| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

BloGalaxia

Boliwia

sobota, 22 maja 2010

Jak to dobrze, że Evo Morales jest prezydentem Boliwii. Naprawdę bardzo się z tego cieszę! Nie wiem wprawdzie, czy gdybym był Boliwijczykiem moje zadowolenie byłoby równie duże. Prawdopodobnie nie. No ale ponieważ nim nie jestem, to nic nie mąci mej satysfakcji ze słuchania przemówień boliwijskiego prezydenta.

Naprawdę, nikt na latynoamerykańskim kontynencie nie wnosi do polityki tak wiele radości, co szef Boliwijskiego Związku Hodowców Koki (Morales zachował, honorowo, ten tytuł, który przecież wyniósł do do władzy). Właśnie odkryłem na You Tube zeszłoroczny, ale jakże nowatorski kurs geografii i historii w wykonaniu boliwijskiego prezydenta:

 

Dla tych co nie znają hiszpańskiego... Evo Morales wyjaśnia, że dopiero co wrócił z Genewy, "Genewy w Hiszpanii" podkreśla, a następnie mówi na temat indiańsko-boliwijskiej tradycji stawiania oporu imperiom i imperializmowi. I wymienia Imperia, którym boliwijscy Indianie stawiali, bądź stawiają czoła:  amerykańskie, brytyjskie, rzymskie...

Ciekawe, prawda? Rewolucyjne wręcz... Pewnie wkrótce dowiemy się, że Germanie, którzy obalili Romulusa Augustulusa byli potomkami wielkiego Inki... :)

Co najważniejsze, boliwijski prezydent nigdy nie traci formy. W ubiegłym miesiącu zaserwował światu kolejne rewelacje. Dowiedzieliśmy się m.in, że jedzenie kurczaków powoduje nadmierny wzrost biustu u jednych i homoseksualizm u drugich...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , .

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Boliwia, najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej, zamierza zaciągnąć 100 milionów dolarów kredytu. Ale nie na rozwój szkolnictwa, służby zdrowia, czy rolnictwa. Nie: 100 milionów dolarów, które rządowi w La Paz chętnie pożyczy nowy strategiczny partner prezydenta Evo Moralesa, czyli Rosja, przeznaczone zostaną na... zakup broni i nowego prezydenckiego samolotu. Rosyjskich oczywiście.

Prezydent Morales, jak się okazuje, ma globalne ambicje, bo – jak ujawnił boliwijski minister obrony, Walker San Miguel – nowy samolot boliwijskiej głowy państwa, będzie tego samego typu jak ten, którego używa prezydent Rosji. Czyli iliuszyn 96 - czterosilnikowa, szerokopokładowa maszyna dalekiego zasięgu. Jak zapewnił San Miguel, Morales będzie miał na jego pokładzie iście prezydencką infrastrukturę: sale konferencyjną, dostęp do internetu i telefonię satelitarną. Brakuje tylko guzika do odpalania broni atomowej... ;)

Mówiąc krótko sprzęt w sam do lotów między La Paz i Chochabambą i regularnych wizyt u ideologicznego mentora w Caracas.

Samolot kosztować ma ponad 30 milionów dolarów. Za to co zostanie z pieniędzy pożyczonych przez Moskwę, Boliwia zamierza kupić wojskowe samochody, śmigłowce i łodzie do patroli rzecznych i być może także radar do kontroli przestrzeni powietrznej, w której obecnie samoloty gangów narkotykowych operują praktycznie bezkarne.

Walker San Miguel i ambasador Rosji w Boliwii, Leonid Gołubiew, zdradzili także że oba państwa dyskutują o możliwości współpracy między boliwijską i rosyjską armią. La Paz, choć już korzysta z pomocy wenezuelskich doradców wojskowych, chętnie zobaczyłoby także instruktorów w rosyjskich mundurach.

I wszystko to w chwili gdy Evo Morales jest wśród najgłośniej protestujących na kontynencie wobec podobnej wojskowej współpracy między Kolumbią a Stanami Zjednoczonymi, nazywając kolumbijskiego prezydenta Uribe „kontynentalnym zdrajcą”.

Ale OK, obiektywnie nie da się ukryć, że wyposażenie boliwijskiej armii już od dawna wymaga modernizacji, bo obecnie to raczej żywe muzeum wojskowe, a nie zdolne do czegokolwiek siły zbrojne. Zwłaszcza po tym jak, w nigdy do końca nie wyjaśnionych okolicznościach, pozbyły się swych rakiet ziemia-powietrze.

Pozostaje pytanie, jak boliwijscy oficerowie, w dużej mierze wykształceni w amerykańskich uczelniach wojskowych, zaakceptują nowego sojusznika. Bo póki co są dość niechętni dotyczczasowym aliansom i przyjaźniom Moralesa.

Zreszta sam Morales porusza się obecnie po własnym kraju w helikopterach pożyczonych mu przez Wenezuelę i pilotowanych przez wenezuelskie załogi, gdyż się twierdzi w La Paz, nie ma zaufania do żołnierzy własnej armii.

Ten brak zaufania to zresztą powszechna cecha wśród rewolucyjnych przywódców w regionie. W Wenezueli Chávez także nie do końca jest pewien poparcia wśród swych mundurowych i już od kilku lat jego bezpośrednimi ochroniarzami są agenci wypożyczeniu mu przez Kubę. Kto ochrania braci Castro nie wiem...

Ale wróćmy do Boliwii. Te ostatnie negocjacje między La Paz i Moskwą zwróciły też moją uwagę na coś co niestety także coraz bardziej charakteryzuje boliwariańskie reżimy w Ameryce Południowej – niedorzeczny bełkot rządowych środków masowego przekazu.

Oficjalne informacyjne tuby tych państw, zdecydowanie przedkładające bezkrytyczną lojalność (żeby nie powiedzieć wręcz lizodupstwo) nad kompetencję zatrudnianych dziennikarzy, co rusz produkują takie newsy, że choć trochę myślący i wykształcony człowiek z niedowierzaniem przeciera oczy.

O wenezuelskiej państwowej i, co więcej, ponoć edukacyjnej telewizji, w której mówi się że Hitler jeszcze w latach 70-tych rządził Niemcami już kiedyś pisałem. Teraz kolej na rządową Boliwijską Agencję Informacyjną, której „dziennikarze” najwyraźniej przeoczyli upadek ZSRR. Bo oto co napisali o opisanych przeze mnie rodzących się, strategicznych porozumieniach z Moskwą:

ABI: BOLIVIA-RUSIA
Bolivia gestiona crédito ruso para adquirir moderno avión presidencial y modernizar FFAA

La Paz, 4 ago (ABI).- El ministro de Defensa, Walker San Miguel y el embajador de Rusia en Bolivia, Leonid Golubev, informaron el martes las gestiones que inició el Gobierno boliviano para lograr un crédito ruso de más de 100 millones de dólares para adquirir un flamante avión presidencial y modernizar las Fuerzas Armadas.
"El Gobierno boliviano está enviando mediante nota oficial a su par de Rusia, la solicitud oficial del crédito para que luego de la respuesta, se trabaje en definir los límites de la deuda y plazos de pago", informó el Ministro de Defensa boliviano.
Explicó que el crédito estará destinado a comprar un avión Antonof de fabricación soviética, que tiene un valor de 30 millones de dólares, con tecnología de punta, que incluye comunicación satelital, sala de reuniones y otros detalles para uso del Jefe de Estado.
San Miguel anunció que el crédito servirá también para renovar material bélico de las Fuerzas Armadas bolivianas que en muchos casos ya esta vetusto y desactualizado.
"No se trata de carrera armamentista, sino de renovar el material bélico vetusto de las Fuerzas Armadas y la dotación de un parque aéreos, entre naves y helicópteros, para casos de desastres naturales y lucha contra el narcotráfico", remarcó.
Además de unidades de transporte terrestre, fluvial e incluso la posibilidad de un radar para fortalecer la lucha contra el narcotráfico.
San Miguel insistió que "no es parte de la política exterior ni la característica de Bolivia, una carrera armamentista o una amenaza para algún país, por el contrario lo único que se hace es reponer material que data de hace más de 10 años".
Por otra parte, reveló que la fábrica de aviones rusos Antonov estudia la posibilidad de instalar un centro de mantenimiento de aeronaves en Bolivia, para el mantenimiento de aviones comerciales que operan en Sudamérica.
Reconoció que el crédito necesariamente deber ser aprobado por el Congreso y si no la hace hasta fin de año, será la Asamblea Legislativa Plurinacional la que dará luz verde a la asistencia logística y militar rusa.
Por su parte, el embajador de la Federación de Rusia, Golubev, dijo que su país dispone de mucho material militar de diverso tipo que será transferido a Bolivia de acuerdo a las necesidades de sus Fuerzas Armadas.
"Nosotros en el cumplimiento de ese crédito que nos oficializan, cooperaremos al Gobierno del presidente Morales para satisfacer la necesidades de las Fuerzas Armadas. Es muy importante porque cuando un país tiene un buen ejército siempre sirve para conserva la paz", aseguró el diplomático.
dea/rsl

Dla tych co nie znają hiszpańskiego - oficjalny głos rządu Moralesa twierdzi, że nowym prezydenckim samolotem będzie „sowiecki Antonov”. Albo Antonof, bo nawet ortografii nie są pewni.


Autor tej depeszy kształcić się chyba musiał w Moskwie (albo na Kubie) i to dobrych kilka dekad temu. Bo nie dość, że nie ma już od dość dawna radzieckich przedsiębiorstw, to w dodatku rosyjscy przywódcy już jakiś czas temu przestali wsiadać do Antonowów. I Rosja takich samolotów Boliwii na pewno nie sprzeda. Chociażby dlatego, że Antonow to firma... ukraińska.

Na szczęście boliwijscy korespondenci hiszpańskiej agencji EFE byli bardziej dociekliwi i to dopiero z ich relacji dowiedziałem się, że Morales tak naptawdę zamierza kupić nie antonowa, ale rosyjskiego iła-96...


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , , , .

20:55, tierralatina , Boliwia
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 kwietnia 2009

Zabity w tym tygodniu przez boliwijską policję i oskarżony o przygotowywanie wielu zamachów Eduardo Rózsa-Flores nie jest byle kim. To osoba dość znana, przez wielu szanowana, uważana wręcz za bohatera. Zwłaszcza na Węgrzech i w Chorwacji.

Popularności przysporzył mu szczególnie, nagrodzony na kilku festiwalach, węgiersko-chorwacko-chilijski film „Chico”, będący ekranizacją historii jego niewiarygodnego wręcz życia. I w którym gra on sam gra główną rolę – samego siebie, tytułowego Chico. Latynoskiego komunistę, który z korespondenta wojennego z węgierskim paszportem, zamienił się w bojownika o niepodległość Chorwacji.

W dalszej części postu, wyjątkowo podzielonego aby zbytnio nie obciążać tytułowej strony bloga, znajdziecie całość tego filmu. Polecam.

Boliwijczyk, Hiszpan, Węgier, Chorwat, Żyd, Katolik, Muzułmanin, członek Opus Dei, komunista, socjalista, nacjonalista, internacjonalista, admirator i krytyk Che Guevary, pisarz, aktor, poeta, dziennikarz, korespondent wojenny, reżyser, nauczyciel akademicki, żołnierz, partyzant, anarchista, agent kontrwywiadu, uczeń szkoły KGB, pro-Irańczyk i pro-Palestyńczyk, zaciekły krytyk Stanów Zjednoczonych, antyfaszysta, protybetański aktywista...

Choć trudno w to uwierzyć, te wszystkie powyższe określenia dotyczą jednej i tej samej osoby:

Eduardo Rózsa-Flores

Eduardo Rózsa-Flores (1960-2009)

Dobrze znał hiszpański, włoski, chorwacki, angielski i rosyjski. Dogadywał się w kilku innych językach. Mieszkał w Boliwii, Chile, Szwecji, na Węgrzech, w Hiszpanii, Chorwacji, Izraelu, ZSRR, w Albanii.

