| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

BloGalaxia

Inni piszą

niedziela, 08 marca 2009

Na językach i przede wszystkim w piśmie. Sporo w ostatnich tygodniach interesujących, blogowo-internetowych (choć nie tylko) publikacji dotyczących Wenezueli, Hugo Cháveza i boliwariańskiej rewolucji. Oto subiektywny wybór:

  • w Przekroju moim zdaniem dość celna, choć dla wielu na pewno zbyt jednostronna analiza wenezuelskiej sytuacji po niedawnym referendum. W tekście jest wprawdzie kilka pomyłek i błędów, ale nie mają one większego wpływu na jego przekaz.
  • na blogu Aeroplan opowieść o ostatnich zakupach wenezuelskiej, państwowej kompanii lotniczej. Czyli o tym jak, w kraju nad Orinoko, polityka miesza się z biznesem.
  • ci którym nie chce się czytać, zajrzeć mogą na blog Macieja Laskowskiego. Znajdą tam... ilustrowane słuchowisko radiowe, w którym autor opowiada nie tylko o wenezuelskiej polityce, ale też o turystycznych atrakcjach tego kraju.

Natomiast spragnionym idealistyczno-romantycznej, choć na szczęście nie całkowicie bezkrytycznej wizji boliwariańskiej rewolucji polecam blog Czerwone i Czarne, gdzie comandante Chávez bywa ostatnio częstym gościem.

PS. Dziękuję wszystkim tym, którzy regularnie, czy to w komentarzach, czy e-mailem, podrzucają różne „latynoskie” linki.


>Technorati tags: , , .
>Blogalaxia tags: , .

02:57, tierralatina , Inni piszą
Link Komentarze (5) »
środa, 19 listopada 2008

Hugo Chávez to nie Hitler napisał, kilka dni temu, w Gazecie Wyborczej Artur Domosławski. Zachęcam do lektury, zwłaszcza wszystkich tych, których w poprzedni weekend zachęciłem do przeczytania, także w Gazecie, tekstu Macieja Stasińskiego pod znamiennym tytułem: Brunatna koszula Hugo Cháveza. Artykuł Domosławskiego jest bowiem polemiką z tym co napisał Stasiński. Polemiką celną i potrzebną. I piszę to mimo, że – jak wiedzą stali czytelnicy tego blogu – sam do admiratorów wenezuelskiego prezydenta nie należę. Wręcz przeciwnie.

Jednak Wenezuela to nie III Rzesza. Ani nawet – mimo że Chávez usilnie zmierza w tym kierunku – to wciąż nie Kuba. Sam dwa lata temu pisałem o tym. Warto o tym pamiętać, i to mimo że gdy choć teraz, gdy czytam tamtą notkę, widzę że trochę się od tamtego czasu zmieniło. I niestety tylko na gorsze. Np. media publiczne stały się już zupełnie bezkrytyczną, propagandową tubą reżimu. Taką, że wręcz nie da się ich oglądać. Bo niemal każde zdanie w programach informacyjnych zaczyna się od „Comandante Chávez”, ewentualnie „Presidente Chávez”. Wódz rewolucji to, wódz rewolucji tamto, wódz zadzwonił do Fidela, wódz otworzył nowe wysypisko śmieci, prezydent własnoręcznie prowadził pociąg, dzieci z radością słuchały bajek czytanych im przez prezydenta, etc.

Oglądając reżimowe telewizje można naprawdę dojść do wniosku o tym, że cały świat kręci się wokół prezydenta Cháveza. Na szczęście, w przeciwieństwie do Kuby, wciąż można przełączyć kanał i u niektórych prywatnych nadawców odetchnąć od rządowej propagandy sukcesu. I chociażby dowiedzieć się, że wczoraj znowu pół Wenezueli przez kilka godzin było bez prądu, a personel kilku państwowych szpitali w Caracas nadal strajkuje, bo wciąż nie otrzymał dawno obiecanych przez Cháveza premii...

Reasumując – Chávezowi trzeba patrzeć na ręce. Jak każdemu politykowi. Ale nie powinno się go niepotrzebnie demonizować. Bo choć Chávez ma rzeczywiście dyktatorskie zapędy, to Wenezuela jest wciąż demokratycznym państwem. Demokracja ta kuleje i daleka jest od znanych nam w Europie standardów, ale – to jednak ważne – ciągle jest. Gdyby, tak jak na Kubie, w Wenezueli groziły obywatelom represje za krytykowanie władzy, to kraj ten – wierzcie mi - mocno by się wyludnił...


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
21:19, tierralatina , Inni piszą
Link Komentarze (11) »
niedziela, 09 listopada 2008

Zacznę od Cháveza. W Gazecie Wyborczej ukazał się całkiem spory artykuł Macieja Stasińskiego o Hugo Chávezie. I jak to często u tego autora bywa - równie interesujący, co kontrowersyjny. Na blogu Czerwone i Czarne już rozgorzała dyskusja.

Ci, którzy chcieliby sprawdzić na własne oczy, jak rzeczywiście jest w tej rządzonej przez Hugo Cháveza Wenzueli mają w okazję sprawdzić to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Z blogu Aeroplan dowiedzieć się można o najnowszej promocji Lufthansy. Do Caracas polecieć można za 1770 złotych, co rzeczywiście jest ceną dość atrakcyjną. Przecenione bilety niemiecki przewoźnik oferuje także do Meksyku, São Paulo i Buenos Aires.

Ja natomiast zdradzam swe czytelnicze nawyki. Na blogu Tierra Incógnita.


>Technorati tags: , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
sobota, 25 października 2008

Republikański kandydat do prezydentury Stanów Zjednoczonych, John McCain, krytykował niedawno swego demokratycznego konkurenta Barracka Obamę, za zadeklarowaną przez tego ostatniego chęć spotkania się i rozmowy z prezydentem Wenezueli, Hugo Chávezem. „Z dyktatorami się nie rozmawia” - grzmiał wówczas Republikanin, a jego sztab przygotował nawet odpowiedni, straszący Chávezem klip reklamowy.

Tymaczasem okazuje się, że ten sam John McCain w 1985 roku wpadł do Santiago de Chile na przyjacielską (sam ją tak później określił) pogawędkę z... generałem Augusto Pinochetem. I ani go nie namawiał do przywrócenia demokracji, ani nie skrytykował za reżim terroru, ani nawet – dla przeciwwagi – nie spotkał się z przywódcami chilijskiej opozycji. Co więcej, wszystko działo się w momencie, gdy Stany Zjednoczone oficjalnie domagały się ekstradycji dwóch oskarżonych o terroryzm bliskich współpracowników chilijskiego generała. Amerykanie zarzucali im organizację zamachu bombowego, w którym - w 1976 roku - zginął w Waszyngtonie były chilijski minister spraw zagranicznych Orlando Letelier, wraz ze swymi dwoma amerykańskimi współpracownikami. O tej sprawie też McCain podczas swej wizyty w Santiago słowem nie wspomniał.

Oczywiście prawicowy generał Pinochet ideologicznie bardziej na pewno odpowiadał senatorowi McCainowi, niż lewicowy Hugo Chávez. Ale, przypomnijmy, w 1985 roku w Chile mijało 15 lat od ostatnich wyborów prezydenckich i 12 lat od ostatnich wyborów parlementarnych. Pinocheta można lubić lub nie, ale demokratą nazwać go nie można.

Tymczasem Chávez mimo swych wszystkich dyktatorskich zapędów jest jednak wciąż demokratycznie wybranym prezydentem Wenezueli. Kraju w którym działa Parlament, też demokratycznie wybrany, a liderzy opozycji mają dostęp do mediów i niemal codziennie oskarżają w nich rządzących o korupcję, złodziejstwo, nepotyzm i łamanie konstytucji. I nie ważne w tym wypadku, czy mają w tym rację, czy też nie. Ważne, że oskarżają i żyją. Cieszą się wolnością. W pinochetowskim Chile dawno już byliby zakopani w anonimowej mogile, zrzuceni ze śmigłowca do morza, albo – w najlepszym przypadku – zmuszeni do emigracji.

Więcej o wizycie Johna McCaina u Pinocheta przeczytać można w The Huffington Post. W Polsce chyba jako pierwszy zwrócił na to uwagę blog Czerwone i Czarne.

PS. Zajrzyjcie też na Tierra Incógnita. Tam też pojawiły się nowe wpisy.


>Technorati tags: , , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , , , .
01:22, tierralatina , Inni piszą
Link Komentarze (24) »
niedziela, 28 września 2008

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie jest to w sumie nic wstydliwego, ale jakoś chyba nigdy o tym na blogu nie wspominałem – lubię czytać. Uwielbiam po prostu. Czytelniczego bakcyla złapałem zresztą bardzo wcześnie. Gdy w pierwszej klasie szkoły podstawowej koleżanki i koledzy dukali pierwsze zdania z elementarza, ja już miałem na koncie kilka całych książek. Zresztą nawet już wcześniej, w przedszkolu, pokazywano mnie jak jakieś zwierze w klatce podczas wszystkich wizytacji. „Pokaż Pani jak ładnie czytasz, no pokaż...” – słyszałem wiele razy. A że buntownikiem wówczas jeszcze nie byłem, to pokazywałem o co prosili... O ile dobrze pamiętam, robiłem to z pewnym zdziwieniem i zażenowaniem, bo nie rozumiałem co, w tym że potrafię czytać, jest aż tak nadzwyczajnego. O wiele bardziej dziwne było dla mnie to, że rówieśnicy tego nie potrafią...

Ta łatwość i głód czytania miała zresztą później swoje złe strony. Ponieważ wiedziałem, że i tak czytam znacznie więcej niż przewiduje to szkolny program, to wewnętrznie czułem się zwolniony z obowiązku czytania lektur. Zwłaszcza tych, które po pierwszych stronach mnie nie „chwytały”. Wolałem czytać co mi się podoba, a nie to czego domaga się polonistka. I tak np. - i tu jednak uczynie naprawdę wstydliwe wyznanie – nigdy w życiu nie przebrnąłem przez Pana Tadeusza. Mam jednak cichą nadzieję, że Mickiewicz mi to wybaczy, bo już np. Dziady uwielbiałem...

W ostatnich latach cierpię jednak na jakąś czytelniczą cyklofrenię. Mam okresy gdy książki połykam jedną za drugą, gdy nie kładę się spać póki nie dobrnę do końca pasjonującej lektury. Bywa jednak zupełnie przeciwnie - mijają całe miesiące podczas których jedynymi książkami jakie otwieram są słowniki i encyklopedie... A jak już naprawdę czuje, że mój mózg potrzebuje jakiegoś pokarmu sięgam wtedy po sprawdzone pożywki – książki, które już przeczytałem, czasem kilkakrotnie, które lubię i wiem, że mnie nie zawiodą.

W takich momentach, gdy nie mam ochoty na czytelnicze przygody i eksplorację literackich nowości pewnym rozwiązaniem, poza sięganiem po książki już przeczytane, jest szukanie azylu u ulubionych, sprawdzonych autorów. Mam kilku takich, którzy jeszcze nigdy mnie nie zawiedli.

Wśród pisarzy z południowej półkuli, należą do nich bez wątpienia: mieszkający w Australii południowoafrykańczyk John Maxwell Coetzee, oraz żyjący na Północy, bo w hiszpańskim Gijón, Chilijczyk Luis Sepúlveda.

To właśnie Luis Sepúlveda, którego miałem przyjemność osobiście poznać, sprawił że od kilku dni czuje iż nadchodzi moja „faza czytania”... Z niecierpliwością czekam na moment w którym w moje ręce trafi najnowsza jego książka. I mam nadzieję, że otworzy ona apetyt na więcej lektury.

 

Luis Sepúlveda - La lámpara de Aladino

 

La lámpara de Aladino, czyli po prostu „Lampa Alladyna” to w sumie typowy dla Sepúlvedy zbiór 12. intymnych opowiadań, w którym prawdziwe historie mieszają się z autobiograficznymi elementami i literacką fikcją. Chilijczyk, zgodnie ze swym zwyczajem, stara się w ten sposób ocalić od zapomnienia pewne ważne dla niego miejsca, osoby i wydarzenia. „Gdy wypowiadamy ich nazwiska i opowiadamy ich historie, nasi zmarli nigdy nie umierają” – mówi jeden z bohaterów Lampy Alladyna. Ale te same słowa wypowiedzieć mógłby sam Sepúlveda. „Życie jest pewne magii, ja staram się ją tylko zapisywać” – powiedział skromnie, gdy z nim kilka miesięcz temu rozmawiałem przy butelce jakiegoś chilijskiego Carmenère.

Luis Sepúlveda

I z tego co sam mi wówczas zdradził, oraz tego co ujawnił już jego wydawca, w tym najnowszym zbiorze opowiadań akcja przeniesie czytelników w wiele zakątków świata: do chilijskiej Patagonii, w czasy gdy docierali tam emigranci z całego świata; do Santiago końca lat 60-tych, gdy „wszyscy byli pełni nadziei”; do Rio de Janeiro w trakcie karnawału; do deszczowego Hamburga w którym Sepúlveda mieszkał przez kilka lat po wygnaniu go z Ojczyzny przez Pinocheta; czy do egipskiej Aleksandrii z początku XX wieku, miasta w którym mieszkał wówczas wybitny grecki poeta Konstanty Kawafis.

To zresztą właśnie od Luisa Sepúlvedy dowiedziałem się, że pierwowzorem Czekając na Barbarzyńców - mojej ulubionej powieści wspomnianego J.M. Coetzee’go, był właśnie poemat Kavafisa o tej samej nazwie.

Ja muszę się uzbroić w cierpliwość, bo Lampa Alladyna jeszcze do Ameryki Południowej nie dotarła, ale Wy w Europie – jeśli znacie hiszpański - możecie się już nią cieszyć. W oryginale książka jest od kilku dni dostępna bezpośrednio u barcelońskiego wydawcy. Tłumaczenie francuskie pojawić się ma lada dzień. Włoskie i portugalskie też. Lampa Alladyna powinna również się ukazać, jeszcze przed końcem roku, po angielsku. Na wersję polską pewnie poczekamy dłużej. Wydawnictwo Noir sur Blanc, które zazwyczaj wydaję Sepúlvedę w naszym kraju, nie ma niestety jeszcze jej w zapowiedziach.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
18:06, tierralatina , Inni piszą
Link Komentarze (19) »
niedziela, 31 sierpnia 2008

Słowo się rzekło, należy je dotrzymać... Z racji obchodzonego dzisiaj na całym świecie BlogDay’a, czyli jak twierdzą poloniści Dnia Blogu, zamiast o Ameryce Łacińskiej, będzie o blogach. Jak najróżniejszych - nie o tych które znajdują się w blogrollu, nie koniecznie o tych które czytam na codzień, ale po prostu o tych które z jakiegoś powodu uznałem za wartościowe/ciekawe.

Po prostu zapraszam na krótką wycieczkę po blogosferze. Może po drodze także coś Wam się spodoba? Mam nadzieję.

Blog Day 2008

Lista jest alfabetyczna, bez żadnego wartościowania propozycji.

  • Do cieplych krajów – proponując ten blog łamię trochę blogdejowe zasady, bo teoretycznie wszystkie polecane dzisiaj blogi powinny być dla Was-czytelników niespodzianką, tymczasem ja już o nim pisałem. Jednak akurat dla tego blogu zasady złamać warto, bo jest on po prostu wyśmienity.
    To zapis rowerowej podróży przez Afrykę. Podróży z fotograficznym aparatem i... klarnetem. I oczywiście z przygodami:

    boję się. boję się prawie przez cały czas pobytu w nigerii. strach rozsiadł się na bagażniku i dociska tylne koło. próbuję jakoś rozładować atmosferę, zaprzyjaźnić się z nim.
    - jak ci na imię strachu?
    - stachu - odpowiada ponuro.
    zaczyna padać deszcz. dobrze. mniej ludzi będzie się szwędać po okolicy, łatwiej będzie zniknąć niezauważonym.
    zrywam łańcuch. trudno, znak że mam tu spać. wbijam się w krzaki między domami. śpię w butach, z maczetą pod ręką. oby do świtu.


    To przełamujący stereotypy i uprzedzenia, często zaskakujący, subiektywny portret Afryki, mijanych państw, spotykanych ludzi.

    nie potrafię jakoś dobrze opisywać afrykańskich miast. są duże. nowoczesność miesza się ze starodawną afryką, tłumy ludzi, zwierząt, samochodów, motocykli, dumnie piętrzące sie ku niebu wieżowce wyrastające wprost z poskładanych z byle czego slumsów. i wszechobecny wieczorami zapach palonych spirali przeciw moskitom. dziesiątki handlarzy, przenoszących swój towar na głowach, ciągnący go w dwukołowych wózkach, rozkładający się wprost na ulicach, sprzedający to samo co sąsiedzi. nagabujący przchodnie, proszący o ulżenie butelką piwa w ich egzystencjalnym cierpieniu, sympatyczne kobiety serwujące pyszne dania z ulicznych garkuchni, sprzedawcy kart telefonicznych. muzyka płynąca z każdego zakątka, najczęściej genialna muzyka. i włócząca się bez celu młodzież, i piękne dziewczyny pragnące zwrócić na siebie uwagę wypchanych portfeli. plakaty zapewniające, że rządząca głowa państwa, to najlepsza głowa pod słońcem.


    A także zapis zmian jakie, siłą rzeczy, zawsze zachodzą w podróżniku. W podróżniku właśnie, nie turyście.

    podróż przez afrykę zmieniła mnie. dotknęło mnie jej piękno, dotknęła brzydota. nie wiem kim teraz jestem. na pewno nie tym samym człowiekiem, który wysiadł z samolotu w fezie. kim będę po zakończeniu tej podróży? inszallah.
    po prostu pedałuję na przód.
    iv got africa under my skin


    Polecam, polecam, jeszcze raz polecam

  • Notam.pl – od zera do ATPL - Uwielbiam latać. Gdy samolot odrywa się od Ziemi, mam wrażenie że pozostały na niej wszystkie moje zmartwienia, kłopoty, problemy. Lot mnie relaksuje, tak samo zresztą jak nurkowanie. I w powietrzu i pod wodą mam wrażenie przebywania w innej czasoprzestrzeni. Oraz samotności. Takiej dobrej samotności.
    Mimo tej całej fascynacji samolotami i lataniem nigdy jednak nie ciągnęło aby usiąść za sterami samolotu. Pewnie dlatego, że te wszystkie procedury, ta cała niezbędna technika i fizyka, te migające światełka i niezliczone przełączniki, odarłyby latanie z tej mej metafizycznej przyjemności... Ale z chęcią podczytuję jak autor tego bloga cierpliwie pokonuje szczeble lotniczej kariery, marząc o tym że kiedyś usiądzie za sterami potężnej pasażerskiej maszyny...

  • Peru Food – Peruwiańczycy dumnie twierdzą, że ich kuchnia jest najlepsza na latynoskim kontynencie. I z własnego podróżniczo-kulinarnego doświadczenia wiem, że bez wątpienia mają podstawy aby tak głosić. W Peru rzeczywiście jada się świetnie. Nawet banalnego kurczaka z frytkami potrafią przygotować tak, że na długo pozostaje w pamięci... Robią też najlepsze na kontynencie sushi. W końcu znienawidzony przez wielu były prezydent Alberto Fujimori to nie jedyna pozostałość po potężnej fali emigracji Japończyków do Peru, w latach 30-tych minionego wieku... O tym wszystkim, a także gdzie w Limie lub Kalifornii dobrze - po peruwiańsku - zjeść, przeczytacie w tym właśnie blogu.

    peru_food


    Jego autorem jest Amerykanin o peruwiańskich korzeniach. Blog po angielsku.

  • Resistencia Santiago de León de Caracas – to blog po hiszpańsku i na dodatek mocno polityczny. 25-letnia studentka z Caracas celnie wytyka wszystkie absurdy i niebezpieczeństwa socjalistycznej rewolucji inspirowanej w jej kraju i na całym kontynencie przez Hugo Cháveza.

  • Shorpy – Nie mogło zabraknąć bloga związanego z fotografią. Ten jest nietypowy, bo poświęcony starym zdjęciom. Ale nie tym zażółkłym, niewyraźnym odbitkom z babcinego albumu. To podróż w czasy szklanych, wielkoformatowych płyt. Dowód na to, że wyśmienita jakość obrazu nie pojawiła się wraz z najnowszą generacją cyfrowych matryc. I przypomnienie, że naprawdę nie potrzeba najnowocześniejszego sprzętu aby robić świetne zdjęcia. Blog po angielsku.

Napiszcie proszę czy coś Wam się z moich dzisiejszych propozycji spodobało i dlaczego. A co nie. A jakby wciąż było Wam mało blogosugestii, to zapraszam do ponownego odkrycia/przypomnienia sobie, tego co proponowałem w ubiegłym roku. I tego co w 2006. Bo ja to już taki BlogDayowy weteran jestem... :)


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
 
1 , 2 , 3