| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

Meksyk

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

To już nawet nie jest pobicie rekordu – to raczej jego zmiażdżenie, obrócenie w pył, stworzenie nowej jakości. Bo inaczej nie można nazwać tego, co zrobili Meksykanie z Thrillerem, Michaela Jacksona.

W minioną sobotę, czyli w 51. rocznicę urodzin nieżyjącego Króla Popu, postanowiono w Meksyku zbiorowo odtworzyć pamiętny taniec zombie, truposzów i innych tego typu przyjemniaczków, którzy pojawiali się w pamiętnym teledysku z 1982 roku (Boże, jaki ja jestem stary i jak szybko ten czas leci! Jak dziś pamiętam, jak się wszyscy tym klipem, oglądanym najczęściej w biało-czarnych odbiornikach,podniecali. Naprawdę to było aż 27 lat temu?!?).

Do tej pory rekord Guinnessa wtej dyscyplinie należał do Amerykanów (tych z USA), którzy kiedyś odtańczyli Thrillera w 241 osób. Liczba śmieszna w porównaniu z wyczynem Meksykanów...

W sobotę, na stołecznym, meksykańskim Placu Republiki, u stóp Pomnika Rewolucji, mimo padającego deszczu, zebrało się ponad 50 tysięcy fanów Michaela Jacksona. I aż 13607 z nich odtańczyło Thriller. W tym wielu przebranych za grobowstańców i inne wampiry, czy też po prostu za ich muzycznego idola.

Wodzirejem i jednym z pomysłodawców tego wydarzenia był Héctor „Jackson” – bardzo znany w Meksyku imitator Króla Popu.

PS. Zapraszam na Tierra Incógnita. Jest tam wpis z okazji dzisiejszego BlogDay.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .

16:54, tierralatina , Meksyk
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 maja 2009

Przyznaje, że zupełnie przegapiłem moment wybuchu epidemii „świńskiej” grypy. Przeoczyłem moment, w którym meksykańskie gazety zaczęły bić na alarm, a światowe media jeszcze milczały. Chwilę potem nie miałem już o czym pisać, bo temat podchwycono wszędzie. A nie ma przecież sensu powtarzać w blogu, tego o czym trąbią wszystkie gazety, radia i telewizje. Także w Polsce.

Warto chyba jednak przypomnieć, że grypa – wbrew swojej nazwie – nie jest wcale świńska. To nie jest sytuacja podobna do tej sprzed kilku lat, gdy groziła nam epidemia ptasiej grypy. Wtedy rzeczywiście padały ptaki, a chorowały wyłącznie osoby, które miały z nimi kontakt. Tymczasem obecnie, ani w Meksyku, ani nigdzie indziej na świecie nie ma epidemii grypy wśród trzody chlewnej. Wirus A H1N1, którego tak wszyscy się obecnie boją, nie przenosi się z wieprza na wieprza, ani z wieprza na człowieka. W każdym bądź razie nie stwierdzono dotychczas takich przypadków. On przenosi się wyłącznie między ludźmi.

Oczywiście, gdzieś w procesie mutacji wirusa, była kiedyś jakaś świnia, ale to nie wystarcza aby grypę nazwać świńską. Wirus tej choroby z natury bardzo łatwo mutuje i A H1N1, jest zupełnie nową jego odmianą, która – zdaniem ekspertów – posiada sekwencje genów charakterystyczne zarówno dla grypy świńskiej, jak i ptasiej oraz ludzkiej. Czyli, jeśli już, to mamy do czynienia z grypą świńsko-ludzko-ptasią. Ale chorują obecnie na nią tylko ludzie. Dlatego też Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), w porozumieniu ze Światową Organizacją Zdrowia Zwierzęcego, oficjalnie uznała, że mówienie o „świńskiej grypie” jest błędem. I to błędem poważnym w konsekwencjach, bowiem wiele państw wstrzymało już import wieprzowiny, a inne rozpoczęły eksterminacje trzody. Od wczoraj wirus oficjalnie nazywa się „wirusem grypy północnoamerykańskiej”.

Na nieszczęście Meksyku ta długa nazwa raczej się nie przyjmie, a światowe media już zaczynają grypę tą nazywać „meksykańską”. Sytuacja tego kraju jest nie do pozazdroszczenia. Szkoły zamknięte, restauracje w stolicy także, Kanada, Chiny, Argentyna i Kuba oficjalnie zawiesiły połączenia lotnicze, inne kompanie lotnicze także odwołują, bądź redukują loty, turyści uciekają, bądź odwołują już zaplanowane meksykańskie wakacje. Prawie jakby Meksyk dotknęła dżuma. Tymczasem, jak przypomina lokalny rząd, do tej pory zanotowano w tym kraju 358 potwierdzonych zachorowań na grypę wywołaną A H1N1 i 15 zgonów. W sąsiednich Stanach Zjednoczonych jest już 141 chorych i jedna ofiara śmiertelna. Tymczasem do USA lotów się nie odwołuje.

Oczywiście, nikt nie kwestionuje, że ognisko nowej grypy znajduje się w Meksyku i większość chorych na świecie przywiozła wirusa właśnie z tego kraju. Nie należy bagatelizować zagrożenia, ale też warto nie wpadać w panikę. I zastanowić się ze trzy razy, zanim zrezygnuje się np. z zaplanowanych na lipiec wakacji w Cancún...

Bowiem, jak donoszą tour-operatorzy, wielu turystów zamienia obecnie pobyty w Meksyku, zastępując je... turnusami w Brazylii. Bo w Brazylii grypy nie ma.

Nie ma grypy, to fakt, ale jest... denga. I choć o niej mało się mówi ona także zabija. Od początku tego roku zachorowało nia nią w tym kraju ponad 160 tys. osób, a ponad 200 zmarło.

Zdaję sobie sprawę, że nie można porównywać obu chorób. Przenosząca się z człowieka na człowieka grypa ma nieporównywalnie większy potencjał epidemiogenny niż denga, którą przenoszą komary. Nie przesadzajmy jednak ze zbytnim alarmizmem. Bo nie ma ku temu powodów. Przynajmniej jak na razie...

WHO zresztą oficjalnie powtarza, że – póki co - nie ma powodów do ograniczania podróży. Nawet do Meksyku. Nie ma też co rzucać się do sklepów i aptek w poszukiwaniu chirurgicznych maseczek na twarz. One nie chronią przed zakażeniem. One mogą co najwyżej zabezpieczyć już chorego, aby nie zarażał innych. Nie na odwrót. Chirurg przed operacją zakłada maseczkę nie po to aby uniknąć zarażenia od np. operowanego właśnie kręgosłupa. On ją zakłada aby, gdyby np. kichnął, nie napluć przez przypadek do otwartego, operowanego właśnie ciała.

Specjaliści przypominają, że od maseczki o wiele bardziej skutecznym zabezpieczeniem przed grypą jest zwykłe, regularne mycie rąk. A już na pewno mycie rąk przed jedzeniem.

Do wyjaśnienia pozostaje oczywiście kwestia tego, dlaczego epidemia wybuchła właśnie w Meksyku. Nie wykluczone, że częścią odpowiedzi są jednak świnie. W ostatnich latach Meksyk stał się północno-amerykańskim świńskim zagłębiem.

Dzięki (a może raczej: z powodu) NAFTA, północnoamerykańskim porozumieniu o wolnym handlu, wiele wielkich korporacji które hodowały wieprze w USA, przeniosło swe mega-chlewy właśnie do Meksyku. Atrakcjyjne dla nich są bowiem nie tylko niższe zarobki pracowników, ale także – nie ma się co oszukiwać – mniej rygorystyczne przepisy ekologiczno-sanitarne.

Wśród podejrzanych o udział w „wylęganiu się” wirusa A H1N1 jest amerykański koncern Smithfield, a dokładniej Granjas Caroll – jedna z największych w Meksyku świńskich farm, w których Amerykanie są większościowymi udziałowcami.

W położonym w jej pobliżu miasteczku La Gloria, gdzie mieszka większość pacowników hodowli, zanotowano na początku tego roku nagły wzrost chorób układu oddechowego o symptomach podobnych do grypy. Dotknęły one aż 500. z 4 tys. mieszkańców. I to właśnie w La Gloria mieszka Edgar Hernández, czteroletni chłopiec, który długo uważany był za „przypadek zero” grypy A H1N1.

Smithfield, rząd Meksyku, ale także niezależni eksperci uważają jednak, że – póki co - nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że wirus wyszedł właśnie z Granjas Caroll. Przede wszystkim świnie są tam zdrowe, po drugie nikt poza czteroletnim Edgarem nie miał tam potwierdzonej grypy nowego typu. Choć jest kilkunastu chorych na „zwykłą” ludzką grypę. Zarówno miasto, jak i mega-chlew znajdują się obecnie pod ścisłym sanitarnym nadzorem i prowadzone są dalsze badania mające na celu definitywne wykluczenie, bądz ewentualne potwierdzenie związku między nową chorobą, a hodowlą świń w La Gloria.

Pierwszy i jak dotąd jedyny, wstępnie potwierdzony, przypadek zachowowania na grypę wywoływaną przez A H1N1 w Ameryce Południowej, zarejestrowano w Peru. Chora to mieszkająca tam Argentynka, która wróciła niedawno z Meksyku.

Tymczasem Wenezuelczycy rozsyłają sobie SMSami nowy dowcip: Dlaczego prezydent Chávez nie musi się martwić, że zachoruje? Bo wirus ze świni na osła się nie przenosi...


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .

niedziela, 06 kwietnia 2008

Absolut BoycottAle afera! Ciekawe czy osoby odpowiedzialne za marketing Absoluta, tej znanej szwedzkiej wódki, przewidzieli aż takie reakcje. I czy zaakceptowali kontrowersyjną reklamę przeznaczoną na meksykański rynek w myśl zasady nie ważne jak o nas mówią, ważne żeby o nas mówili.

Jeśli tak to sukces jest pełen. Jeśli nie, to pewnie jakieś głowy w korporacji polecą. Bo Stanach Zjednoczonych już nawołuje się do bojkotu tej wódki.

O co poszło? Ano o najnowszą globalną kampanię reklamową, odbywającą się pod hasłem IN AN ABSOLUT WORLD. W różnych zakątkach naszego globu przyjęła ona bardzo różne formy, idea jest jednak wszędzie ta sama – przedstawienie fikcyjnego, nierealnego świata, który dla wielu jest pewnie wymarzonym ideałem.

I tak mamy np. dzieła sztuki zamiast migających reklam na nowojorskim Time Square:

In an Absolut World

Boga schładzającego ziemską atmosferę:

In an Absolut World

Mężczyzn w ciąży:

In an Absolut World

Czy też zgodnych z kobiecym ideałem:

In an Absolut World

Albo fabryki wypuszczające bańki mydlane zamiast zanieczyszczeń:

In an Absolut World

Przesłanie wydaje mi się dość jasne. I raczej nie budzące kontrowersji. Kłopot sprawiła jednak meksykańska wersja tej reklamy. O czym mogą marzyć Meksykanie? Jak wyglądałby ich idealny, absolutny świat? Eksperci od marketingu doszli do wniosku, że tak:

In an Absolut World

I, na tyle na ile znam Meksykanów, Absolut rzeczywiście trafił w dziesiątkę. Żal o przegraną w XIX wojnę, w wyniku której Meksyk stracił na rzecz Stanów Zjednoczonych olbrzymią część swojego terytorium jest, w meksykańskim społeczeństwie, zakorzeniony bardzo głęboko. I mapa z granicami sprzed 1848 roku jest niewątpliwie miodem lanym na meksykańskie serca.

No ale, oczywiście, nie spodobała się ona po drugiej stronie (obecnej) granicy. Różne amerykańskie, głównie prawicowe (choć nie tylko) media i blogikipią z wściekłości. Absolut w USA zasypywany jest tysiącami oburzonych listów, e-maili i telefonów. Do tego stopnia, że firma wydała następujące oświadczenie:

The In An Absolut World advertising campaign invites consumers to visualize a world that appeals to them -- one they feel may be more idealized or one that may be a bit "fantastic." As such, the campaign will elicit varying opinions and points of view. We have a variety of executions running in countries worldwide, and each is germane to that country and that population. This particular ad, which ran in Mexico, was based upon historical perspectives and was created with a Mexican sensibility. In no way was this meant to offend or disparage, nor does it advocate an altering of borders, nor does it lend support to any anti-American sentiment, nor does it reflect immigration issues. Instead, it hearkens to a time which the population of Mexico may feel was more ideal.
As a global company, we recognize that people in different parts of the world may lend different perspectives or interpret our ads in a different way than was intended in that market. Obviously, this ad was run in Mexico, and not the US -- that ad might have been very different.
By Paula Eriksson, VP Corporate Communications, V&S Absolut Spirits

Czyli przeprosiny, ale takie nie do końca. I co – najważniejsze – kampania reklamowa w Meksyku nadal trwa. Kontrowersyjny plakat zobaczyć można w gazetach, na bilboardach, nawet w telewizyjnych spotach. Ci, których meksykańska reklama Absoluta (nota bene przygotowana przez meksykańska filię AMERYKAŃSKIEJ agencji reklamowej TBWA) oburzyła, nie zamierzają się jednak poddać. Poza obietnicą picia innych wódek wytoczyli też działa parodii i zniekształcania reklamu szwedzkiego trunku. Mnie udało się znaleźć w internecie m.in. takie wersje:

Z wchłoniętym przez Stany Zjednoczone Meksykiem:

In an Absolut World

Nawołujące do bojkotu:

Absolut Boycott

Absoltut Screw-up

Czy wręcz "adaptujące" meksykańską reklamę Absoluta do historii innych kontynentów:

Absolut Nazi

A Wy co myślicie. Czy Absolut posunął się w swej meksykańskiej reklamie za daleko? Czy reakcje amerykańskich "republikanów" są przesadzone? Czy Absolut na tym skorzysta, czy może straci? Mnie, osobiście, reklama bardzo się podoba. Ale ja z natury jestem prowokatorem i lubię drażnić kołtuna... :)

Jako rozgrzewkę do dyskusji, która - mam nadzieję - się tu wywiąże, zachęcam do zapoznania się z wyjątkowo skrajnymi amerykańskimi reakcjami. Jak chociażby pod tym, bądź tym blogowym wpisem.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
20:35, tierralatina , Meksyk
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 10 września 2007

Yahoo mój kochany, ssij pierś mamusi, ssij! Takie zdanie, po hiszpańsku oczywiście, być może już padło. W meksykańskim mieście Mexicali rodzice nadali w ubiegłym tygodniu swemu nowo-narodzonemu synkowi imię... Yahoo. Urzędnikom stanu cywilnego wyjaśnili, że poznali się dzięki serwisowi randkowemu oferowanemu przez ten portal i chcieli to w taki właśnie sposób uczcić. Mały Yahoo jest więc dosłownie dzieckiem internetu.

W Ameryce Łacińskiej imię takie nie będzie jednak specjalnie ciężkie do noszenia. Kraje latynoskie to prawdziwa kopalnia zaskakujących imion. Pisałem już kiedyś trochę o tym przy okazji polskiej premiery filmu Madeinusa. Jego tytuł to także imie. I wcale nie tak rzadkie. W Meksyku w najdziwniejsze imiona obfituje ponoć stan Tabasco. Dziennik La Jornada poświęcił im kiedyś ciekawy artykuł.

A w miniony weekend poznałem Brazylijkę. Goodday ma na imię. Poważnie.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
16:28, tierralatina , Meksyk
Link Komentarze (14) »
czwartek, 06 września 2007

Jak to dobrze być wiernym przydupasem. I podpisywać, jątrzyć, przyklaskiwać, knuć. W nagrodę można np. zostać posłanym w ambasadory.

Zastanawiam się po co Kaczyński płaci pensję pani minister? Skoro i tak decyzje zapadają w Toruniu i Urugwaju.

Oczywiście przesadzam. Ale tylko trochę. Niestety.

P.S. Żeby wszystko bylo jasne – w najmniejszym stopniu nie podważam "latynoskich" kompetencji pana Achmatowicza. Przeciwnie – jest on bez wątpienie znawcą Ameryki Łacińskiej, mającym w swym dorobku wiele (ciekawych) naukowych publikacji. To co, niestety, budzi kontrowersje - to jego niektóre osobiste sympatie i kontakty. (Choć może to zwykły koniunkturalizm?) A także – a może przede wszystkim - proces podejmowania decyzji w MSZ (czy wręcz poza nim).


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
13:46, tierralatina , Meksyk
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Kilkanaście dni temu portal gazeta.pl przedstawił ambitny projekt jaki chcą zrealizować Meksykanie – z okazji zbliżającego się dwuwiecza niepodległości, w stołecznym Meksyku ma stanąć Torre Bicentenarionajwyższy budynek Latynoameryki.

I trzeba przyznać, że pomysł jest naprawdę śmiały – jego realizację powierzono nie byle komu, bo jednej z najlepszych pracowni architektonicznych na świecie – Office for Metropolitan Architecture (OMA), Holendra Rema Koolhaasa.

Nie jest jednak tak jak pisze gazeta.pl, że zapadła już decyzja w sprawie lokalizacji tej wielkiej inwestycji i Torre Bicentenario na pewno stanie tuż przy Bosque de Chapultepec – największym parku meksykańskiej stolicy, w którym znajduje się m.in. Los Pinos – rezydencja meksykańskich prezydentów.

Torre Bicentenario - Mexico

(fot: OMA)

Nie, dyskusja w tej sprawie nadal trwa. Powiem nawet więcej - to już nie dyskusja a prawdziwa batalia... Problem polega na tym, że okolice parku Chapultepec to jedne z najbogatszych dzielnic w mieście, w tym m.in. słynne Polanco, przez które przebiega najdroższa i najbardziej eksluzywna ulica Latynoamerki, nosząca imię czechosłowackiego prezydenta, Avenida Presidente Masaryk. To meksykański odpowiednik paryskich Champs-Elysées, czy nowojorskiej 5 Avenue – nagromadzenie luksusowych butików i drogich restauracji.

To właśnie ich właściciele, klienci i mieszkańcy okolicznych rezydencji zorganizowali się w komitet protestujący przeciw budowie Torre Bicentenario. Ale to nie jest tak, że oni po prostu nie chcą biurowca Koolhaasa, że im się on nie podoba. Przeciwnie – większość zdaje sobie sprawę, że 300-metrowy budynek stanie się prawdopodobnie atrakcją samą w sobie i symbolem nowoczesnego Meksyku. Nie, oni boją się przede wszystkim jego budowy!

Torre Bicentenario - Mexico

(fot: OMA)

Meksyk obchodzić będzie dwóchsetlecie rozpoczęcia procesu uzyskiwania niepodległości już w 2010 roku. I Torre ma być wówczas gotowa! Taki krótki termin oznacza prace budowlane dzień i noc, bez najmniejszej przerwy. Czyli hałas, nieustający balet ciężarówek, spaliny, kurz, rozkopy... Trinidad Belaunzarán, przewodnicząca dzielnicowego komitetu protestycyjnego Salvo Lomas (miejsce w którym planowano Torre nazywa się Lomas de Chapultepec), obawia się też, że uciążliwe stać się mogą później dojazdy do pracy tłumów, które będą przecież pracować na ponad 165 tysiącach metrów kwadratowych powierzchni biurowej, które zamykać będzie w sobie wieżowiec. „Nie jesteśmy przeciw budynkowi, jesteśmy przeciw jego lokalizacji” – powtarza.

Narzekania mieszkańców znalazły przyjazne im ucho we władzach gminy. Co zresztą było do przewidzenia – projekt promowany jest przez lewicowe władze Dystryktu Federalnego, czyli odpowiednika naszego województwa. Tymczasem Miguel Hidalgo - gmina (delegación) w której znajduje się Bosque de Chapultepec zdominowana jest przez prawicowych konserwatystów. Jej prezydent, Gabriela Cuevas (tak na marginesie - to piękna 28-letnia kobieta, zerknijcie na stronę gminy!), uważa wręcz że obecny plan zagospodarowania przestrzennego nie zezwala na budowę tak wysokiego obiektu.

Jednak – wbrew pozorom – problemem to wcale nie jest. Plan może zostać bowiem zmieniony przez parlament Dystryktu Federalnego. A ten jest w zdecydowanej większości za budową Torre. Szef rządu dystryktu, Marcelo Ebrard, mówi jednak, że wcale nie ma zamiaru nikomu narzucać budowy.

Co nie znaczy wcale, że wieża może nie powstać - co najmniej trzy inne stołeczne gminy wręcz biją się o przeniesienie inwestycji na ich terytorium. Torre Bicentenario chciałyby mieć u siebie Gustavo A. Madero, Azcapotzalco i Tlalpan. Żadna z nich nie ma oczywiście tak prestiżowych lokalizacji jak Lomas de Chapultepec, ale – jak słusznie chyba zauważa prezydent Gustavo A. Madero, Francisco Chiguil – „prestiż przyjdzie z tą inwestycją”.

Przewidywany koszt budowy Torre Bicentenario to 600 milionów dolarów. Budynek będzie miał 70 pięter i w 85 proc. zajmowany będzie przez biura. Znajdą się też jednak w nim sklepy, centrim kongresowe, fitness, niewielkie muzeum i olbrzymi podziemny parking. Przewidziana data inauguracji to 16 wrzesień 2010. Inwestorami są meksykańska grupa deweloperska Danhos i Pontegadea – firma budownicza należąca do najbogatszego Hiszpana, magnata odzieżowego Amancio Ortegi. M.in. popularna Zara, to właśnie on.

Meksykanie bić będą swój własny architektonoczny rekord. Najwyższym budynkiem Ameryki Łacińskiej jest bowiem obecnie 59-piętrowa (225 metrów) Torre Mayor. Znajduje się ona... w pobliżu Bosque de Chapultepec. Jego budowa zakończyła się w 2003 roku, a zaprojektowany został przez kanadyjskie biuro Zeidler Partnership Architects. Torre Mayor jest też najwyższym budynkiem na świecie spełniającym surowe normy antysejsmiczne. Teoretycznie powinna ona przetrwać trzęsienie ziemi o sile 8,5 stopnia w skali Richtera. Torre Bicentenario też, oczywiście, spełniać będzie takie normy.

Torre Mayor - Mexico

Torre Mayor (fot: ZPA)


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
 
1 , 2 , 3