| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

BloGalaxia

Peru

środa, 21 maja 2008

Stali czytelnicy tego bloga pewnie są trochę zaskoczeni tym tytułem, wiedząc że od polskiej polityki stronię jak diabeł od święconej wody. Tym razem jednak mogę tylko przyklasnąć naszemu premierowi za dzisiejszą wypowiedź:

Tusk: Wyśmiewanie się z odznaczenia jest nietaktem!

Nie będę ukrywał, że z dużym niesmakiem patrzyłem na większość polskich prasowych relacji i komentarzy na temat zakończonej właśnie wizyty naszego premiera w Peru i Chile. A o wypowiedziach niektórych członków opozycji nawet nie chcę wspominać. Takiej dozy populizmu i braku podstawowej kultury politycznej dawno nie widziałem. Naprawdę.

Zacznijmy od faktów – Donald Tusk nie pojechał do Peru na wycieczkę, ale na 5. Szczyt Prezydentów i Premierów Ameryki Łacińskiej, Karaibów i Unii Europejskiej. I nie pojechał tam sam – w Limie naprawdę spotkali się prezydenci i premierzy 15. państw UE, 16. państw Ameryki Łacińskiej i 9. z Karaibów.

Czyli co? Źle zrobił, że tam pojechał? Mnie wydaje się, że bardzo dobrze. Jeśli chcemy odgrywać jakąś rolę w Europie i na świecie, chcemy aby nas zauważano i żeby się się z nami liczono to – nie da się tego ukryć – trzeba czasami z Warszawy wyjechać. Nawet tak daleko, jak do Limy. Bo świat naprawdę nie kończy się na Brukseli i Waszyngtonie.

Ameryka Łacińska, wbrew temu co pokazują najczęściej polskie media, nie jest skupiskiem państw trzeciego świata. To też coś więcej niż kolorowo ubrani Indianie grający El condor pasa... Ameryka Łacińska to coraz ważniejszy gracz w światowej ekonomii. Przykłady? Wenezuela to piąty eksporter ropy na świecie. Brazylia i Argentyna to jedni z największych producentów żywności na świecie. Chile to lider na światowym rynku miedzi i największy eksporter łososia. Brazylia jest od lat liderem i pionierem w produkcji biopaliw. Brazylijski Embraer to jeden z czterech największych producentów samolotów na świecie. Sama tylko Brazylia, to – zdaniem Banku Światowego – jedna z dziesięciu największych gospodarek świata. I jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się.

Co jest więc złego w staraniu utrzymywania się jak najlepszch kontaktów z takimi państwami?

Teraz sprawa tego, tak w Polsce wyśmiewanego, nadania Tuskowi orderu Słońca Peru. Mój ojciec chrzestny, gdy droczyłem się z nim niedawno, że przyjął wysokie odznaczenie z rąk krytykowanego przez niego prezydenta Kaczyńskiego, powiedział mi: „o ordery się nie prosi, orderów się nie odmawia i orderów się nie nosi”. I nie jest to chyba głupia zasada.

Alan García i Donald Tusk

fot.: Presidencia del Perú

Doprawdy, nie pojmuje jak można czynić zarzut z faktu, że prezydent Peru postanowił odznaczyć szefa rządu naszego kraju, najwyższym narodowym odznaczeniem. Czy Peru jest naszym wrogiem, czy to jakaś dyktatura, że to takie oburzające?

Ciekawe czym się Tusk Peruwiańczykom zasłużył?” – ironizuja niektórzy komentatorzy i politycy opozycji. Takie pytania, to po prostu głupota albo lenistwo. Bądź jedno i drugie. Bo uzasadnienie przyznania orderu nie jest tajne. I wynika z niego wyraźnie, że to nie Tusk osobiście został odznaczony, ale Tusk jako szef polskiego rządu, przedstawiciel Polski, naszej Ojczyzny, nas wszystkich. To my zostaliśmy odznaczeni i naprawdę powinniśmy być z tego dumni. Bo jest z czego.

Dla Peru jesteśmy narodem szczególnym. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to proszę bardzo, oto tłumaczenie tego, co nadając Tuskowi Słońce Peru powiedział Alan García, prezydent tego kraju:

Panie premierze rządu Polski, Donaldzie Tusk, Panie i Panowie,

Gdy 187 lat temu Peru zdobyło swą polityczną niepodległość, Libertador José de San Martín, wielki wojskowy ojciec tej niepodległości, stworzył Order Słońca, aby wyróżnić wielkie osobistości tej walki o niepodległość, ale także tych którzy w swych narodach walczą o wolność i dobrobyt swych współobywateli.

