| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

BloGalaxia

środa, 16 grudnia 2009

Pytanie do kobiet, zwłaszcza do tych które mają już dzieci: Czy wyobrażacie sobie, że można być nieświadomym ciąży? I być totalnie zaskoczonym tym, że się nagle rodzi dziecko?

Okazuje się, że można. I to będąc sportowcem należącym do reprezentacji własnego kraju. Takim, który znajduje się pod regularną lekarską kontrolą! Przydarzyło się to właśnie 22-letniej chilijskiej sztangistce Elizabeth Poblete. Jak ujawniła wczoraj brazylijska prasa, ta często szkoląca się w São Paulo zawodniczka, kilkanaście dni temu nagle, podczas treningu, poczuła się bardzo źle. Mówiąc dokładniej, uszły z niej wody płodowe w momencie gdy podrywała sztangę ważącą blisko 200 kg. Wtedy zaczęły się też skurcze.

Dziewczyna i jej trener byli w szoku – nie mieli pojęcia co się dzieje, symptomy odbiegały bowiem od klasycznych kontuzji sztangistów. Natychmiast przewieziono ją więc do szpitala, gdzie lekarze jednak bez najmniejszego problemu postawili diagnozę – był to poród!

I medycy się nie pomylili. Kilka godzin później na świat przyszedł mierzący 33 cm i ważący niewiele 1,15 kilograma wcześniak. Wstępnie szacuje się, że urodził się w 6 miesiącu ciąży.

Ciąża wprawiła w ambaras nie tylko młodą matkę, ale cały opiekujący się nią staff. Jak to możliwe, że nikt nie zdał sobie sprawy, że dziewczyna jest w ciąży?

Brazylijski trener Horacio Reis tłumaczy: -Fakt, że ostatnio zrobiła się bardziej okrągła, ale była na specjalnej przygotowanej przez lekarzy diecie, która miała właśnie sprawić aby przybrała na wadze, chcieliśmy aby z 75 kg doszła do 85. W formie była przy tym świetnej. Na tydzień przed porodem wygrała zawody w Chile-.

Lekarze którzy się nią opiekowali też jakoś do winy się nie poczuwają – intensywne treningi i specjalne diety sztangistek zaburzają równowagę hormonalną i często się zdarza, że zawodniczki przez wiele miesięcy nie mają okresu – tłumaczy medyk chilijskiej federacji ciężarowców.

Nie da się ukryć – sport, jak widać, to samo zdrowie...

Pozostaje pytanie na które Elizabeth Poblete odmawia póki co odpowiedzi – kto jest ojcem dziecka? Niewykluczone, że tak jak nie wiedziała iż jest w ciąży, tego też nie wie.

Sztangistka, która na ubiegłorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie zajęła 12. miejsce, nadała już jednak swemu niespodziewanemu synkowi imię Eric José. Maleństwo przebywa na oddziale intensywnej terapii w São Paulo i lekarze twierdzą, że jego życie wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie. Choć, na szczęście, wcześniak zaczął już przybierać na wadze.

Zdrowie synka nie jest jedynym zmartwieniem chilijskiej zawodniczki. Wciąż nie wiadomo bowiem kto zapłaci niemałą sumę pieniędzy za skomplikowany poród w prywatnej brazylijskiej klinice i utrzymywanie tam przy życiu wcześniaka. Chilijska federacja ubezpieczyła oczywiście swą zawodniczkę, ale tylko od chorób i wypadków. Tymczasem ciąża i poród nie jest ani jednym, ani drugim.

P.S. Przypominam o istnieniu tierralatina.pl – poświęconego Latynoameryce serwisu, który z każdym dniem coraz bardziej się rozwija!


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

czwartek, 22 października 2009

Dzisiaj na murze, w samym centrum Caracas, widziałem dość frapujące hasło, napisane czerwonym sprayem:

¡Con Chávez robamos todos!
Z Chávezem kradniemy wszyscy!

Zupełnie nie wiem jak to interpretować. Czy to chwila euforycznej szczerości rewolucyjnego fanatyka, czy cyniczna krytyka kogoś zmęczonego powszechną korupcją i rozkradaniem wszystkiego?

Obie opcje wydają mi się równie prawdopodobne. Z pierwszą przemawia lokalizacja hasła – centralna dzielnica Candelaria to raczej bastion chavizmu. Z drugiej strony jednak, rewolucjoniści nie będący hipokrytami, to gatunek niezwykle rzadki...

A może napisał to antychavista, a chaviści nie zauważają w tym haśle nic zdrożnego? A może macie inne interpretacje?


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .

sobota, 26 września 2009

Wiele razy już pisałem, że uważam iż Hugo Chávez minął się z powołaniem. Zamiast bufonowatym, aroganckim politykiem, powinien był zostać aktorem lub showmanem. Sukces miałby zagwarantowany, a i sympatyków pewnie i by miał więcej. A już na pewno mniej wrogów. Co równie ważne, Chávez-aktor mógłby do woli robić to, co robić przecież uwielbia: brylować na zagranicznych salonach, mizdrzyć się przed kamerami, rozdawać autografy i całusy – jednym słowem być gwiazdą.

