadczył że „Stanom Zjednoczonym zależy na wolnych i uczciwych wyborach w Salwadorze i na tym aby kontynuować pozytywne wzajemnie stosunki z każdym rządem, który zostanie w nich wyłoniony”.

I oby tak się stało.

PS. Celowo nie napisałem o programach politycznych żadnego z kandydatów. Były one praktycznie nieobecne w tej kampanii. Kandydaci nie odbyli nawet ani jednej wspólnej debaty. Rodrigo Ávila konsekwentnie odmawiał wszelkim zaproszeniom do bezpośredniej konfrontacji ze swym lewicowym rywalem.


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .