| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

BloGalaxia

wtorek, 28 listopada 2006

Tego się w Ekwadorze spodziewało chyba tylko niewielu. Druga tura wyborów prezydenckich okazała się być istnym plebiscytem. Dla Correi!

Po przeliczeniu ponad 52 proc. oddanych głosów dr. Rafael Correa, wykształcony na amerykańskich i belgijskich uczelniach ekonomista, lewicowy nacjonalista, przyjaciel i admirator Hugo Cháveza, jest już wirtualnym przyszłym prezydentem Ekwadoru. Zdobył aż 60,3 proc. głosów. Jego rywal, bananowy multimilioner-populista Alvaro Noboa, zwycięzca pierwszej tury, dostał zaledwie 32,97 proc. poparcia.

Wynik Correi jest naprawdę imponujący! Nie pozostaje nic innego, jak życzyć przyszłemu prezydentowi sukcesów i – przede wszystkim – jak najdłuższego pozostania na prezydenckim fotelu. Od bardzo dawna Ekwador nie miał bowiem prezydenta, który dotrwał do końca swej, normalnie 4-letniej, kadencji. W ciągu ostatnich 10 lat państwo to miało aż 8 prezydentów! I Ekwadorczycy, którzy tak masowo wybrali teraz Correę mogą za kilka miesięcy równie masowo, na ulicach największych miast, domagać się jego odejścia. Correa będzie więc musiał realizować swe wyborcze obietnice szybko i efektywnie... Co z łatwe nie będzie. Zwłaszcza, że Correa nie ma żadnego poparcie w parlamencie w Quito. Parlamencie, który – jako powszechnie uznawany za najbardziej skorumpowaną instytucję w kraju, Correa chciałby rozwiązać...

Nowy prezydent będzie też musiał liczyć się z zdecydowaną opozycją swego wpływowego prezydenckiego rywala. Zwłaszcza, że Noboa – to było do przewidzenia – nie zaakceptował jeszcze wyniku i, podobnie jak Correa po pierwszej turze, twierdzi że wybory zostały sfałszowane!


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
09:08, tierralatina
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 listopada 2006

W Ekwadorze znowu sucho – zakaz sprzedaży i konsumpcji alkoholu. Oznacza to, że trzeba iść do urn. Dzisiaj druga tura prezydenckich wyborów, czyli jak powiedział były wiceprezydent Leon Roldos, konieczność wyboru między... rakiem a AIDS.

Po prawej stronie populistyczny, przeświadczony o bożej misji, miliarder Alvaro Noboa. Po lewej skrajnie lewicowy nacjonalista (sam się tak definiuje!) i wielbiciel Hugo Cháveza, dr. Rafael Correa.

I co wyjdzie z urn? Tego chyba nikt nie wie. W sondażach przez długie tygodnie zdecydowanie prowadził bananowy potentat Noboa, ale w ostatnich dniach rewolucjonista Correa go mocno podgonił. A nawet, zdaniem niektórych instytutów badania opinii publicznej, przegonił. W swojej ostatniej przed ciszą wyborczą prognozie prestiżowy Cedatos-Gallup dał Correi aż 54 proc. intencji głosów. Noboa zadowolić się musiał zaledwie 46 proc.

Czy oznacza to jednak, że marksistowski katolik (to kolejna z definicji jakie nadał sobie Correa!) ma zagwarantowaną prezydenturę? Na pewno nie! Zagwarantowane są jedynie – Ekwador ma w tym długą tradycję – wzajemne oskarżenia o oszustwa, bez względu na to jaki będzie wynik...

Co do sondażu, to pamiętać trzeba nie tylko o 3 proc. błędzie statystycznym... Przede wszystkim trzeba być świadomym tego, że zdaniem Cedatos-Gallup jeszcze w miniony piątek aż 17 proc. wyborców (to półtora miliona Ekwadorczyków!) nie wiedziało na kogo zagłosuje. A do urny w Ekwadorze iść trzeba obowiązkowo! Wybór między rakiem i AIDS nie jest, najwyraźniej, rzeczą prostą...


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
19:02, tierralatina , Ekwador
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 listopada 2006

Niektórym indiańskim aktywistom Mapuche w Chile chyba trochę odbiło... Do tej pory zawsze z sympatią patrzyłem na ich boje i protesty. Bo jak nie być solidarnym, gdy sprzedawano ich ziemię firmom celulozowym, czy budowano zapory wodne w ich świętych dolinach? Bądź gdy domagają się uznania mapudungun, ich tradycyjnego i bardzo ciekawego języka, za język oficjalny (nie urzędowy) w Chile? To w końcu Mapuche byli największą grupą etniczną zanim, z trudem, wytrzebili ich wpierw hiszpańscy kolonizatorzy, a później (wojny trwały do XIX wieku) armia niepodległego Chile...

Mimo tych historycznych konfliktów, w używanym dzisiaj w Chile hiszpańskim jest sporo zapożyczonych z mapudungun słów i wyrażeń. Jednak równocześnie nowoczesne Chile wciąż ma problem z tym dziedzictwem, stara się je ukrywać, do niego nie przyznawać. A o trwających setki lat wojnach, ludobójstwie – jak mówią indiańscy aktywiści, w chilijskich szkołach prawie się nie wspomina. Tak samo spuszcza się zaporę milczenia na historię najnowszą: na prześladowania Indian za czasów rządu Salvadora Allende, na zbrodnie dokonane na nich za czasów Pinocheta i na... poparcie jakie Indianie udzielili mu podczas referendum, które zdecydowało o jego odejściu od władzy.

Tym razem jednak indiańskim przywódcom chyba troszeczkę odbiło. Pozwali oni informatycznego giganta Microsoft do sądu za to, że ten bez ich zgody... opublikował wersję Windows w mapudungun! Aucán Huilcamán, werkén – czyli przywódca i rzecznik Mapuche, poczuł się dotknięty, że wersja ta – przygotowana przez Amerykanów we współpracy z chilijskim Ministerstwem Edukacji – powstała bez jego zgody, wiedzy i bez konsultacji z indiańskimi organizacjami. „To intelektualne piractwo” – stwierdził wręcz Huilcamán i wraz z kierowaną przez siebie dość radykalną organizacją Consejo de Todas las Tierras pozwał Microsoft do sądu.

W Redmond, siedzibie informatycznego giganta, szefowie muszą być bardzo zdziwieni. Do tej pory wszystkie etniczne nakładki językowe przyjmowane były raczej z zadowoleniem i satysfakcją. Towarzyszyła ona m.in. nie tak dawnej premierze Windows w keczua. Dla Microsoft publikacja Windows w mapudungun to nic innego jak umożliwienie Indianom „wejścia w cyfrową erę i otwarcie okna (sic!) po to aby reszta świata miała dostęp do bogactwa kultury narodów autochtonicznych".

W sumie szkoda, że przywódców Mapuche tak poniosło. Procesu na pewno nie wygrają, nawet jeśli, zgodnie z swymi groźbami, odwoływać się będą do chilijskiego Sądu Najwyższego i Trybunału Praw Człowieka. Języka, nawet najbardziej egzotycznego, zastrzec się – na szczęście nie da. Boje się, że Mapuche w tym akurat boju stracą jedynie pieniądze i wiarygodność. Na szczęście – i o tym warto pamiętać – Aucán Huilcamán i skupieni wokół niego działacze nie są reprezentantami całej społeczności Mapuche. To krzykliwi radykałowie, których wielu innych Mapuche wręcz nie znosi.

flaga Indian Mapuche

Flaga Indian Mapuche

W Chile żyje obecnie około 800 tysięcy Mapuche (oficjalna liczba 604 tysięcy powszechnie uważana jest za zaniżoną), z których zaledwie połowa mówi na codzień swym językiem. Oznacza to, że stanowią oni około 4-5 proc. chilijskiej populacji. I choć nie są oni jedynymi Indianami w Chile, to jednak są najbardziej liczną grupą autochtonów. Około 200 tysięcy Mapuche żyje także w Argentynie. W Chile mieszkają oni głównie na południu, w regionach Araucanía i Los Lagos, a także w Santiago.

Peukayal (do zobaczenia!).


>Technorati tags: , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , , .
23:53, tierralatina , Chile
Link Komentarze (7) »
czwartek, 23 listopada 2006

3 grudnia Wenezuelczycy wybierać będą prezydenta. Dwoch najpoważniejszych kandydatów to – oczywiście – ubiegający się o reelekcję aktualny prezydent Hugo Chávez i gubernator stanu Zulia, Manuel Rosales. I już widomo, że jaki nie będzie wynik urn strony oskarżać się będą o oszustwa i manipulacje, a zwolennicy obu kandydatów manifestować i szukać okazji do konfrontacji na ulicach Caracas. Manifestacjie i wzajemnie obelgi już się zresztą zaczęły...

Te zbliżające się wybory są doskonałą okazją aby przypomnieć wydarzenia z kwietnia 2002 roku, kiedy to Hugo Chávez został na 47 godzin odsunięty od władzy. Czy była to zorganizowana przez CIA nieudana próba zamachu stanu, jak twierdzą zwolennicy Cháveza? Czy może, jak twierdzą jego przeciwnicy, próba wynegocjonowanego przez samego Cháveza odejścia od władzy w obliczu rosnącego społecznego niezadowolenia?

