| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

Na ekranie

czwartek, 16 lipca 2009

Amatorzy kina latynoamerykańskiego, a odnoszę wrażenie że jest ich w Polsce całkiem sporo, mają coraz więcej powodów do zadowolenia. Dzięki takim dystrybutorom jak Gutek Film, a zwłaszcza Agencja Promocji Mañana, ciekawe filmy z południa Ameryk docierają na polskie ekrany nie tylko coraz częściej, ale i też za każdym razem coraz szybciej.

Na głośne latynoskie filmy nie trzeba już czekać latami - pojawiają się albo na organizowanym dorocznie, w wielu miastach Polski, Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich (w tym roku odbyła się już jego 10. edycja!), albo po prostu trafiają do regularnej dystrybucji.

Tym razem jednak agencji Mañana należą się szczególne wyrazy uznania. Naprawdę nie spodziewałem się, że dożyję kiedyś takiego dnia...

Chilijska „Służąca”, której polska premiera odbędzie się dzisiaj (w czwartek), o 20.30, w warszawskim kinie Muranów, a w piątek trafi na ekrany w całej Polsce, nie miała jeszcze nawet premiery w swym rodzinnym Chile. Do kin w Santiago film trafi dopiero w połowie sierpnia, a w innych krajach kontynentu zobaczyć go będzie można od września. Polska, choć w to trudno uwierzyć, jest pierwszym na świecie krajem w którym „La Nana”, bo taki jest oryginalny tytuł filmu, trafia do regularnej dystrybucji.

poster La Nana plakat Służąca

Ja miałem okazję niedawno go obejrzeć tylko dzięki uprzejmości znajomego chilijskiego dyplomaty, który pożyczył mi na 24 godziny kopię, jaką przekazywał organizatorom jakiegoś uniwersyteckiego przeglądu filmów latynoamerykańskich w Caracas. Bo film wciąż jest w fazie festiwalowo-przeglądowej. Ze sporymi zresztą sukcesami – nie dalej jak w tym tygodniu otrzymał nagrodę publiczności na Festival Paris Cinéma. Wcześniej laury zdobył też m.in. na prestiżowym festiwalu kina niezależnego Sundance, gdzie otrzymał Wielką Nagrodę jurorów, a grająca w nimtytułową rolę służącej Catalina Saavedra, nagrodę dla najlepszej aktorki.

Jeśli chodzi o nagrody i wyróżnienia, film ten już jest największym sukcesem chilijskiej kinematografii od czasu „En la cama” i „Machuca”. A czeka go jeszcze kilka festiwali...

Sukces to w sumie tym większy, że 30-letni Sebastián Silva, twórca „La Nana”, nie jest wcale „zawodowym” filmowym reżyserem – to wszechstronny artysta: rysownik-ilustrator, fotograf, muzyk. I choć jego poprzedni film i zarazem reżyserski debiut: „La vida me mata”, spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem krytyki i relatywną popularnością chilijskiej publiczności, to jednak w jego rodzinnym kraju, chyba wciąż kojarzy się on najczęściej ze swymi muzycznymi, a nie filmowymi, projektami. Silva gra w aż trzech zespołach: Yaia, CHC i Los Mono. Ten ostatni z sukcesem koncertował już zresztą też w klubach w USA i Wielkiej Brytanii.

Służąca” to komediowa, lecz bardzo przy tym refleksyjna opowieść o zjawisku prawie wcale nieznanym w Europie, lecz bardzo popularnym w niektórych krajach latynoskich, a zwłaszcza w Chile: o pomocy domowej, która przez całe lata mieszka z rodziną u której pracuje. I która jest zarazem kucharką, sprzątaczką, pokojówką, służącą, opiekunką dzieci, zastępczą matką i ojcem, domową intendentką, bywa że także ogrodnikiem. Taka nana bardzo często, po latach pracy, zna wszystkie, nawet najbardziej intymne rodzinne tajemnice. Wielu wydaje się, że stały się z czasem pełnoprawnymi członkami rodzin w których pracują. I to mimo, że zazwyczaj nie mają prawa siadania przy stole, cały dzień muszą chodzić w charakterystycznym mundurku-fartuszku domowej pomocy, a wszystki posiłki spożywają w samotności, w kuchni, najczęściej w pośpiechu.

Takim członkiem rodziny czuje się właśnie Raquel, tytułowa nana z filmu Silvy – jest przekonana, że jest kimś więcej niż tylko pracownikiem. Wmawia sobie, że jest potrzebna, że kocha domowiników i jest przez nich kochana, że dom w którym mieszka i od świtu do nocy pracuje należy też po części do niej. Ten poukładany świat wali się, gdy jej pracodawcy postanawiają zatrudnić drugą pomoc. To co miało ulżyć jej w nadmiarze pracy, ona odbiera jako potwarz, brak do niej zaufania, atak na jej terytorium, groźbę utraty wpływów... Nowa służąca staje się konkurencją i wrogiem. Raquel robi więc wszystko, aby jej się pozbyć, zmusić do odejścia...

I choć film jest komedią, i rzeczywiście zabawnych scen i sytuacji jest w nim niezliczona ilość, to Sebastiánowi Silvie udało się też w nim precyzyjnie i krytycznie sportretować chilijskie (i w sumie też ogólnolatynoskie) społeczeństwo. Jego codzienną, teoretycznie nieistniejącą, ale jakże obecną, klasowość. To także film o ludzkich kompleksach, strachu, samotności, poczuciu zależności.

Film powstał w ciągu zaledwie 20 dni zdjęciowych w rodzinnym domu Sebastiána Silvy w Santiago de Chile. Nie kryje on zresztą, że historie jakie w tym domu zaobserwował podczas swego dzieciństwa zostały licznie wplecione do scenariusza. Zresztą dwie nany z jego dzieciństwa były obecne na planie i reżyser często się z nimi konsultował.

Efekt tego wszystkiego jest wyśmienity. Film szczerze polecam.

PS. Nana oznacza służącą tylko w Chile. Już w sąsiedniej Argentynie, a także w Paragwaju, Urugwaju i na Kubie, mówi się na taką osobę najczęściej mucama, a w Wenezueli, z pewną dozą pogardy, cachifa. W „oficjalnym hiszpańskim” jest to empleada de la casa, bądź – choć to deprecjonujące- doméstica.

PS2. Sebastián Silva pracuje już obecnie nad trzema kolejnymi filmami, z których dwa powstać mają w Stanach Zjednoczonych z amerykańskimi aktorami. Najbardziej zaawansowane są przygotowania do filmu, którego roboczy film to „Second Child”. Ma być to opowieść o przebudzaniu się seksualności u dziecka. Kolejny filmem, którego scenariusz jest już gotowy, to częściowo autobiograficzna historia młodego Latynosa, który przyjeżdża do Holywood z nadzieją, że uda mu się nie tylko spotkać Stevena Spielberga, ale wręcz przekonać go wyłożenia pieniędzy na debiutancki film. Silva rzeczywiście, bezskutecznie, tego próbował. Trzeci film powstać ma w Chile, być może jeszcze w tym roku. Ani reżyser, ani wspierający go producent Gregorio González, nie zdradzają jednak jeszcze żadnych szczegółów dotyczących tego projektu.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

02:02, tierralatina , Na ekranie
Link Komentarze (12) »
środa, 04 czerwca 2008

Jeśli mieszkacie w Warszawie to niestety tekst ten będzie dla Was mocno spóźniony. Bo w stolicy 9. Festiwal Filmów Latynoamerykańskich już się zaczął, w miniony piątek. I powoli zmierza ku swemu końcowi.

9. Festiwal Filmów Latynoamerykańskich

Jeśli jednak mieszkacie w Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Trójmieście, Łodzi, bądź Lublinie to wszystko jest jeszcze przed Wami. Festiwal, czyli największa w Polsce doroczna uczta kina latynoamerykańskiego, po finale w Warszawie, ruszy w trasę po tych właśnie miastach. I zobaczyć będzie można aż 35 filmów z Ameryki Południowej.

Oczywiście nie miałem jeszcze okazji zobaczyć wszystkich prezentowanych w ramach tegorocznego festiwalu filmów, niemniej jednak jest kilka, które mogę Wam z całego serca polecić.

Zabić ich wszystkich” („Matar a todos”) – to urugwajsko-chilijsko-argentyński thriller polityczny w reżyserii Estebana Schroedera. Oscylujący między fikcją, a dokumentem film o śledztwie w sprawie śmierci Eugenio Berríosa - zdolnego chemika pracującego w latach 80-tych dla DINA, tajnej policji politycznej reżimu Pinocheta. I przez reżim ten zabitego.
Nie będę Wam oczywiście opowiadał całego filmu, ale ciekawscy mogą zajrzeć tutaj, gdzie dwa lata temu, przy okazji innego wątku z niezwykle burzliwej niedawnej historii Chile, napisałem trochę o Eugenio Berríosie.

Droga do Świętego Diego” („El Camino de San Diego”) - to kolejny film dobrze znanego miłośnikom kina latynoamerykańskiego Argentyńczyka, Carlosa Sorína. Tego samego, któremu zawdzięczamy chociażby wyśmienity, pokazywany wielokrotnie także w Polsce „Bombón – el perro”.
Sorín opowiada tym razem pełną humoru historię Tati Beníteza - młodego, bezrobotnego drwala, który – tak jak wielu Argentyńczyków – traktuje futbol jako religię, a Diego Maradonę jak bóstwo. I gdy dowiaduje się, że jego bóstwo nagle się rozchorowało, Tati Benítez postanawia mu pomóc, złożyć mu hołd. Pielgrzymując do niego... Podróż, oczywiście, obfituje w przygody i zadziwiające, zabawne spotkania...

Zabrania się zabraniać” („Proibido proibir”) – to z kolei filmowe dzieło Jorge Durána, Chilijczyka który od ponad 30 lat mieszka w Brazylii. Zdobył on sławę w filmowej branży jako wyśmienity scenarzysta, który przez lata współpracował m.in. z Hectorem Babenco. „Zabrania się zabraniać” to trzeci film wyreżyserowany przez Durána. I którym wywołał on w Brazylii wiele kontrowersji. Drastycznie obnaża on bowiem problemy, o których w kraju tym zazwyczaj głośno się nie mówi: m.in. rasizm, biedę, społeczne różnice, korupcję i bezkarność policji, przemoc, narkotyki. I wszystko to wplecione w opowieść o przyjaźni i miłości.
Jak dla mnie, był to najlepszy film latynoamerykański jaki widziałem w ubiegłym roku.

Skrzypce” („El violin”) – Rewelacyjna opowieść o indiańskich muzykach-partyzantach. Świetnie sfilmowana i jeszcze lepiej zagrana. Aż nie chce się wierzyć, że Angel Tavira – meksykański Indianin, który zagrał w tym filmie główną rolę – Don Plutarca, nigdy wcześniej nie zajmował się aktorstwem. To film mający już ponad 3 lata i kilkakrotnie w Polsce pokazywany. Ale jeśli ktoś go jeszcze nie widział, to najwyższa pora odrobić zaległości... :) To nabardziej nagradzany film w historii meksykańskiego kina!

Napiszcie proszę, czy komuś z Was udało się skorzystać z filmowego menu oferowanego przez ten tegoroczny Festiwal Filmów Latynoamerykańskich. I co Wam się podobało bardzo, co mniej, a co (ewentualnie) wcale...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , .
03:11, tierralatina , Na ekranie
Link Komentarze (7) »
niedziela, 17 czerwca 2007

Rzadko się to zdarza, ale jednak… Właśnie bardzo żałuję, że nie ma mnie w Polsce. Bo naszym kraju trwa obecnie prawdziwa latynoska uczta filmowa. Mam oczywiście na myśli, już można powiedzieć że tradycyjny, bo organizowany po raz 8. Festiwal Filmów Latynoamerykańskich.

Dzięki jego organizatorom, czyli przede wszystkim Agencji Promocji Mañana i Gutek Film, polscy widzowie obejrzeć mogą w tym roku aż 35 latynoskich filmów. Poza obejmującą 16 relatywnie nowych filmów selekcją konkursową, Festiwal oferuje także cykle tematyczne – latynoamerykańską klasykę, filmy poświęcone latynoskiej muzyce, wybór argentyńskich animowanych filmów krótkometrażowych, a także przypomina filmy, które w ostatnich miesiącach przewinęły się przez polskie ekrany kinowe (w tym mój ulubiony „Madeinusa”).

Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mogą zasiąść do tego filmowego stołu – tym bardziej, że zdecydowanej większości proponowanych filmów nie widziałem. I to mimo, że tyle czasu spędzam w Latynoameryce i do kina chadzam często. Bo niestety o latynoskie filmy jest w niej bardzo trudno. Na afiszach, jak niemal wszędzie, królują przede wszystkim holywoodzkie superprodukcje. A lokalne dzieła rzadko przekraczają granice. Ujrzenie np. chilijskiego filmu na ekranach sąsiedniego Peru graniczy z cudem. Nie mówiąc już o pokonaniu portugalsko-hiszpańskiej bariery językowej i np. trafienie na brazylijski film w pobliskiej Wenezueli. Oczywiście zdarzają się wyjątki jak chilijska „Machuca” która podbiła niemal cały kontynent, ale to naprawdę rzadkość. Zazwyczaj jedyną szansą na obejrzenie filmu z sąsiedniego kraju są organizowane czasem przeglądy i festiwale, a także... obecni na ulicach niemal wszystkich latynoskich metropolii sprzedawcy pirackich DVD i u których można zamówić niemal każdy film świata!

Wracając do 8. Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich – z filmów, które widziałem ze szczerym sercem polecić mogę argentyński „El otro” w reżyserii Ariela Rottela – fascynująca opowieść o mężczyźnie, który w sumie przez przypadek, postanawia zmienić swą tożsamość. I to właśnie to wcielenie się w „obcego” skłania go refleksji nad własnym życiem:

 

W selekcji konkursowej znalazł się także ciekawy chilijski „En la cama” Matíaza Bize, o którym na tym blogu już kiedyś pisałem. Świetny jest też mający już niemal 3 lata i bardzo meksykański „Mezcal”, oraz peruwiański thriller polityczny „Mariposa negra”. Ten ostatni, oparty na prawdziwych wydarzeniach z okresu skorumpowanych rządów Alberto Fujimoriego, stał się zresztą wyjątkowo aktualny, gdyż wszystko wskazuje na to że lada moment Chile ekstraduje do Peru tego znienawidzonego przez wielu polityka.

Festiwal jest też okazją aby wreszcie obejrzeć, bądz przypomnieć sobie (w obu przypadkach warto) wspominane już „Madeinusa”, oraz kultową brazylijską „Macunaimę”.

8. Festiwal Filmów Latynoamerykańskich

To co u organizatorów 8. Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich zasługuje też na szczególną pochwałę to wyjście z nim w Polskę. Wcale nie trzeba mieszkać mieście stołecznym aby móc obejrzeć te wszystkie filmy – będą one bowiem pokazywane w wielu innych miastach. Już rozpoczęły się projekcje w Krakowie, dziś startuje Poznań, a w najbliższych dniach przyjdzie kolej na Gdańsk, Łódź, Katowice, Lublin i Wrocław. Brawo, naprawdę brawo!

Jeśli są wśród Was szczęśliwcy mający okazję wzięcia udziału w tej filmowej uczcie to – bardzo proszę – podzielcie się wrażeniami. I napiszcie co się Wam podobało. Albo i nie podobało, bo to też się przecież może zdarzyć...


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
23:42, tierralatina , Na ekranie
Link Komentarze (12) »
piątek, 30 marca 2007

Cieszę się bardzo, że portal gazeta.pl promuje dzisiaj na swej głównej stronie meksykańsko-hiszpański Labirynt Fauna w reżyserii Guillermo del Toro. Bo to bardzo dobry, mocny, nie pozostawiający nikogo obojętnym film. Naprawdę warty obejrzenia.

O filmie sporo już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Przypomnę tylko, że choć Labirynt Fauna relatywnie poległ w walce o Oskary (bardzo relatywnie, bo jednak zdobył 3 z 6 do których był nominowany), to jednak zdeklasował konkurencję w ubiegłotygodniowym boju o Ariele, czyli nagrody Meksykańskiej Akademii Nauk i Sztuk Filmowych.

Ciekawe jest też, jak bardzo różni się angielsko i hiszpańskojęzyczny zwiastun tego filmu. Ten pierwszy zobaczyć możecie poniżej, ten drugi pokazywałem tutaj.

Zachęcam też do przeczytania entuzjastycznej recenzji Pawła Mossakowskiego z Gazety Wyborczej, a także tej w znakomitym filmowym blogu „Bez popcornu".


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , ,.
21:04, tierralatina , Na ekranie
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 marca 2007

W Meksyku jeszcze nie do końca opadły emocje związane z tegorocznymi filmowymi Oscarami, gdy w ruch poszły Ariele, czyli nagrody Meksykańskiej Akademii Nauk i Sztuk Filmowych. Z wielką pompą, jak najbardziej należną tym jedndym z najważniejszych latynoamerykańskich nagród filmowych, rozdano je w minioną środę.

Ceremonia, jak co roku, odbyła się w Palacio de Bellas Artes, czyli prestiżowym, stołecznym budynku opery, ozdobionym muralami tak wybitnych meksykańskich artystów jak Diego Riviera, czy Rufino Tamayo.

Wielkich niespodzianek nie było – zgodnie z przewidywaniami najwięcej posążków Ariela przypadło Labiryntowi Fauna, który – nota bene – dzisiaj właśnie wchodzi na polskie kinowe ekrany. Film został uznany za najlepszą meksykańską produkcję minionego roku, a także wyróżniony za reżyserię (Guillermo del Toro), zdjęcia (Guillermo Navarro), muzykę (Javier Navarrete), scenografię (Eugenio Caballero, Pilar Revuelta, Ramón Moya), kostiumy (Lara Huete), charakteryzację (José Quetglas, Blanca Sánchez) i – oczywiście – najlepsze efekty specjalne (Reyes Abades, Angel Alonso, David Martí, Montse Ribe). Maribel Verdú otrzymała zaś Ariela dla najlepszej aktorki za wcielenie się w Labiryncie Fauna w rolę Mercedes. Czyli, mówiąc krótko, pełen sukces. Zasłużony w dodatku!

Giuillermo del Toro z Arielem w rękach

Giuillermo del Toro z Arielem (© Academia Mexicana de Artes y Ciencias Cinematográficas, A.C.)

Meksykańska Akademia Filmowa nie ma w zwyczaju przyznawać Ariela dla najlepszego filmu zagranicznego. Co nie znaczy jednak, że statuetki Ariela, zainspirowanego broniącym wolności i kultury iberoamerykańskiej bohaterem eseju urugwajskiego pisarza José Enrique Rodó, są zarezerwowane wyłącznie dla meksykańskich produkcji. Akademia wyróżnia bowiem co roku najlepszy film „iberoamerykański”, które to pojęcie obejmuje latynoamerykę oraz Hiszpanię i Portugalię. Ten Ariel przypadł tym razem znanemu już polskiej publiczności hiszpańskiemu filmowi „Życie ukryte w słowach” w reżyserii Isabel Coixet (wśród mianowanych był też m.in. chilijski „En la cama” Matíaza Bize).

Trzy posążki przypadły także, wciąż chyba jeszcze znajdującemu się na polskich ekranach, wyśmienitemu obrazowi „Skrzypce”. Ich reżyser Francisco Vargas otrzymał aż dwa z nich – za debiut i oryginalny scenariusz. Gerardo Taracena, tak bardzo podobający się m.in. autorce bloga Lapidarium, nagrodzony zaś został Arielem za najlepszą rolę drugoplanową.