Miał 49 lat gdy zginął od kul boliwijskiej policji. W tym tygodniu, w Santa Cruz. To właśnie on uznawany jest za przywódcę domniemanych terrorystów, którzy – zdaniem boliwijskich władz – planowali m.in. zamach na prezydenta Evo Moralesa.

Bzdura, krzyczą na internetowych stronach jego znajomi i przyjaciele. Ale nikt też nie dostarcza, żadnego rozsądnego wytłumaczenia tego, co się stało. Póki co.

Anrdás Kepes, ponoć najbliższy przyjaciel zabitego, twierdzi że wszystko stanie się jasne 21. kwietnia. Tego dnia węgierska telewizja ma wyemitować ostatni wywiad z Eduardo Rózsa-Floresem. Jego video-testament. Nagrany kilka tygodni temu, miał zostać upubliczniony tylko w przypadku, gdyby Rózsa-Flores nie wrócił z Boliwii. I nie wróci.

Boliwijski rząd ma swoją wersję wydarzeń, tamtejsza opozycja własną, 21 kwietnia poznamy wersję Eduardo: powie nam dlaczego pojechał do Boliwii. Wszystkie elementy puzzla ułożą się w całość, poznamy tło wydarzeń, które teraz każdy interpretuje w inny sposób” – uważa András Kepes.

Najbliżsi twierdzą, że Eduardo Rózsa-Flores przygotowywał w Boliwii kolejny film. Węgierscy dziennikarze próbujący na miejscu odtworzyć ostatnie dni jego życia twierdzą, że w oficjalnej wersji wydarzeń jest wiele luk. Że w hotelu w Santa Cruz nie doszło do żadnej wymiany ognia, że strzelała tylko jedna strona – boliwijska policja. A słynny skład broni i materiałów wybuchowych odnaleziono w zupełnie innym miejscu.

Tłumaczą też, że tak zaprawiony w bojach człowiek jak Eduardo Rózsa-Flores, gdyby rzeczywiście konspirował, to znalazłby sobie lepsza kryjówkę, niż prestiżowy, pięciogwiazdkowy hotel w którym na każdym korytarzu są kamery. I że nie traciłby czasu na ciągłe uzupełnianie swego bloga i tworzenie grafik dla kampanii na rzecz uwolnienia 5 węgierskich chłopców zamkniętych w serbskim więzieniu...

Blog Eduardo Rózsa-Floresa jest tutaj. Mieszają się w nim wpisy po węgiersku, hiszpańsku i angielsku. Są też na nim dziesiątki linków do przeróżnych organizacji z którymi najwyraźniej sympatyzował. Niezły melanż. Propalestyńskie, anarchistyczne, proirańskie, protybetańskie – nie są to raczej typowe sympatie „skrajnie prawicowego faszysty”, jako którego przedstawiają go boliwijskie władze.

Nawet ten boliwijski ruch Nación Camba, z którym najwyraźniej miał kontakty, z faszyzmem mało ma wspólnego. Jeśli już to z rasizmem, ale takim strasznie ciężkim do zrozumienia dla nie-Boliwijczyka. Bo cambiści są równie wrogo nastawieni zarówno do Białych, jak i do większości boliwijskich Indian. Oni głoszą supremację rasy Camba, czyli melanżu krwi dawnych hiszpańskich kolonizatorów, oraz „nizinnych” indian Guaraní i Mojeño.

Tymczasem matka Eduardo Rózsa-Floresa miała swe korzenie w hiszpańskiej arystokracji, ojciec był ochrzczonym, węgierskim Żydem-ateistą. Więc on sam też niespecjalnie był Camba.

Zdaniem boliwijskich władz grupa była prawdopodobnie finansowana przez Branko Marinkovicia, chorwackiego milionera-biznesmena z Santa Cruz. Dlaczego, w jakim celu? I jeśli to prawda, to dlaczego jeszcze nie został on aresztowany? Nie wiadomo.

Po przeczytaniu dzisiaj wielu wywiadów, tekstów biograficznych i – przede wszystkim – obejrzeniu filmu o Eduardo Rózsa-Floresie, jestem w stanie uwierzyć we wszystko. A najbardziej w to, że postradał zmysły. Bo w jego 50-letnim życiu wydarzyło się tyle, że można by tym obdarować kilkanaście życiorysów i każdy z obdarowanych mógłby mówić o wielu niesamowitych przeżyciach.

Film zamieszczę w kolejnej notce. I naprawdę warto go obejrzeć. Historia radykalnego latynosko-węgierskiego komunisty, syna doradcy Allende, wojennego korespondenta, który nagle identyfikuje się z Chorwatami i zaczyna walczyć o niepodległość ich ojczyzny. I walczy tak zaciekle, że Franjo Tudjman nagradza go chorwackim obywatelstwem... I to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Zagubiony idealista? Ekstremista? Nie wiem. Na pewno fascynująca postać.

Póki co jeszcze kilka słów o tych, którzy zostali zabici wraz Eduardo Rózsą-Floresem. Bo chyba jest już w końcu pełna jasność, co do personaliów i narodowości. I rzeczywiście ich profile niespecjalnie odpowiadają temu, czego moglibyśmy oczekiwać od członków ekipy filmowej... Ale też raczej nie typowe psy wojny.

Zabity Irlandczyk Michael Martin Dwyer był 25-letnim inżynierem budownictwa. Amator broni i były pracownik firmy ochroniarskiej. Rodzinie powiedział, że do Boliwii jedzie „trenować”. Później informował, że znalazl tam pracę. Także w branży ochroniarskiej...

Trzecia ofiara, urodzony w Rumunii Węgier, Árpád Magyarosi, to 28-letni nauczyciel, poeta, piosenkarz i kompozytor. Od pewnego czasu mieszkał w Brazylii. Zdaniem znajomych typowy „chłopak z gitarą”:

Árpád Magyarosi

Oto jedna z z kilkunastu jego piosenek, jakie można znaleźć na YouTube (może ktoś z Was zna węgierski i zdradzi o czym śpiewa?):

 

 

 

Poza trójką zabitych, boliwijskiej policji udało się zatrzymać żywych, dwóch członków grupy:

 Előd Tóásó y Mario Francisco Fardig Astorga

Pierwszy to kolejny Węgier urodzony w Rumunii, Előd Tóásó. On także mieszkał od pewnego czasu w Brazylii i jest absolwentem węgierskiej akademii wojskowej z tytułem inżyniera.

Drugi to Boliwijczyk Mario Francisco Fardig Astorga. O nim nie udało mi się znaleźć żadnych dodatkowych informacji.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .

piątek, 17 kwietnia 2009

Udaremniona próba zamachu stanu w Boliwii – brzmiały pierwsze prasowe depesze dotyczące tego, co wydarzyło się wczoraj rano w boliwijskim mieście Santa Cruz. Jednak późniejsze tłumaczenia boliwijskich oficjeli, zamiast wyjaśnić sprawę, coraz bardziej ją komplikowały. I nie wiem, czy w chwili obecnej jest gdzieś ktokolwiek, kto dokładnie wie co się wydarzyło...

O zajściu jako pierwszy poinformował wiceprezydent Alvaro García, gdyż Evo Morales przebywa obecnie z wizytą w bratniej Wenezueli. Ujawnił, że w Santa Cruz doszło do starcia policji z „międzynarodową grupą terrorystów planującą zamach na prezydenta i wiceprezydenta”.

Więcej szczegółów dostarczył chwilę później, na specjalnej konferencji prasowej, wiceminister spraw wewnętrznych, Marcos Farfán. Wyjaśnił on, że wczoraj rano w o świcie jednym hoteli w centrum Santa Cruz doszło do wymiany ognia policji z „międzynarodową grupą terrorystów-najemników, składającą się z obywateli Węgier, Irlandii i Boliwii”. W wyniku akcji służb bezpieczeństwa zabezpieczono broń, materiały wybuchowe, przeróżne plany oraz „listy osób do zgładzenia” na których znajdują się osoby zarówno z rządu centralnego, jak i władz prowincjonalnych.

Zgodnie z późniejszą wypowiedzią prowadzącego śledztwo prokuratora Jorge Gutiérreza najemnicy mieli zabić w pierwszej kolejności prezydenta Boliwii Evo Moralesa, wiceprezydenta Alvaro Garcíę Linera, oraz gubernatora stanu Santa Cruz – zaciekłego krytyka Moralesa – Rubéna Costasa.

Jakby tego było mało, zdaniem wiceministra, grupa odpowiedzialna jest za niedawny, nieudany atak na rezydencję kardynała Julio Terazzas, głowę boliwijskiego Kościoła Katolickiego, także w Santa Cruz. Oraz za zamachy na niektóre kancelarie prawnicze, oraz rezydencję jednego z wiceministrów w La Paz.

Według Frafána, grupa operowała na terenie Boliwii od kilku miesięcy. I już kilkakrotnie znajdowała się bardzo bilsko prezydenta. „Miała m.in. zamiar przeprowadzić atak podczas posiadzenia rady ministrów, jakie niedawno odbyło się na pokładzie boliwijskiego okrętu na jeziorze Titicaca” – stwierdził.

Zdaniem szefa boliwiańskiej policji, Victora Hugo Escobara, nie bez znaczenia jest też to, że Boliwijczyk, który wchodził w skład rozbitej grupy terrorystów, był „byłym żołnierzem boliwijskiej armii, który otrzymał dodatkowy trening w Chorwacji”.

Do końca jednak nie wiadomo, ilu członków tej grupy zostało zabitych (3?), a ilu zatrzymanych (2?). Doniesienia i informacje w tej sprawie są wciąż sprzeczne, w niektórych wspomina się nawet, że wśród zabitych jest również jeden Rumun. Prokuratura jedynie zapewnia, że robi wszystko aby ustalić na czyje zlecenie działała grupa.

Część boliwijskiej opozycji poddaje w wątpliwość rewelacje o planowanych zamachach i niewyklucza, że jest to próba stworzenia „zasłony dymnej”, czyli tematu zastępczego mającego odwrócić uwagę ludzi od prawdziwych problemów kraju. I przypomina, że do tej pory nie ukończono poprzedniego, nie mniej enigmatycznego śledztwa związanego z zamachami.

O to samo opozycję oskarża Evo Morales, który wypowiadając się w Wenezueli, uznał że spisek był próbą „odwrócenia uwagi od wielkiego ludowego zwycięstwa”. Czyli przyjętego w tym tygodniu nowego prawa wyborczego.

Sceptyczna jest także większość ekspertów od terroryzmu, cytowanych przez prasowe agencje. Modus operandi grupy, tak i jak przedstawiony przez władze, wydaje im sie bardzo amatorski. Generalnie, ich zdaniem, żadna poważna grupa najemników nie będzie planować zamachu na jakąś osobistość, przeprowadzając w trakcie inne zamachy, w większości zresztą nieudane.

Boliwia jest jednak na tyle dziwnym krajem, i to jest już zupełnie moja prywatna refleksja, że na dobrą sprawę wszystko jest w nim możliwe. Są tam przecież niewyobrażalnie bogaci posiadacze ziemscy, posiadający prywatne armie broniące ich terenów i dotychczasowych przywilejów; działają też intensywnie wielkie mafie narkotykowe, produkujące kokainę na wielką skalę; swe logistyczne zaplecze posiada także kolumbijski FARC; w boliwijskiej dżungli organizowane są też ponoć ćwiczenia dla terrorystów z całego świata, bez względu na polityczne czy religijne przekonania, liczy się tylko że płacą.

Już kilka lat temu, jeszcze zanim do władzy doszedł Morales, jeden z europejskich dyplomatów pracujących w La Paz przekonywał mnie, że w takich prywatnych terrorystycznych „szkołach” zatrudnienie znalazło w Boliwii wielu byłych agentów radzieckiego Specnazu. I rzeczywiście spotykałem później wielokrotnie, w najdziwniejszych miesjcach tego kraju, braci-Słowian w średnim wieku, którzy moje pytania o to co robią w tym kraju, zbywali niezmiennym i enigmatycznym stwierdzeniem „interesy”. Ale na biznesmenów bynajmniej nie wyglądali.

Jeśli dodamy do tego jeszcze licznych wenezuelskich doradców wojskowych, którzy – zdaniem opozycji – szarogesią się w kraju i robią różne lewe interesy, to mamy dość wybuchową mieszankę, w której dość łatwo ktoś komuś może nastąpić na odcisk. Gdzie wielu osobom może odpowiadać wywołanie jeszcze większego chaosu w kraju i gdzie ktoś kto po prostu, do wymyślonego przez siebie planu, zatrudnił amatorów.

I obawiam się, że całej prawdy o tym co naprawdę wydarzyło się wczoraj o świcie w Santa Cruz, nigdy się nie dowiemy.


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .

Przedziwne rzeczy dzieją się w Boliwii w ostatnich dniach. Wpierw prezydent ogłasza strajk głodowy, twierdząc że pogłębia w ten sposób demokrację, po czym... akceptuje żądania opozycji i twierdzi, że porozumienie zawarto dzięki jego protestowi. Teraz demaskuje się zbrojną grupę, która nie tylko miała zgładzić prezydenta, ale też... szefa opozycji.

Ale po kolei... Boliwijski prezydent Evo Morales przerwał w miniony wtorek swój strajk głodowy. Przerwał, ponieważ lokalny parlament przyjął w końcu nowe prawo wyborcze, które pozwoli zorganizować grudniowe wybory prezydenckie i parlamentarne, oraz wybory prowincjonalnych gubernatorów w kwietniu przyszłego roku.

Siła ludowa pozwala na zmuszenie tych maleńkich grupek, które szkodzą wewnątrz Narodowego Kongresu. Miejmy nadzieję, że te historyczne wydarzenia pozwolą zwiększyć świadomość ludową” – stwierdził składając swój podpis pod przyjętym przez parlament tekstem. Zupełnie tak, jakby jego uchwalenie było rzeczywiście wynikiem głodówki.

Trzeba przyznać, że prezydent na niezły tupet. Albo cynicznych doradców od public relations, którzy są przekonani (i być może mają rację), że ciemny lud taką argumentację kupi.

I prosze nie zarzucać mi jakiegoś antymoralesizmu. Związku między głodówką, a przebiegiem prac w parlemancie nie było naprawdę żadnego, poza zaostrzeniem emocji i stworzeniem okazji do płomiennych i niekoniecznie przemyślanych deklaracji z jednej i drugiej strony politycznej bariery.

To nie jest tak, że opozycja ugieła się, pod ludową presją, czy zlitowała się nad poszczącym prezydentem. Opozycja przyjęła proponowany tekst tylko i wyłącznie dlatego, że rządząca koalicja zgodziła się w końcu na stawiany przez nią, od samego początku, warunek: powstanie w Boliwii zupełnie nowy spis wyborców.

Przypominam – opozycja domagała się tego, bo już od dawna mówi się, że w aktualnym jest wiele martwych dusz, które głosują zgodnie z wolą rządzących. To nie jest prawda, spis jest świetny, robienie nowego to marnowanie pieniędzy – twierdziła koalicja Moralesa.

Koniec końców nowy spis będzie, całkowicie biometryczny i zinformatyzowany, a za jego przygotowanie zapłaci - 35 milionów dolarów - kancelaria prezydenta.

O planowanym (ponoć) zamachu na boliwijskiego prezydenta w następnej notce. Bo boje się, że Blox znowu każe mi skracać.

Póki co morzecie zajrzeć tutaj, aby poczytać o tym do czego doprowadziły eksperymenty z gospodarką afrykańskiego sojusznika i „wielkiego przyjaciela” Hugo Cháveza. A w komentarzach pod tą notką, przyłączyć się do dyskusji o wadach i zaletach tego bloga. I czy istnieje coś takiego jak pełen obiektywizm?


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , .

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5