Szczerze mówiąc nie wiem komu wierzyć. Obie strony mają wiele interesujących argumentów, i obie przyłapano na ewidentnych kłamstwach. Niewykluczone, że prawda leży gdzieś po środku. W zaangażowanie CIA wątpię. Choć na pewno Amerykanie wiedzieli, że coś się szykuje. Bo nie trzeba było być wówczas agentem wywiadu, aby to przewidzieć. Poprzedzające wydarzenia wezwania do strajku i marszu na stolicę były publiczne i oficjalnie poparte przez Confederación de Trabajadores de Venezuela, największy związek zawodowy kraju, oraz Fedecámaras – największe stowarzyszenie pracodawców i przedsiębiorców. O przygotowaniach wiedzieć musiał także Chávez. Bo jak wytłumaczyć fakt, że gdy tysiące ludzi maszerowały na jego prezydencki pałac, telewizje miały już taśmy z całą serią prezydenckich odezw do narodu?

Nie sądze też, że gdyby za zamachem stali Amerykanie, byłby on przygotowany tak katastrofalnie. To rzeczywiście wyglądało na nieudolną improwizację. Zwłaszcza powołanie na nowego prezydenta Pedro Carmony, przewodniczącego Fedecámaras... Był on zupełnie do tego nie przygotowany. I ciągu kilku godzin podjął kilka tak kontrowersyjnych decyzji (w tym rozwiązanie Parlamentu), że większość wojskowych którzy wynieśli go do władzy, wypowiedziała mu swe wcześniejsze poparcie. Tajemnicze było też zachowanie samego Cháveza po powrocie do władzy. Dlaczego odstąpił od postawienia przed sądem wojskowych, którzy – jak twierdzi – przeprowadzili zamach? Na to pytanie nigdy nie usłyszałem żadnej sensownej odpowiedzi...

Jeśli Was wydarzenia z 11 kwietnia 2002 interesują to zachęcam Was do obejrzenia dwóch filmów. Są one długie, każdy ponad godzinę, ale niesamowicie ciekawe. Pierwszy to słynny irlandzki film „The revolution will not be televised” (znany także pod tytułem "Chavez: The film"), który zdobył wiele międzynarodowych nagród i jest sztandarowym materiałem propagandowym zwolenników Cháveza. Irlandzka ekipa telewizyjna przygotowywała reportaż o wenezuelskim prezydencie w momencie zamachu – dziennikarze stali się mimowolnymi świadkami wydarzeń.

 

Problem w tym, że – zdaniem anty-Chavistów – irlandzcy dziennikarze byli stronniczy i w swym dokumencie dopuścili się wielu manipulacji i przemilczeń. Stąd drugi film: „The revolution will not be televised – radiografía de una mentira”, czyli „prześwietlenie kłamstwa”. Jest to zapis konferencji na jednym z uniwersytetów w Caracas na którym uczestnicy wydarzeń z 11 kwietnia starają się przeanalizować treść irlandzkiego filmu i wskazać najbardziej – ich zdaniem – rażące kłamstwa.

Ja kilka razy widziałem oba filmy. Rozmawiałem też wiele razy z niektórymi uczestnikami tamtych wydarzeń... I, słowo daję, za każdym razem mam coraz więcej pytań... Do obu stron.


>Technorati tags: , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , , .
18:09, tierralatina , Wenezuela
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 listopada 2006

Wyszperałem dwie ciekawostki w blogosferze. Dziennikarz Gazety Wyborczej, Wojciech Pastuszka, w swoim znakomitym blogu Archeowieści pisze o najnowszym odkryciu archeologicznym w Meksyku.

W stolicy tego kraju odkopano aztecki ołtarz z XV wieku, który prawdopodobnie był częścią Templo Mayor – największej świątynii w Tenochtitlan, dawnej stolicy azteckiego imperium, którą później zniszczyli hiszpańscy kolonizatorzy i na gruzach której wybudowali aktualny Meksyk (miasto). O szczegółach przeczytacie w notce Gigantyczny wizerunek azteckiego boga. Warto.

Przy okazji mam pytanie. Czy ktoś z Was wie jaka polska forma jest poprawna? Aztekowie, czy Aztecy? Bo w literaturze spotykam regularnie obie...

Z kolei w cytowanym już tutaj blogu Aeroplan przeczytać możecie o planach rozbudowy lotniska w Quito, o którym nie tak dawno sam pisałem. Też ciekawe.