Z nagrodzonych w pozostałych kategoriach filmów wymienić muszę (bo bym sobie tego nie wybaczył!) jeden z najlepszych filmów dokumentalnych jakie kiedykolwiek widziałem – „En el hoyo” w reżyserii Juana Carlosa Rulfo. Tą przejmującą opowieść o budowniczych estakady dublującej istniejącą już obwodnicę stolicy Meksyku, też można było już w Polsce obejrzeć na niektórych przeglądach i pokazach pod polskim tytułem „W jamie”. Reżser podkreśla, że budowa była tylko pretekstem do nakręcenia tego filmu – bardziej interesowało go jak robotnicy radzą sobie ze mocno zakorzenioną w meksykańskiej tradycji legendą, która mówi że budowany most się nie zawali tylko wtedy, gdy budowniczy oddadzą swą duszę diabłu... Jego dokument bardziej trzyma w napięciu niż wiele amerykańskich superprodukcji. En el hoyo, nagrodzony już m.in. w Sundance i Karlowych Varach, otrzymał aż trzy Ariele: dla najlepszego pełnometrażowego filmu dokumentalnego, za montaż i za dźwięk. Też jak najbardziej zasłużenie!

Mówiąc krótko w tym roku meksykańska Akademia nie sprawiła częstych przy tego typu nagrodach niespodzianek i rzeczywiście nagrodziła najlepsze w swych kategoriach filmy. A jedyną kontrowersję wzbudziła muzyczna oprawa ceremonii, o którą poproszono znany ale bardzo kontrowersyjny meksykański zespół Molotov. To tak jakby ceremonii przyznawania polskich Orłów (które i tak tradycją i prestiżem Arielom do pięt nawet jeszcze nie dorastają) grał np. Kazik Na Żywo. Przeciw któremu nic nie mam, wręcz przeciwnie. Po prostu tak jak Molotov formacja ta jest dość politycznie niepoprawna, nieprzewidywalna i używa, nazwijmy to, dosadnych słów. Dala wielu nielicującą z atmosferą uroczystej gali. Dla tych którzy Molotova nie znają mały bonus – Frijolero – jeden z ich największych przebojów, będący krytyką "jankeskiej arogancji" i bardzo często ostentacyjnie chamskiego zachowania amerykańskich pograniczników wobec Meksykanów:


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
poniedziałek, 26 lutego 2007

Oskarowa noc już za nami. Nie będę się wiele rozpisywał, bo na ten temat pewnie wszystko już napisano. Kilka słów jednak o latynoskich laureatach, z którymi - zwłaszcza w Meksyku – wiązano tyle nadziei. Niestety w dużym stopniu okazały się one płonne...

Jednym z największych przegranych tegorocznej edycji Oskarów jest Babel w reżyserii Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Ten kręcony na trzech kontynentach i w pięciu językach wyśmienity film miał aż siedem nominacji do Oskara: w kategorii najlepszy film, a także za reżyserię, oryginalny scenariusz, montaż, aż dwie żeńskie role drugoplanowe i muzykę. Złotą figurkę otrzymał jednak tylko jeden z nominowanych – Argentyńczyk Gustavo Santaolalla, który skomponował ścieżkę dźwiękową do Babel.

Przyznać trzeba, że jest to dość spora niespodzianka. Wielu „oskarologów” określało Argentyńczyka jako największego outsidera w jego kategorii. Nie dlatego jednak, że muzyka była słaba. Nie. Na niekorzyść Latynosa przemawiać miał fakt, że... ma już na koncie jednego Oskara. I to w dodatku zdobytego w ubiegłym roku, za muzykę do „Brokeback Mountain”. Najwyraźniej jednak członkowie Akademii nie mają nic przeciw seryjnemu zdobywaniu Oskarów. Tym lepiej dla Santaolalli. Argentyńczyk odbierając nagrodę zadetykował ją kolejno: swojemu ojcu, Argentynie i wszystkim Latynosom.

Na tym na szczęście nie skończyły się latynoskie wyróżnienia. Poszczęściło się, i to bardzo, Labiryntowi fauna w reżyserii Guillermo del Toro. Ten meksykańsko-hiszpański film zdobył 3 z 6 Oskarów do których był mianowany. Nagrodę otrzymał za scenografię, zdjęcia i charakteryzację.

Poległ natomiast zupełnie - tematycznie latynoamerykański - Apocalypto Mela Gibsona. Trzy nominacje - i to w dodatku w bardzo technicznych kategoriach - i... żadnej satuetki.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
23:58, tierralatina , Na ekranie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3