| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

BloGalaxia

niedziela, 24 lipca 2005

„Dlaczego Santiago de Chile, a nie jakieś inne miejsce? Przecież Ameryka Łacińska jest tak wielka...”  - to pytanie słyszę bardzo często. I choć odpowiadałem już na nie setki razy, to wciąż sprawia mi to pewien kłopot. No właśnie – dlaczego Santiago? Czemu to ta najbardziej oddalona od Europy i tonąca każdej zimy w duszącym smogu stolica tego kontynentu, a nie np. Buenos Aires - najbardziej europejska z latynoskich metropolii? Albo po prostu popularny i fascynujący Meksyk? Albo gorące Rio?

Odpowiedź jest prosta i skomplikowana za razem. Mówiąc w największym skrócie – bo Santiago najbardziej mi się podoba, najbardziej je lubię. Schody zaczynają się gdy musze tłumaczyć dlaczego tak jest... I bynajmniej nie chodzi tu o żaden sentyment związany z Chicą Latiną, czy moją pierwszą podróżą na ten kontynent. Nie. Przede wszystkim i bardzo prozaicznie chodzi tu o tzw. komfort życia. Miasta takie jak Lima, La Paz, czy Quito mają bez wątpienia swój urok, ale bardziej dla turystów niż swych mieszkańców. Wysoka przestępczość, niezbyt rozwinięta infrastruktura telekomunikacyjna, korupcja urzędników – to wszystko sprawia, że codzienne życie szybko staje się udręgą. W Santiago internet działa rewelacyjnie, z łapówkami w urzędach nigdy się nie spotkałem, z bezpieczeństwem też nie ma większych problemów. Oczywiście jak na standardy latynoamerykańskie. Są w Santiago dzielnice, których lepiej nie odwiedzać, a gazety co jakiś czas donoszą o zdarzających się w nich strzelaninach. Jednak poza tymi gettami biedy, po hiszpańsku zwynymi „poblaciones”, nie powodów do obaw. Oczywiście trzeba uważać - zwłaszcza na kieszonkowców, którzy w Chile są niezwykle sprawni (o czym sam miałem okazję się już kilkakrotnie przekonać!). Nie jest to jednak powód, aby popadać w paranoję. Dla mnie o bezpieczeństwie Chile najlepiej świadczy fakt, że nie znam w Santiago nikogo, kto poruszałby się po mieście opancerzonym samochodem bądź/i z ochroniarzem, czy gnatem przy boku. A np. w Gwatemali, Paragwaju, Brazylii, Peru, czy Kolumbii takich osób znam całkiem sporo...

W miarę bezpiecznie jest także w Buenos Aires i – mówiąc szczerze – stolicę Argentyny także brałem pod uwagę przygotowując mój latynoamerykański życiowy zakręt. Zwłaszcza, że niemal wszystko w Buenos jest znacznie tańsze niż w Santiago i co więcej mają tam o niebo lepszą kuchnię (ach te ichnie steki! Palce lizać!). Ale Chilijczycy mają z kolei lepsze wino... Jednak tak naprawdę decydującym argumentem było to, że z Santiago jest tak blisko w góry. Że wystarcza godzina jazdy samochodem aby uciec cywilizacji. Że podczas zimy można na weekend, ba - nawet na popołudnie, wyskoczyć na narty, na naprawdę rewelacyjne trasy... W Buenos Aires można o tym tylko pomarzyć. A godzina jazdy samochodem nie wystarczy nawet aby opuścić granice tego kilkunastomilionowego miasta.

Jeszcze większy jest Meksyk i co gorsze, jak dla mnie, jest zbyt daleko od reszty Ameryki Łacińskiej. Pozostaje Montevideo – ciche, ładne i spokojne. No właśnie - zbyt spokojne, zbyt małe i nic się tam nie dzieje. Ani w mieście, ani w kraju. Mówiąc krótko – zadupie.

Wiele osób mi mówiło, że idealnym, wręcz jednym z najprzyjemniejszych miast do życia w Ameryce Łacińskiej jest bryzylijskie Florianopolis. Ma ponoć wszystkie zalety wielkiego miasta i Brazylii, bez wad typu gangi, favelas i zaczepiające cudzoziemca na każdym rogu prostytutki. Być może. Ja jednak zdecydowanie wolę andyjskie, a nie plażowe klimaty. A poza tym mówię lepiej po hiszpańsku, niż po portugalsku...

Pozostaje jeszcze Caracas. Przynajmniej dla tych co lubią całoroczne lato. Ponoć też niesłychanie sympatyczne miasto. Tak przynajmniej było do czasu, kiedy to za sterami Wenezueli zasiadł Señor Chavez . W ostatnich latach z Wenezueli się raczej wyjeżdża, a nie do niej przeprowadza. Sam znam kilkunastu Wenezuelczyków, którzy zdecydowali przyglądać się z zewnątrz reformom i eksperymentom przeprowadzanym przez prezydenta ich kraju... Rewolucyjne plany Chaveza są bez wątpienia ambitne i ciekawe, ale ryzyko że się one nie udadzą i wszystko skończy się kolejnym wojskowym przewrotem (ewentualnie inspirowanym w Waszyngtonie) są jednak dość spore... Oczywiście można szukać schronienia przed politycznymi zawieruchami w Caracas na przepięknym wenezuelskim wybrzeżu. Chociażby na popularnej ostatnio wśród Europejczyków wyspie Margaricie. Wielu z nich, także Polakaków, którym udało się odłożyć troche dolarów, szuka tam spokojnego, ciepłego i taniego życia. Dlaczego nie. Mnie wieczne wakacje jednak nie nęcą. Dlatego więc Santiago.

Widok na miasto ze znajdującego się w centrum Santiago Wzgórza San Cristobal


niedziela, 17 lipca 2005

Potworny upał. Koszula lepi się do spoconego ciała. Nie cierpię tego! Denerwuję się tym bardziej, że właśnie ucieka mi południowoamerykańska zima. Jeszcze kilka tygodni temu miałem nadzieję, że w sierpniu uda mi się pośmigać na snowboardzie po stokach Valle Nevado . Teraz jednak widzę, że raczej nic z tego nie będzie. Obawiam się, że nie uda mi się wyrwać stąd przed październikiem/listopadem. Czyli ze śnieżnych igraszek nici. Ani w Ameryce, ani w Europie. Szkoda, bo naprawdę coraz dotkliwiej zaczynam odczuwać brak zimy. Ostatni raz deskę miałem na nogach niemal rok temu w Chile. To stanowczo zbyt dawno. Co gorsze obawiam się, że minie rok zanim ponownie będę mógł się nią radować. Jakoś źle to sobie ułożyłem - gdy w Europie trzaskał mróz ja wysychałem pod południowoamerykańskim słońcem. Teraz, gdy tam śnieg pokrywa Andy puszystą peleryną ja znowu zlewam się potem na północnej półkuli. I pewnie polecę do Ameryki Południowej zanim w Europie spadną pierwsze płatki śniegu. Prosto na początek tamtejszego lata. Czyli szansę na zimę będę miał dopiero w lipcu sierpniu 2006 roku! Jeśli wcześniej nie uschnę...

Lato w Ameryce Południowej może dać nieźle w kość. Miniony styczeń w Santiago de Chile był wręcz zabójczy. 35 stopni to norma. I do tego bez wiatru, bez deszczu, bez żadnej kojącej rzeki, czy jeziora. W ciągu dnia miasto wręcz zamiera. Ci którzy nie wyjechali na jakąś plażę wychodzą na ulicę dopiero wieczorem. Bary i knajpki zapełniają się dopiero po 22:00, gdy powietrze trochę się schłodzi. Odwodniony organizm bez problemu wtedy przyjmuje piwo serwowane w litrowych butelkach. Pamiętam moje zdziwienie gdy po raz pierwszy kelner postawił taką butlę przede mną. Było ono jeszcze większe gdy po kilkunastu minutach zamówiłem kolejną.

Południowoamerykańskie piwa generalnie do najlepszych niestety nie należą. Zazwyczaj są bardzo wodniste. Do najgorszych sikaczy zaliczam argentyński Quilmes, chilijski Cristal i brazylijski Kaiser. Niestety, zwłaszcza te dwa pierwsze są najpopularniejsze w obu krajach i niesposób przed nimi uciec. Na szczęście coraz więcej knajpek nie ogranicza się do serwowania tylko najtańsztych piw i w swym asortymencie proponuje także lepsze browarki które, jeszcze kilka lat temu dostępne były tylko w drogich restauracjach i supermarketach. W Chile godne polecenia jest prawdopodobnie najbardziej "południowe" - bo pochodzące aż z Punta Arenas - piwo swiata Austral, oraz warzone według niemieckich recept produkty browaru Kunstmann z Valdivii. Nie wolno też zapominać o coraz częściej dostępnych latynoskich piwach importowanych – peruwiańskiej Cusqueña i boliwijskiej Paceña. W Brazylii natomiast do piwnej ekstraklasy należą Antarctica Original ,Bohemia , Skol i Itaipava . Jednak uwaga - prawdziwi piwosze w Brazylii będą w szoku. Piwo pije się tam o temperaturze bliskiej 0 stopni, a czasem nawet niższej. Nierzadko zdarzają się w serwowanej butelce lub puszce fragmenty lodu, a pierwsze łyki powodują kłucie w skroniach...

Szkoda jednak ograniczać się wyłącznie do piw. Chilijskich win nie trzeba już chyba reklamować, ale w lecie pija się ich mało – właściwie tylko do posiłków. Wieczorem, w barze ze znajomymi można ewentualnie delektować się lampką schłodzonego białego, bo czerwone to gwarantowana senność. Lepiej zaufać talentom barmanów i dać się skusić któremuś z licznych wyśmienitych latynoskich drinków. Bryzylijska Caipirinha, kubański Mojito, czy chilijskie Pisco Sour są idealne na upalne wieczory.

W Santiago moim ulubionym nocnym miejscem jest dzielnica Bellavista. Ale nie pełna turystów, pijaczków i obnośnych handlarzy główna ulica Pio Nono. Nie, prawdziwe klejnoty nocnego życia kryją się na ulicy Antonia López de Bello. Jest tam m.in. El Perseguidor - jeden z najlepszych klubów jazzowych w Santiago, gdzie oprócz dobrej muzyki serwowane są też świetne drinki i bardzo przyzwoite dania. Jednak moim ulubionym miejscem, niemalże drugim domem jest niewielki bar Dos Gardenias. Tam też posłuchać można muzyki na żywo, choć zamiast jazzu są to najczęściej kubańskie, brazylijskie i chilijskie evergreeny. A Marcelo, barman i zarazem współwłaściciel lokalu potrafi robić z shakerem niezwykłe rzeczy. Przygotowany przez niego Mojito nie ma sobie równych!

To właśnie on.

sobota, 16 lipca 2005

No nieładnie. Ledwo zacząłem pisanie a tu już taka przerwa... Ale mam dobre wytłumaczenie. Przyjechała ONA. Razem jeździmy, zwiedzamy, imprezujemy, cieszymy się, kochamy... Zaczynam powoli mieć nadzieję, że CHICA LATINA przestanie w końcu być tak bardzo „obecna”. Nie chcę oczywiście jej zapominać. Nie da się przecież wymazać z pamięci 5 lat życia. Zwłaszcza, że z okresu tego mam zdecydowanie więcej dobrych, niż złych wspomnień. Pewnie dlatego to teraz tak boli. Boli pustka, którą CHICA LATINA po sobie pozostawiła. I którą ONA powoli wypełnia. Zresztą ją też ta cała sytuacja musi boleć. Na pewno czuje tą niewidzialną obecność swej poprzedniczki, czuje że wciąż – i to dość często - o niej myślę i ciągle gdzieś w głębi duszy cierpię. Zresztą otwarcie jej powiedziałem, że wciąż związek, miłość, wspólne plany – to wszystko chwilami budzi we mnie paniczny lęk. Usilnie staram się więc zachować dystans do ONEJ. Ale coraz rzadziej mi to wychodzi. Bo to jednak wspaniała dziewczyna...

Choć łatwo nie jest. ONA, mimo swych hiszpańsko-włoskiego rodowodu jest Brazylijką do szpiku kości. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Plusem, i to bardzo dodatnim, jest oczywiście szeroko rozumiany wygląd. I tego się chyba nie da wytłumaczyć. Tymczasem jest to przecież coś dla czego tak wielu gringo (bo dla Brazylijczyków gringo to nie tylko Amerykanie, lecz wszyscy spoza Brazylii) traci w Brazylii głowę. I nie chodzi mi tylko o to, że ONA jest piękna, bo to przecież kwestia gustu. Chodzi o to czym Brazylijki, że tak powiem, „emanują”. Niektórzy uważają, że chodzi tu o seks, erotykę. Według mnie jest to o wiele bardziej skomplikowane. Myślę, że kryje się to gdzieś w kształtach, ruchach, gestach, wiecznej opaleniznie. Poznałem tak wiele Brazylijek, które nawet jeśli są niezbyt ładne, grube lub stare, wciąż mają to „coś”. To „coś”, co sprawia że przyciągają wzrok, że czarują swą obecnością... Ale za tym obezwładniającym uśmiechem, bezpośrednością i czarem, najczęściej kryje się silny charakter i iście latynoski temperament, rzekłbym że jego kwintesencja. Bo nie wszystkie mieszkanki Ameryki Łacińskiej są jednakowe. Np. wiele Peruwianek wprost marzy o znalezieniu męża i założeniu rodziny. Nawet dziewczyny, które pokończyły studia są tam bardzo chętne do pełnienia pełnoetatowej roli matki i gospodyni. Z tego co zauważyłem, wychowane w kulcie macho, niezbyt buntują się nawet, gdy mąż je zdradza. Udają, że tego nie widzą. Z Brazylijkami to inna bajka. Mówię tu oczywiście o wykształconych dziewczynach z dużych miast. Często same kolekcjonują facetów wcale się tego nie wstydząc, ale gdy już zaangażują się w poważny związek to są lojalne i tego samego wymagają od swych partnerów. I bardzo często same rzucają gdy sytuacja przestaje im z jakiegoś powodu odpowiadać. Sam widziałem jak brazylijska „panienka z dobrego domu” wparowała do knajpy w której siedział ze znajomymi jej chłopak i po prostu ostro przywaliła mu w pysk. Bo dowiedziała się, że całował inną. Ten temperament czasami jest zaskakujący. ONA robi mi czasem koszmarne awantury z powodow, ktorych ja nawet nie zauwazam... Na cale szczęscie te burze mijają równie gwałtownie, jak się pojawiają... :)

Kolejnym problemem jest baaaaaardzo ograniczona mozliwosc rozmowy o Brazylii. Bryzylijczycy nie znosza gdy obcokrajowcy krytykuja ich kraj. Czasem trudno się nawet podzielić swymi wrażeniami i ocenami. Bo przecież nie jestem Brazylijczykiem wiec co ja tam moge o tym kraju wiedzieć, więc na pewno się mylę... No i ta cholerna piłka nożna. Nikt, nawet ONA, nie może zrozumieć, że ten sport mnie nudzi i po prostu mi sie nie podoba. A gdy po jakims przypadkowo obejrzanym meczu Brazylia-Argentyna zgodnie z prawda powiedziałem, że bardziej podobała mi się gra tych ostatnich... obrazili się wszyscy.

Na szczęście muzykę mają wspaniałą!

Moje brazylijskie kolezanki...

23:37, chilijczyk , Kobiety
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 lipca 2005

Moja miłość do Ameryki Południowej ma oczywiście pewne granice. Są rzeczy których nie trawię. Zwłaszcza miasta-molochy. Brazylijskie São Paulo jest jednym z nich. Prawdopodobnie najstraszniejszym. Mieszka w nim blisko 20 milionów osób. Więcej niż połowa mieszkańców Polski. Niestety w przeciwieństwie do jeszcze większego Meksyku w SP zachowało się bardzo niewiele zabytków, perełek kolonialnej architektury. São Paulo to betonowa dżungla, drapacze chmur po horyzont, smog i przerażająca biedota sąsiadująca z ekstrawaganckim bogactwem. Jednak to co najbardziej szokuje to wszechobecna przemoc.

Nigdy nie zapomnę mej pierwszej wizyty w tym mieście. Zaprosiła mnie tam ONA, ta która przywróciła mi smak życia po dramatycznym rozstaniu się z Chica Latina. „Słuchaj, nie mogę po Ciebie wyjechać na lotnisko, musisz wsiąść w autobus i przyjechać do centrum” – usłyszałem. Trochę mnie to zdziwiło. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie wytłumaczenie: „Po prostu boję się pojechać na lotnisko. Ostatnio rozsypują na autostradzie takie pozaginane gwoździe i napadają na tych kierowców, którzy zatrzymują się aby zmienić koło...” Fajnie, prawda?

I nie był to koniec niespodzianek. Gdy którejś nocy spędzonej w czysto brazylijskim stylu, czyli na piciu olbrzymich ilości piwa o temperaturze zbliżonej do 0 stopni posadzono mnie – jako najmniej pijanego – za kierownicą samochodu, przeżyłem kolejny szok... „Czyś Ty zwariował, chcesz nas pozabijać!” – zaczęli nagle wrzeszczeć pasażerowie. Co tak niebezpiecznego zrobiłem? Zatrzymałem się na czerwonym świetle! Okazuje się, że po 22:00 tego się po prostu nie robi. Jest nawet stosowny przepis na to zezwalający! Dlaczego? Bo zbyt często napadano na stojące na czerwonym świetle samochody!

Najbardziej zadziwiające jest jednak spokój, a może rezygnacja, z jaką do tej sytuacji podchodzą Pauliści. Nikt się już temu nie dziwi, nikt nie buntuje. Dla nich zupełnie normalne jest to, że po zmroku nie chodzi się po ulicach, że dealerzy każdej marki samochodów mają w asortymencie auta opancerzone (i to nie tylko limuzyny, ale nawet klasy golfa!), że każdy zna kogoś kto został kiedyś porwany dla okupu...

Ale jak to powiedziała Raquel, jedna z moich brazylijskich przyjaciółek, São Paulo jest jak narkotyk – jest niebezpieczne, ale daje dużo przyjemności. Skarbem tego miasta są bez wątpienia jego mieszkańcy – wiecznie uśmiechnięci, gotowi do tańców, śpiewów i zabawy. Dla mnie to wciąż tajemnica - jak, mimo tylu trudności, zachowują aż taką pogodę ducha? Wydaje mi się, że jest to coś, czygo my Polacy, powinniśmy się choć trochę od nich nauczyć...

Bez wątpienia to nie jest mój miejski faworyt...

sobota, 02 lipca 2005

Założyłem właśnie bloga. Nie po raz pierwszy zresztą. Poprzedniego skasowałem. Uznałem za bezzsensowne takie publiczne wywnętrznianie się. Teraz zaczynam od nowa. Zobaczymy jak długo to wytrzymam...

1 ... 81 , 82