>Technorati tags: , , , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
21:35, tierralatina , Inni piszą
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 listopada 2006

Ci którzy regularnie podróżują po Ameryce Łacińskiej wiedzą o tym bardzo dobrze. Dla tych, którzy ten region odwiedzają po raz pierwszy bywa to bardzo niemiłą niespodzianką. O co chodzi? O opłaty lotniskowe!

W Europie przyzwyczailiśmy się, że wszystkie podatki i opłaty wliczone są w cenę biletu. I jedyne za co musimy zapłacić na lotnisku to zakupy w sklepie wolnocłowym, albo wypite przed wejściem do samolotu piwo. W Ameryce Łacińskiej bywa inaczej. A raczej – jest inaczej, bowiem sciąganie haraczu z odlatujących pasażerów jest regułą, od której wyjątków jest niewiele. Szczerze mówiąc poza lotniskiem w Santiago de Chile żaden nie przychodzi mi w tej chwili do głowy... Na wszystkich innych znanych mi lotniskach bez uiszczenia specjalnej opłaty do samolotu się nie wsiądzie. Na nic zdają się płacze i tłumaczenia spłukanych do szczętu plecakowiczów, czy innach trampingowców: nie zapłacisz – nie lecisz! I fakt, że już nadałeś bagaż i masz ważny bilet nie stanowi tu żadnych okoliczności łagodzących. Cerberzy są nieubłagani. Co więcej płacić trzeba zawsze gotówką - karty kredytowe czy inne alternatywne środki płatności nigdy nie są honorowane. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Tak samo jak nie mam pojęcia dlaczego tych uciążliwych opłat zawrzeć w cenie biletu. Jak w reszcie cywilizowanego świata... Ot, jedna z kolejnych latynoamerykańskich tajemnic.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo właśnie dowiedziałem się, że port lotniczy w Quito, który i tak już należał do najdroższych, najmniej wygodnych i najmniej nowoczesnych na kontynencie, postanowił podnieść swe opłaty. Od 10 grudnia przyjemność wylotu ze stolicy Ekwadoru kosztować będzie 37,60 dolarów. O sześć dolarów więcej niż obecnie. Zgadzam się – nie jest to fortuna. Ale gdy ktoś podróżuje w dwójkę, to jest to już niebagatelny wydatek niemal 80 dolców. Nie mówiąc już o lecącej rodzinie! I gdy podróż obejmuje więcej niż jeden kraj na tym kontynencie to pozycja „opłaty lotniskowe” stać się może niebagatelną i często początkowo zapomnianą pozycją budżetu. Bo płacić trzeba niemal wszędzie. I za loty krajowe także, choć zazwyczaj trochę mniej.

Czy są jakieś sposoby na ograniczenie tych kosztów? Niewielkie. W przypadku Ekwadoru można wylatywać z Guayaquil, gdzie nie dość ze jest o wiele bardziej nowoczesne lotnisko, to w dodatku opłata wynosi tylko (?) 25 dolarów. Osobiście muszę jednak przyznać, że uwielbiam lotnisko w Quito. Zwłaszcza na nim lądować. Nie dość że jest to darmowe (nawet Latynosi nie wymyślili jeszcze opłaty przylotowej!), to w dodatku niesamowicie widowiskowe. Być może nawet najbardziej spektakularne na całym kontynencie. Port lotniczy w Quito znajduje się bowiem w centrum miasta! Oczywiście nie w ścisłym centrum, ale naprawdę wewnątrz miasta. Wokół pasa startowego stoją mieszkalne domy, a tuż przy jego progu znajduje się piłkarskie boisko. Lądując ma się naprawdę wrażenie, że grający na nim chłopcy, gdyby chcieli, mogliby spokojnie strzelić piłką w okienko. Samolotu!

Quito, niemal dwumilionowa metropolia, położone jest w górskiej dolinie i jest jak spaghetti - ma ponad 60 kilometrów długości. Lądując najczęściej przelatujemy nad znaczącą częścią tego tasiemca. A Przy dobrej pogodzie wrażenie potęgują otaczające miasto wulkany. Po lądowaniu nie należy się dziwić, że nasz bagaż stał się jakby nagle cięższy – nie, nikt nam do niego niczego nie dołożył. To po prostu wpływ wysokości na naszą kondycję. Quito leży na wysokości ok. 2900 metrów. Trzeba się do tego przyzwyczaić!

Wrcając do opłat lotniskowych. W Limie za wylot międzynarodowy zapłacić trzeba 30,25 dolarów, za lot krajowy 6,05. W Buenos Aires przyjemność opuszczenia kraju kosztuje minimum 18 dolarów. W Bogocie 26 dolarów… Znacie inne ceny? Wpisujcie, proszę, w komentarze!

lotnisko w Quito

Airbus A-340 Iberii, którym ostatnim razem przyleciałem do Quito.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .