| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

BloGalaxia

Kolumbia

środa, 02 września 2009

Kolumbia i Stany Zjednoczone zawarły porozumienie, na mocy którego amerykańska armia będzie współpracować z Bogotą w walce z producentami i przemytnikami narkotyków. W jego ramach US Army będzie mogła korzystać z kolumbijskich baz wojskowych. „Amerykanie się szykują do wojny z nami!” – natychmiast zareagował wenezuelski lider Hugo Chávez. „To jakiś absurd” – oficjalnie odpowiedział Waszyngton.

Chávez nie dawał jednak za wygraną: „Kolumbia staje się kolonią Stanów Zjednoczonych. Tamtejszy prezydent, znany ze swojego zamiłowania do pływania w odchodach, zdradził swój kraj i oddaje go Waszyngtonowi. Nam pozostaje tylko głośne protestowanie i bycie gotowym do wojny. Bo bazy jakie Amerykanie chcą otworzyć u naszych sąsiadów mogą być preludium do wojny w Ameryce Łacińskiej. Przecież mówimy o Jankesach, o najbardziej agresywnej nacji w historii ludzkości” – stwierdził, tłumacząc dlaczego ponownie zamierza wydać miliardy dolarów na zakup uzbrojenia, w tym także czołgów, od Rosji.

Nie pomogły nawet zapewnienia samego Obamy, który osobiście próbował rozwiać wątpliwości mówiąc: „Wbrew temu co w regionie powtarzają niektórzy, dobrze znani ze swej tradycyjnej antyjankeskiej retoryki, Stany Zjednoczone nie mają zamiaru otworzyć żadnej bazy w Kolumbii”.

Zdaniem Bogoty i Waszyngtonu, wynegocjowane porozumienie nie wnosi nic nowego i ma przede wszystkim na celu uregulowanie stanu faktycznego. Bowiem amerykańscy żołnierze w Kolumbii są już od 1999 roku, kiedy to zaczął funkcjonować Plan Colombia – finansowany przez Stany Zjednoczone program walki z producentami i przemytnikami narkotyków. Amerykanie w jej ramach szkolą i wyposażają kolumbijskich żołnierzy, wspierają ich logistycznie, pomagają w patrolowaniu wód terytorialnych i przestrzeni powietrznej. Amerykański Kongres, który wykonywanie Planu Colombia nadzoruje, już kilka lat temu określił maksymalną ilość amerykańskiego personelu, jaka może brać w nim udział. Teraz Bogota i Waszyngton to ograniczenie - 800 żołnierzy i 600 cywilów – potwierdziły w obustronnej umowie.

Oba państwa potwierdziły też, że Amerykanie nadal nie będą mogli brać bezpośredniego udziału w żadnych akcjach zbrojnych na terenie Kolumbii, a owe „siedem baz”, które spędzają sen z oczu Cháveza, wcale nie będą amerykańskie. Porozumienie precyzyjnie określa na jakich warunkach i z których istniejących instalacji kolumbijskiej armii wciąż będą korzystać Amerykanie. „Te bazy są i pozostaną kolumbijskie, powiewać będzie nad nimi wyłącznie kolumbijska flaga.” – podkreśla szef tamtejszej armii, gen. Padilla.

Jedyną w sumie nowością w dwustronnych stosunkach wojskowych będzie przeniesienie do Kolumbii samolotów patrolowych używanych do monitorowania ruchu na Pacyfiku, i które do tej pory operowały z Ekwadoru. 10-letni kontrakt o używaniu przez amerykańskie lotnictwo ekwadorskiego lotniska w Mancie kończy się bowiem we wrześniu i zaprzyjaźnione z Chávezem władze w Quito postanowiły go nie przedłużać. Jednak – jak podkreśla Bogota – chodzi wyłącznie o nie posiadające zdolności bojowej samoloty Orion i AWACS, które i tak – już od dekady – stacjonują w regionie.

Wszystkie ty wyjaśnienia kolumbijski prezydent powtórzył w miniony piątek w argentyńskim Bariloche, gdzie odbył się szczyt państw-członków UNASURUnii Państw Ameryki Południowej. Prezydenci Brazylii, Peru, Chile, Paragwaju i Urugwaju już wcześniej oficjalnie uznali, że zawarte przez Waszyngton i Bogotę porozumienie, jest wewnętrzną sprawą obu państw. W Bariloche to potwierdzono. Plan Cháveza aby Kolumbię zganić i napiętnować nie powiódł się. Przyjęta przez wszystkich południowoamerykańskich liderów końcowa deklaracja mówi jedynie, że kolumbijsko-amerykańska współpraca „nie może zagrozić suwerenności i integralności terytorialnej innych krajów regionu". Czyli dokładnie to, o czym Bogota i Waszyngton zapewniały od samego początku.

Nie oznacza to jednak, że emocje całkowicie opadły. W Wenezueli, Boliwii i Ekwadorze wciąż słychać głosy, że USA szykuje wojnę, albo przynajmniej „powtórki z Hondurasu”, gdzie niedawno w zamachu stanu został obalony sympatyzujący z Chávezem prezydent Zelaya. „To nie jest koniec tej historii, szczyt w Bariloche był tylko epizodem. To porozumienie to szpikulec wbity w pierś UNASUR i unię ludów naszego regionu” – stwierdził wczoraj wenezuelski Minister Władzy Ludowej ds. Gospodarki Alí Rodríguez Araque.

Nie jest jednak chyba przypadkiem, że że to właśnie liderzy tych trzech, najbardziej protestujących państw, wiele razy nie kryli swej sympatii wobec narkoterrorystycznych organizacji działających w Kolumbii. A one rzeczywiście będą celem działań kolumbijsich żołnierzy wspieranych i szkolonych przez Amerykanów.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , , .

17:28, tierralatina , Kolumbia
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Kolumbijski prezydent Alvaro Uribe jest chory na grypę wywoływaną przez wirusa A H1N1 – oficjalnie poinformował jego rzecznik, César Mauricio Velásquez. Wirus został formalnie zidentyfikowany w laboratorium Narodowego Instytutu Zdrowia w Bogocie. Velásquez dodał, że kolumbijski MSZ poinformował już o chorobie prezydenta wszystkie kraje kontynentu.

I bynajmniej nie chodzi tu o to aby inni prezydenci wysyłali do swego kolumbijskiego odpowiednika życzenia rychłego powrotu do zdrowia (bądź wręcz przeciwne – zważywszy na niezbyt wielką miłość jaką go darzą niektóre głowy państwa w regionie). Kolumbijczycy poinformowali o chorobie Uribe przede wszystkim po to, aby inni prezydenci jak najszybciej się... przebadali.

W miniony piątek w argentyńskim Bariloche odbył się bowiem szczyt UNASUR, czyli Związku Państw Ameryki Południowej. Spotkali się na nim wszyscy prezydenci kontynentu aby porozmawiać o podpisanym niedawno i budzącym kontrowersje, kolumbijsko-amerykańskim porozumieniu o współpracy wojskowej. Były więc i uściski rąk i rozmowy w bardzo wąskim gronie. I Alvaro Uribe już wtedy zaczął źle się czuć...

Czyli, teoretycznie, wszyscy mogli się zarazić. Epidemia wśród prezydentów byłaby historycznym precedensem.

Alvaro Uribe nie jest pierwszą głową państwa zmagającą się nową odmianą wirusa grypy. Ten wątpliwy przywilej należał do kostarykańczyka Oscara Ariasa. Na szszęście już wyzdrowiał.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .

00:58, tierralatina , Kolumbia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 lipca 2008

O tym, że kolumbijskiej armii udało się w minionym tygodniu uwolnić więzioną przez ponad 6 lat Ingrid Betancourt, nie muszę już chyba pisać. Wydarzenie to było szeroko relacjonowane przez wszystkie chyba media świata.

Akcja kolumbijskiej armii była tak perfekcyjna, jakby zaplanowali ją najlepsi scenarzyści z Holywood – Betancourt i 14 innych zakładników uwolniono bez ani jednego wystrzału, bez użycia przemocy. Po prostu zinfiltrowany wcześniej przez kolumbijski wywiad wojskowy, przetrzymujący zakładników oddział FARC był przekonany, że przekazuje ich innej partyzanckiej grupie, która – jak sądzili - miała jeńców doprowadzić na spotkanie z Alfonso Cano, nowym szefem FARC. Tak też zresztą myśleli sami zakładnicy, którzy o tym że są w rękach kolumbijskiej armii, czyli że są wolni, dowiedzieli się dopiero na pokładzie wojskowego śmigłowca, który – jak sądzili– miał być udostępniony, jak to już wiele razy bywało, przez państwa mediujące w kolumbijskim konflikcie.

Utrata aż 15 zakładników, w tym - oprócz słynnej Betancourt, nie mniej cennej trójki Amerykanów – cywilnych pracowników waszyngtońskiego Ministerstwa Obrony, jest dla FARC kolejnym potężnym ciosem. Ciosem, który – zadaniem wielu ekspertów – może już tylko przyspieszyć definitywny koniec ponad 40-letniej historii tej lewicowej, kolumbijskiej partyzantki. Jest to też kolejny dowód na to, że wielokrotnie krytykowana i na pewno bardzo kontrowersyjna, nieustępliwa polityka kolumbijskiego prezydenta Alvaro Uribe wobec FARC, zaczyna przynosić rezultaty.

Kluczowe, w walce kolumbijskiego rządu z FARC, były minione dwa lata. FARCowcy otrzymali w ich trakcie tak dużo ciosów, ponieśli tyle porażek, jak nigdy wcześniej. Krótkie przypomnienie:

  • 17 luty 2006 – podczas zbrojnego starcia z oddziałami kolumbijskiej armii ginie Giovanny David Santamaría, pseudonimy „Popeye” i „Rubén”, który odpowiedzialny był m.in. za porwanie i egzekucję gubernatora stanu Antioquia i byłego minstra obrony Gilberto Echeverriego Mejía.
  • 15 czerwiec 2007 – w kolejnym starciu z armią ginie Milton Sierra („Jota Jota”), dowódca tzw. Miejskiego frontu FARC „Manuel Cepeda”, który od lat terroryzował część miasta Cali i był m.in. odpowiedzialny za porwanie i egzekucję 12 lokalnych deputowanych.
  • 1 wrzesień 2007 – w walce z armią ginie Tomás Medina Caracas („El Negro Acacio”) – osoba niesłychanie dla kolumbijskich guerilleros ważna, gdyż nie tylko kierująca tzw. 16 frontem FARC, ale przede wszystkim, odpowiedzialna za produkcję i sprzedaż przez FARC kokainy, która jest podstawowym źródłem dochodów tej organizacji.
  • 25 październik 2007 – kolejna potyczka z kolumbijską armią rządową i kolejne dotkliwe straty FARC: wraz z 19. innymi towarzyszami broni ginie Gustavo Rueda Díaz („Martrín Caballero”), szef FARC na karaibskim wybrzeżu Kolumbii, który m.in. porwał i przez 6 lat przetrzymywał Fernando Araújo, obecnego szefa kolumbijskiej dyplomacji. Gustavo Rueda Díaz był także podejrzewany o próbę przeprowadzenie zamachu na amerykańskiego prezydenta Billa Clintona, gdy ten – w 2000 roku – odwiedzał Kolumbię.
  • 1 marzec 2008 – podczas ataku kolumbijskiej armii na znajdujące się na terytorium Ekwadoru obozowisko FARC ginie 26 osób, w tym Luis Edgar Devia („Raúl Reyes”) – numer dwa w FARC, uważany za „szefa dyplomacji” partyzantów i ich rzecznika prasowego.
  • 7 marzec 2008 – Manuel Jesús Muñoz („Ivan Ríos”) – członek ścisłego dowództwa FARC zostaje zamordowany przez swego osobistego ochroniarza, Pedro Pablo Montoyę Cortésa („Rojas”), który z osobistym komputerem swego szefa i jego odciętą dłonią (aby udowodnić jego śmierć) oddaje się w ręce rządowej armii.
  • 26 marzec 2008 – najstrszy guerillero świata, czyli Pedro Antonio Marín („Tirofijo”, „Manuel Marulanda”) – założyciej FARC i naczelny dowódca tej organizacji, umiera w niewyjaśnionych do końca okolicznościach (prawdopodobnie na zawał serca). Miał 78 lat.
  • 18 maj 2008 – Nelly Ávila Morena („Karina”), szef 47. frontu FARC i jedyna w historii tej organizacji kobieta na wysokim, dowódczym stanowisku... dezerteruje i oddaje się w ręce rządowej armii.
  • 2 lipiec 2008 – kolumbijska armia uwalnia, bez najmniejszej walki, 15. najcenniejszych zakładników FARC. Wśród uwolnionych są m.in.: była kandydatka do kolumbijskiej prezydentury Ingrid Betancourt, porwana 23 lutego 2002 roku; Thomas Howes, Keith Stansell i Marc Gonsalves – amerykańscy doradcy kolumbijskiej armii, porwani w marcu 2003 roku.