Dzisiaj chcemy, w imieniu wszystkich Peruwiańczyków, nadać Panu to odznaczenie Słońca Peru, zauważając, że jako szef rządu reprezentuje Pan wielowiekową walkę Polski o jej niepodległość, suwerenność, wolność i zjednoczenie. A także uosabia jasne i nowoczesne idee rządzącego, który wie że przez wolność polityczną i wolność gospodarczą, narody podążają do dobrobytu i sprawiedliwości.

Polska się nam kojarzy z długą walką o niepodległość, ale także pełnymi dramatyzmu i estetyki utworami Chopina, którymi wszyscy się upajaliśmy. To także zdecydowana wiara w jasne ideały głównych polskich liderów i w osobie Jana Pawła II – Polaka uniwersalnego.

Mieliśmy, w naszej własnej historii, kulturalny wkład wybitnych Polaków, ich pomoc w budowaniu republikańskiego Peru. Muszę przypomnieć tutaj Ernesta Malinowskiego, wielkiego geografa i konstruktora peruwiańskich kolei, który także walczył w obronie Peru i za naszą wolność w 1866 roku i który jest uznawany za narodowego bohatera.

Także ten właśnie budynek, który Pan honoruje dzisiaj swą obecnością, jest owocem pracy innego znanego Polaka – architekta Ryszarda Jaxy Małachowskiego, który wybudował ten pałac w 1939 roku.

Wielu jest Polaków, którzy przybyli do Peru i zmieszali tu swą krew i swe pochodzenie, aby zbudować to społeczeństwo, dlatego przyznajemy Polsce znaczny udział w kulturze i rozwoju Peru.

Poprzez pańską osobę, dziękujemy pańskiemu Narodowi, Narodowi wiary i Narodwi walki. Dziękujemy za użyczenie nam wielu wybitnych ludzi, którzy po dziś dzień, ze swymi polskimi nazwiskami, odgrywają rolę w wielu kulturalnych i naukowych wydarzeniach naszej Ojczyzny.

Dlatego też chcemy zobaczyć w Panu, poczętek nowego rozdziału, znacznie żywszego i energicznego, w stosunkach politycznych, kulturalnych i gospodarczych między naszymi narodami.

Dzisiaj podzieliliśmy się bardzo podobnymi punktami widzenia, zdecydowanie zbiegającymi się, co do przyszłości naszych narodów, co do wolności jako niezłomnej podstawy każdego społeczeństwa, co so rozwoju gospodarczego opartego na integracji, na inwestycjach i postępie technologicznym.

Jestem pewien, że od tego momentu nasza wymiana handlowa, obecnie bardzo niewielka, zacznie rosnąć; jestem pewien, że teraz zaczyna się nowy, ważny rozdział powiązań między naszymi narodwmi.

Jestem pewien, że z pańską braterską pomocą już niedługo nasze narody będą miały porozumienia handlowe i zbliżające nas do Unii Europejskiej, a także że nasze dwa rządy będą energicznie zabiegać aby narody, które nadal żyją pod dyktatorskimi rządami i w modelach gospodarczych, które pozbawiają je dobrobytu, zostały uwolnione. Uwolnione dzięki wysiłkom Polski, Peru, a także innych narodów aktywnie wierzących w wolność społeczeństw.

Proszę mi pozwolić wpiąć, w imieniu wszystkich Peruwiańczyków, to odznaczenie, aby Pan zawsze pamiętał o ziemi Inków, ziemi Peruwiańczyków, i chojnego wkładu tak wielu Polaków w rozwój Peru.

I co? Czy naprawdę jest się czego wstydzić, jest z czego dworować, czy szydzić że Tusk dostał to odznaczenie niezasłużenie? Przeciwnie, wydaje mi się, że mamy być z czego dumni. Że gdzieś tam daleko jest kraj, całkiem spory kraj, który pamięta o Polsce, o Polakach, jest z nich dumny i jest nam wdzięczny. Przecież aż tak często się to nie zdarza...

A naigrywanie się z tego, że najwyższe peruwiańskie odznaczenie nazywa się Śłońcem Peru (i bynajmniej nie Słońcem Andów, jak można było przeczytać i usłyszeć w niektórych polskich mediach), wynikać może tylko i wyłącznie z ignorancji. Słońce, inkaskie Inti, to po prostu najważniejszy element w kulturze ludów, które zamieszkiwały Amerykę Południową, przed przybyciem hiszpańskich kolonizatorów. I po dzis dzień jest obecne w symbolice wielu państw latynoskich. Słońce jest na flagach Argentyny i Urugwaju, słońce to nazwa peruwiańskiej waluty.

Czy słońce, a raczej Słońce, jest w czymś gorsze od Orła Białego? Który w dodatku, tak naprawdę, wcale nie jest orłem?

I jeszcze jedno. Wbrew sugestiom niektórych sfrustrowanch polityków, nadanie polskiemu premierowi Słońca Peru, nie jest zwykłą dyplomatyczną kurtuazją, czy formalnością. To rzeczywiście, ze strony Peruwiańczyków, duże wyróżnienie. Najlepszym dowodem jest to, że podczas tego szczytu w Limie, z ponad 30. obecnych premierów i prezydentów, odznaczenie do Alana Garcii otrzymało tylko dwóch z nich. Donald Tusk i... Angela Merkel. Choć może niepotrzebnie to piszę. Bo jeszcze jakieś oszołomy uznają to za dowód jakiegoś bliżej nieokreślonego antypolskiego spisku, koniecznie z Wehrmachtem w tle... :)


>Technorati tags: , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , , .
23:55, tierralatina , Peru
Link Komentarze (45) »
sobota, 22 września 2007

Wraca, ale bynajmniej nie do ojczyzny swych rodziców, gdzie jeszcze niedawno chciał włączyć się w politykę na najwyższym szczeblu. Nie, Alberto Fujimori wraca dzisiaj do Peru – kraju w którym przez 10 lat był prezydentem. I w którym tym razem będzie musiał stawić czoła oskarżeniom o korupcję, defraudację środków publicznych i łamanie praw człowieka.

W piatek wieczorem Sąd Najwyższy w Santiago de Chile, gdzie Fujimori przebywał od listopada 2005 roku, uchylił decyzję instancji niższego szczebla i definitywnie zgodził się na jego ekstardycję, o którą Peru zabiegało od wielu lat. I już dzisiaj rano, czasu lokalnego, były prezydent odleciał ze stolicy Chile na pokładzie samolotu peruwiańskiej policji.

Fujimori wyrok chilijskiego wymiaru sparwiedliwości przyjął ze stoickim spokojem. Przepytujących go dziennikarzy starał się wręcz przekonać, że ekstradycja jest częścią jego misternego planu powrotu do władzy w Peru. Bo były prezydent nadal ma polityczne ambicje. „Gdybym wrócił bezpośrednio do Limy, musiałbym stawić czoła niezliczonej ilości procesów. A teraz będzie ich tylko kilka” – tłumaczył Fujimori. I akurat tu ma rację. W myśl prawa międzynarodowego osoba ekstradowana może być sądzona tylko i wyłącznie za przestępstwa zawarte we wniosku ekstradycyjnym i zatwierdzone przez państwo ekstradujące. A z dwunastu pierwotnych zarzutów peruwiańskich prokuratorów, chilijscy sędziowie pozostawili siedem.

Z tych siedmiu oskarżeń jakie zostaną postawione Fujimoriemu w Limie pięć dotyczy korupcji, a dwa łamań praw człowieka. I nie są to sprawy bagatelne – jednak dotyczy tzw. Masakry z Barrios Altos, a druga „zaginięcia” studentów z limeńskiego uniwersytetu La Cantuta. Zdaniem peruwiańskich prawników, jeśli tylko uda się dowieść odpowiedzialności Fujimoriego w choć jednej z tych spraw to były prezydent może nie wyjść na wolność przez najbliższe 30 lat. Co w wieku 69 lat nie jest chyba najlepszą perspektywą.

Oczywiście Fujimori zaklina się, że nie ma nic wspólnego z tymi wydarzeniami i łamaniem praw człowieka w ogóle. „Sumienie mam spokojne. Popełniłem podczas swych rządów pewne kardynalne błędy, ale na pewno nie mam nic wspólnego z sprawami o jakie się mnie oskarża” – stwierdził niedawno.

Niemniej jednak to właśnie historia z Barrios Altos stała się w Peru symbolem bezwzględności i okrucieństwa reżimu Fujimoriego. Który to, osobiście uważam, jest świetnym przykładem na to jak ważne jest przestrzeganie prawa i jak zgubne może być hołdowanie idei „cel uświęca środki”. I dotyczy to tez np. w walki z terroryzmem.

Już to tłumacze: Alberto Fujimori za jeden z celi swej prezydentury postawił sobie rozprawienie się ze Świetlistym Szlakiem, maoistowską partyzantką, której brutalne metody przez dekady paraliżowały rozwój Peru. I rzeczywiście się z nimi rozprawił. Jednak kosztem terroru, państwowego tym razem, nadużyć, pomyłek, bezkarności i wielu tragedii, których można było uniknąć. Jak chociażby w Barrios Altos...

Barrios Altos to jedna z dzielnic Limy. 3 listopada 1991 roku do jednego ze znajdujących się tam domów wtargnęła Grupo Colina, paramilitarna jednostka od brudnej roboty. W ciągu kilku minut zamaskowani i umundurowani napastnicy rozstrzelali 15 osób w tym kilkuletnie dziecko. I odjechali. Zabici okazali się być członkami rady osiedlowej, którzy spotkali się aby zebrać fundusze na remont domu. Członkowie Świetlistego Szlaku też się w tym samym momencie spotykali. Ale w domu obok...


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
17:02, tierralatina , Peru
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 lipca 2007

Były prezydent Peru, Alberto Fujimori, który przebywa od miesięcy w areszcie domowym w Santiago de Chile wciąż jest głęboko przekonany, że nie zostanie ekstradowany do państwa, którym rządził od 1990 do 2000 roku.

Jest o tym tak głęboko przekonany, że właśnie... zgodził się wystartować w zaplanowanych na 29 lipca wyborach parlamentarnych. Oczywiście nie peruwiańskich (bo tam jest poszukiwany listami gończymi), lecz... japońskich!

68-letni peruwiański polityk posiada bowiem także obywatelstwo państwa swoich rodziców. Co więcej, nie jest wcale wykluczone, że Alberto Fujimori wręcz się w Japonii urodził. Od lat istnieją bowiem bardzo poważne wątpliwości co do miejsca i daty jego narodzin. Wątpliwości nie pozbawione znaczenia – peruwiańska konstytucja wymaga aby prezydent był urodzony w tym kraju. Fujimori nigdy zaś nie potrafił przedstawić swego aktu urodzenia, a wszystkie dotyczące go rejestry, kartoteki uległy – w tajemniczy sposób – zniszczeniu. Pozostał jednak oryginał deklaracji jaką złożyli jego rodzice po przybyciu do Peru. I w której zapisano, że państwo Fujimori mieli wówczas dwoje dzieci. A Alberto jest właśnie drugim z czworga rodzeństwa...

Były prezydent jest kandydatem do Sangiin, czyli Izby Radców – japońskiego odpowiednika naszego Senatu. Na swoje listy wyborcze Fujimoriego wciągnęła założona dwa lata temu Nowa Partia Ludowa (Kokumin Shinto). Jeden z jej przywódców, Shizuka Kamei, zadeklarował, że Fujimori „jest gotowy poświęcić się pracy na rzecz japońskiej dyplomacji, rozwiązania problemu koreańskiego i zagwarantowanie Japończykom bezpieczeństwa”. Kamei dodał także od siebie: „Mam nadzieję, że Alberto Fujimori, niczym ostatni samuraj, doda energii japońskiemu społeczeństwu, któremu ostatnio brakuje odwagi, wiary i chęci! Fujimori może Japonii oddać do dyspozycji swą wiedzę, wielkie doświadczenie i reputację.”

No na pewno zwłaszcza tą ostatnią... Starające się o ekstradycją Fujimoriego Peru oskarża byłego prezydenta o korupcję, defraudację środków publicznych i łamanie praw człowieka... Mimo to wcale nie jest wykluczone, że dojdzie do precedensowej sytuacji w której japońskim senatorem zostanie wybrany... były prezydent obcego kraju uwięziony w jeszcze innym państwie. W Japonii Alberto Fujimori jest bowiem jedną z najpopularniejszych osobistości. I to mimo, że słabo mówi w swym „ojczystym” języku.

Wielu Japończyków rzeczywiście wielbi Fujimoriego za godny samurajów styl w jakim doprowadził do końca okupacji rezydencji japońskiego ambasadora, do której doszło w Limie na przełomie 1996 i 1997 roku.

17 grudnia 1996 roku 14 członków marksistowsko-leninowskiej bojówki Túpac Amaru (MRTA – Movimento Revolucionario Túpac Amaru) wdarło się na teren rezydencji ambasadora Japonii w Limie, w której trwało wielkie przyjęcie z okazji urodzin cesarza Akihito. Zakładników było początkowo ponad 500, w tym niemal wszystkie liczące się w peruwiańskiej polityce, wojsku, czy wymiarze sprawiedliwości osobistości, a także wielu zachodnich dyplomatów. W ciągu kolejnych tygodni i w wyniku toczących się negocjacji napastnicy z MRTA uwolnili jednak zdecydowaną większość z nich, pozostawiając zaledwie 72. Wśród przetrzymywanych znalazł się m.in. obecny wiceprezydent Peru, admirał Luis Giampietri, ekspert ds. wywiadu i dowodzenia, który odegrał znaczącą rolę w przygotowywanej akcji odbicia zakładników. Fujimori postanowił bowiem uwolnić ich siłą – 22 kwietnia 1997 roku, po m.in. wykopaniu tuneli pod rezydencją ambasadora, 140 peruwiańskich komandosów przeprowadziło od dawna szykowaną operację noszącą kryptonim Chavín de Huantar - zakładników uwolniono (z wyjątkiem jednego, który zginął podczas akcji) i zabito wszystkich napastników z MRTA. W akcji zginęło także dwóch komandosów.

Fujimori kilka godzin później dumnie pozował do zdjęć wśród ciał zabitych terrorystów...


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
sobota, 21 kwietnia 2007

Czy ultrakonserwatywny ruch katolicki Opus Dei stara się przejąć kontrolę nad Pontificia Universidad Católica del Perú (PUCP) – jedną z największych i najbardziej prestiżowych peruwiańskich uczelni? Kadra profesorska i studenci są przekonani że tak i stanowczo się temu sprzeciwiają, nazywając te próby zamachem na niezależność uniwersytetu... Peruwiańskie Opus Dei oficjalnie dementuje jednak swe zainteresowanie popularną uczelnią. „Nie staramy się zarządzać, ani w żaden sposób uczestniczyć w kierowaniu PUCP” – przeczytać można w wydanym przez ruch komunikacie.

Więc o co chodzi? Czy profesorom i studentom coś się przewidziało, mają urojenia? Sprawa jest skomplikowana i fascynująca zarazem. Konflikt wybuchł miesiąc temu, gdy kardynał Juan Luis Cipriani – peruwiański Prymas i arcybiskup Limy, odmówił celebracji mszy jaka miała się odbyć z okazji obchodzonego właśnie 90-lecia katolickiej uczelni. Co więcej, zabronił też aby msza taka odbyła się w limeńskiej katedrze. Dla studentów i profesorów był to szok. Szczególnie, że arcybiskup Limy jest statutowo Wielkim Kanclerzem ich uniwersytetu. Tytuł prestiżowy, ale wyłącznie honorowy. Uczelnia jest niezależna finansowo i w pełni samorządna. Wielki Kanclerz jedynie doradza, nie może niczego narzucać. I tu kryje się problem - kardynał Cipriani nie chce być już jedynie honorowym szefem placówki. On chce nią w pełni kierować!

Opus Dei zarzeka się, że nie ma z tym nic wspólnego. Że to konflikt między kościelną hierarchią a uczelnią. Problem w tym, że prymas Cipriani jest wpływowym członkiem Opus Dei, a peruwiańskia Konferencja Episkopatu, odmówiła poparcia żądań Ciprianiego wobec uczelni. Więc to jednak nie peruwiański Kościół ostrzy sobie zęby na PUCP. Rektor Luis Guzmán Barrón słusznie zauważa, że jedynym kościelnym hierarchą, który obok prymasa otwarcie atakuje jego uczelnię jest biskup Chiclayo Jesús Moliné Labarta - także zadeklarowany członek Opus Dei. Więc?

Konflikt z każdym dniem się zaostrza. W miniony poniedziałem biskup Moliné Labarta zasugerował, że konieczne jest przejęcie kontroli nad PUCP, gdyż aktualne świeckie władze dopuszczają się finansowych malwersacji. Rektorat natychmiast zarządał przeprosin za te „znieważające, fałszywe i prowokacyjne” insynuacje. Władze uczelni przypomniały też, że choć jest ona niezależna, to jednak pięciu członków peruwiańskiego episkopatu, w tym właśnie biskup Moliné Labarta, zasiada Radzie Uniwersyteckiej, która m.in. kontroluje finanse placówki. I która nigdy nie miała zastrzeżeń wobec uniwersyteckich finansów!

Konflikt między kardynałem a PUCP rozwiąże prawdopodobnie sąd. Arcybiskup Limy swoje żądanie udziału w kierowaniu uczelnią opiera bowiem na testamencie José De la Riva-Agüero, jednego z najwybitniejszych peruwiańskich intelektualistów i polityków pierwszej połowy XX wieku, który podarował PUCP tereny, na których znajduje się obecnie znaczna część uczelnianych budynków. Testament zawierał przywoływaną obecnie przez kardynała Cipriani klauzulę, że tereny te powiny być przez 20 lat zarządzane wspólnie z arcybiskupstwem, po czym uniwersytet odzyskałby nad nimi pełną autonomię. Kościół do tej pory nigdy jednak się o to prawo nie upominał, a Riva-Agüero umarł dawno, bo w 1944 roku. Uniwersytet twierdzi więc, że już dawno nabył pełne prawa do terenów i arcybiskupstwu wara od nich...

Zdaniem peruwiańskiej prasy aktualny konflikt ma swe korzenie w historii uniwersytetu i przypominają, że katolicka uczelnia zawsze była drzazgą w oku konserwatywnej części peruwiańskiego Kościoła. Cipriani bez ustanku m.in. wypomina uczelni, że w latach 60-tych minionego wieku jednym z jej wykładowców był Dominikanin Gustavo Gutierrez, jeden z głównych latynoamerykańskich ideologów teologii wyzwolenia – mocno lewicowego trendu w katolicyźmie, którego zwolennicy uważają, że Kościół musi być politycznie zaangażowany w walkę o sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka, pomagając biednym i uciskanym. „Jesteśmy z tego faktu dumni” – odpowiada Marcial Rubio, jeden z wicerektorów PUCP. Kardynał nie może też zapomnieć uczelni, że w latach 90-tych, ówczesny rektor, filozof Salomon Lerner, wielokrotnie krytykował kościelną hierarchię (w tym osobiście Ciprianiego) za bliskie kontakty i poparcie udzielane słynnemu z malwersacji, zbrodni i łamania praw człowieka prezydentowi Albertowi Fujimoriemu...

Dziennik La República podsumowowuje: „Nie jest przesadą twierdzić, że La Católica wykształciła najwybitniejszych naukowców i intelektualistów naszego kraju. I tak jak 20 lat temu rzeczywiście nad uczelnią tą powiewał mocno lewicowy wiatr, tak teraz jest ona otwarta na wszelkie idee i pluralistyczna. Ale ta otwartość jest najwyraźniej dla kardynała Ciprianiego dekadenckim eklektyzmem naruszającym katolickie wartości”.

Logo PUCP

Logo Pontificia Universidad Católica del Perú

Cipriani do walki o uniwersytet zmobilizował wszystkich wpływowych członków i sympatyków Opus Dei. Także wśród członków rządu. I tak jak minister ekukacji popiera władze uczelni, tak minister przemysłu popiera prymasa. I wygłosił ostatnio zdanie, którego nie powstydziłby się nasz rodzimy minister Giertych - Rafael Rey uznał że La Católica stała się „gniazdem profesorów będących marksistami, komunistami, rozwodnikami i homoseksualistami” i trzeba pozwolić zrobić Kościołowi w niej porządek...

Władze uczelni odpowiedziały grzecznie ministrowi, że są PUCP jest uczelnią prywatną a kadrę dobiera biorąc pod uwagę kompetencje, a nie poglądy, upodobania seksualne, czy stan cywilny. I że stara się zawsze spełniać rolę jaką powierzyli jej jej założyciele. Gdy w 1917 roku francuski ksiądz George Dintilhac, wraz z czterema laickimi peruwiańskimi intelektualistami powoływali do życia uczelnię, zapisali w jej statucie, że ma ona krzewić „katolicki humanizm, tolerancję i myśl krytyczną”. A kardynałowi Ciprianiemu uczelnia przypomina, że strażnik katolickiej doktryny wiary - kardynał Ratzinger, czyli aktualny papież Benedykt XVI, bez najmniejszego wahania przyjął w 1986 roku od PUCP tytuł doktora honoris causa...


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .
23:55, tierralatina , Peru
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 marca 2007

Słowo plagiat pochodzi z łaciny: plagium to w tym języku nic innego jak kradzież. Bo skopiowanie cudzej pracy i przedstawienie jej pod własnym nazwiskiem jest właśnie złodziejstwem. Wyjątkowo perfidnym, bezczelnym i niewytłumaczalnym. Bo tak jak rozumiem np. głodnego, który kradnie sobie coś do jedzenia, tak zupełnie nie pojmuje co dzieje się w głowie autora, który podpisuje się pod czymś czego nie napisał. O co mu chodzi? Nadzieja na popularność, intelektualna zazdrość, zwykłe leniwstwo?

Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, jeszcze bardziej wymyka racjonalnym tłumaczeniom, gdy plagiatorem jest uznany, wielokrotnie nagradzany pisarz, intelektualny autorytet o potężnym literackim dorobku.

I nie jest to wyimaginowana sytuacja. Od kilku dni Peruwiańczycy ze zdumieniem przecierają oczy – oto ich ulubiony autor, jeden z najbardziej znanych i uznanych peruwiańskich pisarzy, Alfredo Bryce Echenique, okazał się plagiatorem!

Afera wybuchła 20 marca. Tego dnia limeński dziennik El Comercio, w którym Bryce Echenique od lat publikuje co miesiąc felietony, zamieścił list Oswaldo de Rivero, znanego peruwiańskiego dyplomaty, byłego ambasadora tego kraju przy ONZ w Nowym Jorku. De Rivero wyrażał w nim swe zdziwienie i oburzenie z faktu, że opublikowany dwa dni wcześniej comiesięczny tekst Bryca Echenique, będący analizą upadku międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych, jest w rzeczywistości wierną kopią tekstu, który dyplomata dwa lata wcześniej napisał dla Quehacer, dość niszowego periodyku wydawanego przez Centrum Studiów i Promocji Rozwoju. Alfredo Bryce Echenique nie zmienił w nim nawet tytułu!

Pisarz oczywiście natychmiast zareagował tłumacząc się... błędem swojej sekretarki! „Ze względu na wysoką jakość tego tekstu zapisałem go w swych komputerowych archiwach. Jednak moja asystentka pomyliła się i wysłała do do redakcji zamiast mojego felietonu” – napisał Bryce Echenique w odpowiedzi na oskarżenia byłego ambasadora. I choć pisarz nie wyjaśnił skąd w takim razie wzięły się drobne skróty w tekście de Riviero, to sprawa mogłaby się w sumie na tym zakończyć. Ot, zwykła, niefortunna pomyłka sekretarki...

Problem w tym, że nie było to pierwsze oskarżenie Bryca Echenique o plagiat. W ubiegłym roku inny peruwiański pisarz, Herbert Morote, podał go do sądu. Morote zarzucił swemu koledze, że ten opublikował pod swym nazwiskiem tekst, który Morote przesłał mu prosząc o opinię. Oburzony Bryce Echenique odparł, że „ktoś z takim literackim dorobkiem jak ja, nie musi nikogo plagiatować” i wyjaśnił, że jedynie „zanispirował się” tekstem Morote. Równocześnie jednak zaproponował mu pozasądową ugodę. Herbert Morote odrzucił zarówno wyjaśnienia Bryca Echenique, jak i sugestię pozasądowego załatwienia sprawy. Proces w tej sprawie wciąż trwa.

Nic więc dziwnego, że wielu Peruwiańczyków w tych okolicznościach nie do końca uwierzyło w tłumaczenia słynnego pisarza w sprawie Oswaldo de Rivero. I zaczęło grzebać w jego twórczości, zwłaszcza tej publicystycznej. No i otworzyli puszkę Pandory! W ciągu kilku dni konkurujący z El Comercio dziennik Perú 21 ustalił, że Alfredo Bryce Echenique co najmniej 4 inne felietony „napisał” kopiując cudze teksty obublikowane w hiszpańskich gazetach La Vanguardia i El Periódico de la Extremadura, oraz w serwisie internetowym galipress.com. Kolejne plagiaty odkryli peruwiańscy blogerzy, dla których od kilku dni sprawa oszustw popełnionych przez ikonę ich narodowej literatury jest tematem numer 1. Według ich obliczeń i ustaleń co najmniej dziewięć felietonów i artykułów Bryca Echenique ukazało się gdzieś wcześniej z innym nazwiskiem. I liczba odkrytych plagiatów rośnie każdego dnia!

Jedno trzeba przyznać - Alfredo Bryce Echenique starannie dobierał plagiowane teksty. Zawsze były one interesujące i świetnie napisane. Był też bardzo bezczelny – wśród skopiowanych tekstów jest m.in. esej Angela Estebana, profesora literatury hispanoamerykańskiej Uniwersytetu w Grenadzie. Esej, który został oficjalnie zadedykowany przez autora... Alfredowi Bryce Echenique! Peruwiańczyk jako swoją opublikował także analizę amerykańskiej polityki zagranicznej, króra w rzeczywistości napisana została przez Grahama E. Fullera, jednego z doradców CIA.

Najbardziej zaskakujące i w sumie smutne jest w tym wszystkim jednak to, że Alfredo Bryce Echenique, który z wykształcenia jest... prawnikiem, idzie w zaparte i neguje to co każdy kilkoma kliknięciami myszki może sprawdzić. Zapytany przez Perú 21 jak tłumaczy fakt, że teoretycznie napisane przez niego teksty ukazały się wcześniej w Vanguardii podpisane przez innych autorów, pisarz odparł że „nie ma pojęcia jak to się stało, ale o plagiacie nie ma mowy bo on Vanguardii nie czyta”!

A gdy wczoraj El Comercio wezwało autora do złożenia przeprosin czytelnikom tego dziennika, ten – oburzony – oświadczył, że nie ma za co przepraszać, czuje się urażony oskarżeniami i... zrywa współpracę z dziennikiem! Niezły tupet, prawda?

Na koniec optymistyczna nota – choć Alfredo Bryce Echenique okazał się plagiatorem jako dziennikarz/felietonista, to jednak, póki co, nic nie wskazuje na to, że oszukiwał przy pisaniu swych, naprawdę dobrych książek. W Polsce wydane zostały trzy z nich: „Świat dla Juliusza”, „Bujne życie Martina” i „Migdałki Tarzana”. Szczególnie polecam te dwie pierwsze. Co nie zmienia faktu, że zupełnie nie potrafię wytłumaczyć jego zachowania...

Ale tak jak dla mnie jest to tylko smutną zagadką, tak dla rzesz Peruwiańczyków, którzy wychowali się na książkach Bryca Echenique jest to po prostu szok. Diana Zorilla Ríos, jedna z najpopularniejszych w Peru blogerek napisała kilka dni temu „Błagam, niech pojawi się ktoś z dowodami, ze te oskarżenia to kłamstwo. Czekam na to!". Niestety nikt taki się nie pojawił. A dowodów na nieuczciwość pisarza jest aż nadto...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
01:23, tierralatina , Peru
Link Komentarze (5) »
sobota, 21 października 2006

Wczorajszy świt w Limie. Jakaś chora godzina, gdzieś między 5 a 6... Za oknem ledwo zaczyna się rozjaśniać. Jedna z niewielu chwil, w których wydaje się że ten miejski moloch rzeczywiście śpi. Na ulicach pusto i cicho...

Sam nie wiem co tak gwałtownie wyrwało mnie z głębokiego snu. Czy nagły ryk autoalarmów tysięcy zaparkowanych samochodów, czy też może przedziwne głębokie dudnienie dobiegające gdzieś z daleka i bliska zarazem, zewsząd i znikąd, gdzieś z wnętrzności matki Ziemi... A może fakt, że łóżko na ktorym spałem zaczęło nagle maszerować na środek pokoju?

Wrażenie jest niesamowite. Otwierasz oczy i natychmiast wiesz co się dzieje: trzęsienie ziemi! Słyszysz jak w kuchni coś spada na ziemię, ze zdumieniem patrzysz jak wiszący obok obraz zamienia się w wahadło i po kilku coraz szybszych ruchach znika ze ściany... Niektórzy ze strachu uciekają z budynków (czego w zasadzie nie powinno się robić). Z rozbawieniem patrzyłem przez okno na grupkę zagranicznych turystów, która wybiegła z hotelu na przeciwko... w slipach, owinięci prześcieradłami, ręcznikami... nikt się nie ubrał. I z niezdrową przyjemnością wsłuchiwałem się w jęczenia konstrukcji budynku, w krzyki ludzi, w pomruk naszej planety... Bez strachu, raczej z fascynacją. Może lekkomyślnie.

Zresztą co mogłem zrobić będąc na 7. piętrze wieżowca, w którym huśtało na prawo i lewo. Połamać sobie nogi na schodach? Bo windy w takich momentach automatycznie przestają działać. Można tylko kontemplować siłę natury i wierzyć w solidność lokalnych architektów, którzy muszą przestrzegać norm antysejsmicznych...

Wstrząs nie trwał długo. Jakieś 40-50 sekund. Ale, słowo daję, dłużyło się to cholernie... Chwilę potem Lima, i wraz nią ja, ponownie zapadła w sen. Rano z radia dowiedziałam się, że wstrząs mial 6,4 stopnia w skali Richtera, i był najsilniejszy w tym roku w Peru. Znacznie silniejszy niż te które znam z Chile. Ofiar nie było, zawalił się jednak dach jednego z kościołów na przedmieściach Limy.

Bezpieczna strefa?

Takie tabliczki znaleźć można w wielu peruwiańskich budynkach. W przypadku bardzo silnego trzęsienia ziemi tak oznaczona ich część powinna zostać nienaruszona...


>Technorati tags: , , .
>Blogalaxia tags: , , .
09:54, tierralatina , Peru
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3