Jak to często bywa – do sukcesu pretenduje wielu ojców. We Francji, która ze względu na podwójne, francusko-kolumbijskie, obywatelstwo Ingrid Betancourt ,sprawę zakładników FARC interesowała się w sposób szczególny, prezydent Sarkozy puszy się i pręży jakby co najmniej osobiście odbijał uwięzionych. Także w Waszyngtonie politycy sobie na wzajem gratulują i informują, że o przygotowaniach do akcji wiedzieli i Kolumbijczyków w niej wspierali. Nawet w Izraelu pojawiły się głosy, że kolumbijska armia korzystała z doświadczeń Mossadu. Niektórzy twierdzą nawet, że militarny sukces to tylko zasłona dymna, a Kolumbijczycy, przy finansowej pomocy USA, zakładników po prostu wykupili od lokalnego dowódcy. Za 20 milionów dolarów i immunitet.

Szef kolumbijskiej armii, Fredy Padilla de León, dał jednak publiczne słowo honoru, że żadnego okupu nie zapłacono. „Ani centa” – stwierdził. I dodał, że gdyby rzeczywiście zapłacono FARCowcom, to na pewno podane zostałoby to do publicznej wiadomości. „Wiadomość, że któryś z dowódców zainkasował taką sumę pieniędzy wywołałaby w szeregach guerilleros potężne kontrowersje i napięcia. I na pewno zadziałałaby demobilizująco. Ale tak się nie stało. Nikt nie dostał ani grosza.” – twierdzi Padilla de León.

Sama Betancourt, która obecnie przebywa już ze swoimi dziećmi we Francji, stwierdziła że mimo tego bolesnego doświadczenia, mimo że prawie w niewoli nie umarła z powodu licznych chorób z którymi się zmagała, nie zamierza zrezygnować z polityki. I zamierza wystartować w najbliższych wyborach prezydenckich w Kolumbii.

Wcześniej jednak może ją spotkać inny zaszczyt. Grupa włoskich parlamentarzystów zaproponowała, aby zgłosić Francuzo-Kolumbijkę do pokojowej nagrody Nobla. Pomysł natychmiast poparła chilijska prezydent Michelle Bachelet, oraz organizacje pozarządowe walczące o uwolnienie zakładników różnych grup zbrojnych na świecie. Ich zdaniem Betancourt, jak mało kto, przyczyniła się do popularyzacji bolesnego problemu cywilnych zakładników w sytuacjach konfliktowych. Sama Ingrid Betancourt mówi, oczywiście, że na żadną nagrodę nie zasługuje.

www.tchibo.pl


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
17:01, tierralatina , Kolumbia
Link Komentarze (20) »
piątek, 11 kwietnia 2008

No nareszcie! Pierwszego maja cała Ameryka Łacińska stanie przed nami otworem. Bez zbędnych opłat i formalności. Tego dnia bowiem Kolumbia zniesie wobec polskich obywateli wymóg posiadania wiz przy pobytach turystycznych i służbowych! A że jest to obecnie jedyne, ostatnie z państw tego regionu wymagające od Polaków wiz, oznacza to że od 1. maja, poruszać się będziemy mogli od Meksyku po chilijską Ziemię Ognistą absolutnie bezwizowo!

Dowiedziałem się o tym kilka dni, temu podczas tranzytu przez lotnisko El Dorado w Bogocie. Wizy kolumbijskiej nie posiadałem, gdyż w przypadku samej tylko zamiany samolotów nie jest ona wymagana. Zwykły lotniskowy tranzyt. Ale... No właśnie... przygody zawsze są możliwe!

Z powodów jakichś problemów technicznych mój bagaż nie mógł być nadany do znajdującego się poza Kolumbią portu docelowego. Musiałem go w Bogocie odebrać i nadać jeszcze raz. Co bez wizy wcale takie łatwe nie jest - odbiór bagażu jest przecież po przejściu kontroli paszportowej...

Sprawdzająca paszporty funkcjonariuszka D.A.S., młoda dziewczyna o przyspieszającej bicie serca twarzy miss i figurze modelki, na szczęście od razu zrozumiała mój problem. I... odeskortowała mnie na lotniskowy posterunek policji. Poczekaj tu, zaraz ktoś tu przyjdzie, kto będzie mógł pójść z tobą po bagaż - powiedziała i zostawiła mnie na krzesełku między dwoma facetami w kajdankach. Na przeciw mnie wisiała tablica tekstem pod optymistycznym tytułem "Derechos del capturado", czyli ni mniej ni więcej Prawa zatrzymanego. W najgorszym wypadku, będę mógł zadzwonić do konsulatu - dowiedziałem się z niej. Budujące...

Tymczasem czas mijał: jednych skutych kolesi wyprowadzano, innych przyprowadzano, ktoś płakał, facet z blizną na policzku dzwonił do swego adwokata, a po mnie nikt nie przychodził... Na szczęście nikt też na mnie nie krzyczał, gdy wstałem z krzesełka na którym posadziła mnie piękna Kolumbijka. Nie jest aż tak źle - pomyślałem, bo gdy inni - ci w kajdankach - wstawali - to policjant zza biurka natychmmiast rozkazywał powrót na przydzielone im miejsce. Cieszyłem się więc tą, choć mocno ograniczoną, ale jednak wolnością, pijąc schłodzoną wodę ze stojącego w kącie saturatora, oraz przyglądając się plakatowi z talią kart, w której figury zastąpiono zdjęciami poszukiwanych dowódców lewicowej parrtzyantki FARC.

Plakat, zauważyłem, był przez funkcjonariuszy na bieżąco aktualizowany, bo przy kartach ze zdjęciami Raula Reyesa, Ivana Riosa i jeszcze kilku innych, mniej znanych, zabitych ostatnio farkowców, dorysowano krzyżyki.

Gdy na tarczy zegara wiszącego obok portretu prezydenta Kolumbii i nad dyżurnym policjantem, duża wskazówka zatoczyła pełne koło, moja cierpliwość powoli zaczęła się kończyć. Co ze mną? - zapytałem mundurowego, który z rozbrajającą szczerością natychmiast odpowiedział, że nie ma pojęcia. "Ktoś miał po ciebie przyjść, ale nie przychodzi" - dodał, choć akurat do podobnego wniosku sam już wcześniej doszedłem.

Na moje szczęście, chwile potem, do naszego pomieszczenia, wszedł postawny facet w czarnym moro, który - jak się zorientowałem z zachowania dyżurnego policjanta - musiał być kimś znajdującym się znacznie wyżej w hierarchii. Natychmiast mu wytłumaczyłem moją sytuację, on pokiwał głową, o nic się nie zapytał, nic nie powiedział, a jedynie wezwał kogoś przez radio. Kolejnego policjanta, jak się po chwili okazało. Który po krótkiej rozmowie ze swoim szefem zabrał mój paszport i gdzieś z nim znikł.

Hmmm... To nie był strach, bo nic przecież nie przeskrobałem, ale zaczynał się we mnie rodzić pewien niepokój... Zwłaszcza, że szef gdzieś się ulotnił i nastąpiła zmiana dyżurnego. Nowy, jak tylko został sam, natychmiast się mnie dopytywać co tutaj robię i dlaczego się szwędam zamiast grzecznie siedzieć na krzesełku. Tłumaczenie, że czekam na kogoś, ale nie wiem kogo, chyba nie do końca go zadowoliło. Ani fakt, że nie mam żadnego dokumentu. Któryś z twoich kolegów go zabrał - wyjaśniłem. Który? A skąd mam wiedzieć który? Poszedł sobie z moim paszportem. Gdzie poszedł? Nie wiem...

Zegar obok prezydenta był bezlitosny. Właśnie wskazywał czas w którym, według planu, miałem odlatywać z lotniska w Bogocie. Naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie powołać się się na tablicę z Derechos del capturado i nie zadzwonić do polskiego konsulatu. No ale przecież oficjalnie nie jestem "capturado", niemniej już od prawie 3 godzin trzymają mnie zamkniętego na lotniskowym komisariacie...

Z takich właśnie rozważań wyrwał mnie powrót policjanta, który zabrał wcześniej mój paszport. Co więcej wrócił w towarzystwie uśmiechniętej kobiety w kolorowej kamizelce linii lotniczych. Proszę, pójdzie pan z tą panią po bagaż i pomoże ona też panu zarejestrować się na najbliższy lot. ¡Qué bien! A co z moim paszportem? Paszport później...

No i rzeczywiście. Udało mi się odzyskać mój plecak, dostać kartę wstępu na pokład na najbliższy lot i nadać nań bagaż. Do szczęścia brakowało mi już tylko paszportu. Okazało się, że był on w gabinecie szefa zmiany D.A.S. - służby kontrolującej granice. I który to właśnie oddając mi mój dokument, przeprosił za zaistniałe kłopoty i zapewnił, że gdy następnym razem pojawię się na lotnisku w Bogocie, będzie już o wiele łatwiej. A niby to dlaczego, zapytałem z pewnym niedowierzaniem. Bo od 1 maja Polacy nie będą potrzebowali wiz do Kolumbii, odpowiedział pokazując mi fax z tą informacją.

Mimo wszystko postanowiłem wiadomość tą sprawdzić. Polski MSZ na temat zniesienia wiz przez Kolumbię milczy, ale od czasu kiedy tenże, wbrew prawdzie, informował o wprowadzeniu wiz do Boliwii, nie mam do niego w kwestiach wizowych specjalnego zaufania. Na szczęście Ambasada Kolumbii w Polsce defintywnie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Oto stosowny komunikat.

Ameryka Łacińska, od 1. maja, będzie dla nas całkowicie bezwizowa.

Nie przez przypadek piszę o Ameryce Łacińskiej, a nie Ameryce Południowej i Środkowej. Bo to nie to samo. Dwa państwa, które nie są uważane za łacińskie, czyli Surinam i Gujana, wiz od polskich turystów nadal wymagają.


>Technorati tags: , , .
>Blogalaxia tags: , , .
17:49, tierralatina , Kolumbia
Link Komentarze (22) »
niedziela, 02 marca 2008

Uwolnienie Ingrid Betancourt to kwestia życia i śmierci” – stwierdził prezydent Francji Nicolas Sarkozy, gdy dotarły do niego informacje od uwolnionej w tym tygodniu przez kolumbijskich partyzantów z FARC czwórki zakładników. Ci byli kolumbijscy deputowani byli podczas swej niewoli przetrzymywani wraz z byłą kandydatką do prezydenckiego fotela. I alarmują, że jej stan zdrowia znacznie się pogorszył. Luis Eledio Pérez, jeden z tych którzy właśnie odzyskali wolność, ujawnił że Francuzko-Kolumbijka cierpi m.in. na żółtaczkę i była bardzo źle traktowana przez guerilleros. Zdaniem uwolnionych życie Betancourt jest obecnie zagrożone. „Jestem gotowy, jeśli będzie trzeba, osobiście pojechać na wenezuelsko-kolumbijskie pogranicze i ją odebrać” – zadeklarował francuski prezydent.

Doniesieniami o sytuacji najsłynniejszej zakładniczki FARC, która w niewoli przebywa już ponad sześć lat, zaniepokoił się nawet sympatyzujący z kolumbijskimi partyzantami prezydent Wenezueli, Hugo Chávez. Publicznie zaapelował on do dowódcy guerilleros, Manuela Marulandy, aby zwrócił na nią szczególną uwagę. „To jest naprawdę pilne. Podczas gdy pracujemy nad szczegółami jej uwolnienia, Betancourt powinna zostać przeniesiona do jakiegoś oddziału blisko ciebie. Bo być może nie wiesz, że warunki jej niewoli są obecnie bardzo delikatne.” – poprosił Chávez.

Kierownictwo FARC nie odpowiedziało póki co na ten apel. Przeciwnie – w momencie uwolnienia czwórki ex-deputowanych partyzanci zapowiedzieli, że to tymczasowy koniec „gestów dobrej woli”, czyli wynegocjowanej przez Cháveza serii przekazywania jeńców. Jej najbardziej spektakularnym elementem było styczniowe wypuszczenie Clary Rojas, przyjaciółki i byłej szefowej kampanii prezydenckiej Ingrid Betancourt, porwanej wraz z nią.

Niestety nadzieje bliskich Betancourt i wszystkich tych którzy od 6 lat domagają się jej uwolnienia, tak bardzo rozpalone przez wypuszczenie Clary Rojas, zostały w ostatnich dniach mocno nadwątlone. By nie powiedzieć, że legły w gruzach. Armia kolumbijska zadała bowiem partyzantom niezwykle bolesny cios. Cios który może całkowicie zerwać jakiekolwiek negocjacje o losie zakładników. A nawet sprowokować FARC do jakichś nieodpowiedzialnych i nieprzemyślanych decyzji...

W ostatnich dniach zabity bowiem został Raúl Reyes, zastępca i przewidywany następca schorowanego Manuela „Titofijo” Marulandy. Cios zadany FARC przez kolumbijską armię jest tym bardziej bolesny i spektakularny, że 59-letni Raúl Reyes był „twarzą” partyzantów. Ich rzecznikiem prasowym i głównym negocjatorem odpowiedzialnym za kontakty międzynarodowe i finanse swej nielegalnej armii. To właśnie on na słynnym wideo z września ubiegłego roku zgadzał się na mediację Cháveza w uwalnianiu zakładników.

Raúl Reyes nazywał się tak naprawdę Luis Edgar Devia Silva i zanim pod koniec lat 70-tych przystąpił do partyzantki, znany był w Kolumbii jako związkowy lider pracujący w jednej z fabryk Nestlé. Swą błyskawiczną karierę w szergach FARC zawdzięczał jednak nie tylko swym negocjacyjnym zdolnościom, lecz również swemu związkowi z Olgą Marín, córką szefa Manuela Marulandy.

W Kolumbii za Reyesem wysłano ponad 30 listów gończych i ponad 100 razy był oskarżany w procesach o terroryzm, porwania, pranie pieniędzy, przemyt narkotyków i morderstwa. Stany Zjednoczone, oskarżając go o produkcję i handel kokainą, wyznaczyły nagrodę 5 milionów dolarów, dla tego który pomógłby w jego schwytaniu.

Zabicie Reyesa będzie miało reperkusje nie tylko w samej Kolumbii, ale i w regionie i na pewno nie polepszy i tak już napiętych stosunków tego kraju z sąsiadami. Kolumbijski prezydent Álvaro Uribe przyznał bowiem, że armia kolumbijska w pogoni za Reyesem i towarzyszącym mu oddziałem weszła na teren Ekwadoru. I partyzancki lider zabity został na terenie tego właśnie kraju.

Paradoksalnie, wiadomość ta najbardziej zdenerowowała przywódcę kraju znajdującego się po przeciwnej stronie Kolumbii... Hugo Chávez zadeklarował, że gdyby podobna sytuacja miała miejsce na granicy z Wenezuelą odebrałby to jako wypowiedzenie wojny.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
sobota, 22 września 2007

A jednak… Kolumbijscy lewicowi partyzanci z FARC podobno w końcu zgodzili się aby wenezuelski prezydent Hugo Chávez stał się mediatorem w sprawie tzw. porozumienia humanitarnego, czyli ewentualnej wymiany przetrzymywanych przez guerilleros zakładników na pojmanych przez siły rządowe partyzantów. A także na to, aby takie negocjacje toczyły się na terenie Wenezueli. Tak przynajmniej twierdzi kolumbijska opozycyjna senator Piedad Córdoba.

Komu jak komu, ale jej można akurat wierzyć – Piedad Córdoba ma na tyle lewicowe poglądy, że jest jednym z niewielu kolumbijskich polityków mających w miarę stały kontakt z przywódcami partyzantów, jest też w swym kraju wystarczająco popularna aby prezydent Kolumbii Alvaro Uribe, mimo silnych światopoglądowych różnic, liczył się z jej zdaniem. I na dodatek przyjaźni się ona z Hugo Chávezem!

To właśnie ta pochodząca z Medellín 53-letnia adwokat wpadła na pomysł aby w negocjacje FARC zaangażować Cháveza (Dlaczego właśnie jego, bardzo celnie wytłumaczyła niedawno na swoim blogu la_polaquita). Co najważniejsze, Piedad Córdobie udało się przekonać Uribe do swego pomysłu – obaj prezydenci spotkali się pod koniec sierpnia w Bogocie i Chávez został oficjalnie namaszczony jako negocjator.

Problem w tym, że początkowo do chavezowskiej mediacji zadziwiająco chłodno odniosło się kierownictwo FARC. W swej pierwszej reakcji naczelny dowódca partyzantów Manuel „Tirofijo” Marulanda (którego prawdziwe nazwisko to Pedro Antonio Marín) podziękował Chávezowi za zaangażowanie, ale dodał że sprawa porozumienia humanitarnego to problem kolumbijski, który musi zostać rozwiązany przez Kolumbijczyków i na terenie Kolumbii.

Nie zniechęciło to jednak Piedad Córdoby. Senator osobiście udała się do dżungli w której ukrywają się partyzanci FARC. I spotkała się tam z prawą ręką Marulandy i zarazem rzecznikiem prasowym tej zbrojnej organizacji Raúlem Reyesem. I najwyraźniej udało się jej przekonać go aby ktoś z ścisłego dowództwa FARC spotkał się mimo wszystko z Chávezem. Na filmie video, który Piedad Córdoba przywiozła ze spotkania w leśnej kwaterze partyzantów, można zobaczyć i wysłuchać Reyesa, który proponuje aby do takiego spotkania, gdzieś w Wenezueli, doszło 8 października:

Data to oczywiście nieprzypadkowa i dla latynoamerykańskich rewolucjonistów bardzo ważna – Raúl Reyes na wszelki przypadek przypomina jednak, że „jest to rocznica dnia w którym w Boliwii zamordowano komendanta Ernesto Che Guevarrę”.

Chávezowi, który czczi Che na równi z Bolivarem na pewno się to spodoba. A że wenezuelski prezydent nie traci żadnej okazji do zaprezentowania swych (wysoce dyskusyjnych) zdolności wokalnych, to mogę się założyć, że – jeśli do spotkania dojdzie – wraz ze swymi kolumbijskimi gośćmi odśpiewa „Hasta siempre comandante...”

Wracając do sedna, czyli porozumienia humanitarnego – nie należy oczywiście oczekiwać, że 8 października dojdzie do przełomu. Jednak już sam fakt, że Uribe zgodził się na chavezowska mediację jest dużym krokiem naprzód. Stawką jest tu wolność kilkuset osób. Wstępne założenia przewidują wymianę 500 pojmanych przez wojska rządowe członków FARC, na 45 zakładników znajdujących się w rękach tych ostatnich. W tym wszystkich pozostających w rękach FARC cudzoziemców.

8 października może jednak dojść to jednej od dawna oczekiwanej sytuacji. Nie zdziwiłbym się wcale gdyby wysłannicy FARC dostarczyli Chávezowi jakieś nagranie wideo, albo zdjęcie będące dowodem życia Ingrid Betancourt. Prosił o to i wenezuelski prezydent i Piedad Córdoba, u których z kolei o lobbowanie w tej sprawie zabiegał sam prezydent Francji, Nicolas Sarkozy. Raúl Reyes obiecał, że „będzie wkrótce coś nowego”.


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
 
1 , 2