I nie byłoby wtedy żadnego ideologicznego rozdźwięku... A nie tak jak teraz – jestem rewolucjonistą, ale kocham bogactwo i splendor.

Próżność wenezuelskiego prezydenta została mocno połechtana w minioną środę. Uczestniczący w nowojorskich obradach Zgromadzenia Ogólnego ONZ Hugo Chávez, stał się wieczorem gwiazdą amerykańskiego premierowego pokazu najnowszego filmu Olivera Stone, South of the Border.

W Walter Read Theather zgromadziła się holywoodzka śmietanka, wśród której Chávez czuł się najwyraźniej jak członek rodziny. I tak, wchodząc na salę, wpadł w ramiona Danny’ego Glovera, eksklamując głośno i po angielsku „Hey Danny, my friend!” . Równie wylewnie i ochoczo przywitał się swą inną „starą znajomą” Susan Sarandon.

Chyba jednak największym zaskoczeniem było spotkanie wenezuelskiego przeydenta z Courtney Love, kontrowersyjną wdową po Kurcie Cobainie, byłym liderze Nirvany. Oboje zaczęli się obściskiwać i obcałowywać, prawiąc sobie wzajemne komplementy, łechcząc sobie ego deklaracjami w stylu „Od dawna marzyłem/łam aby Ciebie poznać!”.

Hugo Chavez i Courtney Love

Jak to na tego typu imprezach bywa, szampan lał się strumieniami, a kanapeczki z kawiorem i łososiem pochłaniane były kilogramami. Prawdziwa boliburżuazja. Bo wszystko oczywiście przeplatane płomiennymi deklaracjami o rewolucji, walce z biedą i wyższości socjalizmu nad wszystkim.

Chávez zresztą nie był jedynym obiektem adoracji. Na imprezie był też jego najwierniejszy, latynoamerykański uczeń – Evo Morales, który m.in. zachwycił zebraną publiczność stwierdzeniem, że „w Boliwii udało się nam pogonić opozycyjne, finansowane przez USA partie, ale jeszcze niestety mamy opozycję w postaci prasy”.

Była też oczywiście prezentacja samego filmu, który też już miałem okazję zobaczyć. Niestety nie z Chávezem w Nowym Jorku, ale z płyty kupionej na ulicznym, latynoskim straganie. Jak się spodziewałem – Stone nie zaskoczył. Nakręcił sprawną filmowo, absolutnie bezkrytyczną hagiografię, w stylu swego poprzedniego latynoskiego filmu, Comandante, o Fidelu Castro.

Trudno mi jednak powiedzieć do kogo jest South of the Border jest adresowany, jaki jest cel tego filmu? Bo raczej nie jest to żaden, jak mawiają Amerykanie eye opener (przyznacie, że „otwieracz oczu” brzmi dziwnie). Przeciwnie, mam wrażenie, że zadeklarowanych miłośników Cháveza film doprowadzi do stanów bliskich orgazmowi, a jego krytyków i tak utwierdzi, że wenezuelski prezydent jest przede wszystkim sprawnym satrapą, cynikiem i manipulatorem.

Jak dla mnie, filmowi Stone’a krzycząco brakuje śladowego choć obiektywizmu. Reżyser postawił tezę i robi wszystko aby ją udowodnić. Coś à la Michael Moore. Jednak ten ostatni robi to z większym wdziękiem, poczuciem humoru i chyba jednak bardziej obiektywnie. Bo przynajmniej dopuszcza do głosu oponentów. U Stone’a jest poważnie, z nadęciem i zupełnie jednostronnie.

Film miał pokazać jak zacietrzewione w swym antychaviźmie są amerykańskie media. Jak bardzo nie lubią one lewicy i jak często niepotrzebnie i głupio demonizują latynoskich „rewolucyjnych” przywódców. I rzeczywiście to w filmie Stone’a widać. I czasem jest to rzeczywiście żenujące, oraz urągające ludzkiej inteligencji.

Problem w tym, że 80 proc. (jeśli nie więcej) krytycznie pokazywanych w filmie „amerykańskich mediów” to po prostu Fox News – stacja otwarcie populistyczno-konserwatywno-prawicowa. I choć jest ona w USA rzeczywiście popularna, to jednak (na szczęście) nie jedyna. I, sądząc po wynikach ostatnich amerykańskich wyborów prezydenckich, wcale nie tak opiniotwórcza.

To mniej więcej tak, jakby zrobić film o Polsce opierając się na Radiu Maryja i jego zwolennikach. Też byłoby śmiesznie-straszno i na pewno nie schlebiałoby to ani wizerunkowi naszego kraju, ani jego mediów.

Zresztą myśle, że mogłoby być równie ciekawie, gdyby Stone zrobił drugi film o reżimowych stacjach telewizyjnych Hugo Cháveza... Bo o obiektywizm to się one nawet nie ocierają, o profesjonaliźmie już nawet nie wspominając.

No ale wiadomo, że Oliver Stone takiego filmu nie zrobi. Chociaż? Fidel Castro doczekał się drugiej, troszkę bardziej krytycznej, części filmu o sobie. Może Hugona też to czeka? Pomarzyć zawsze można...

PS. Od kilkunastu godzin działa już forum tierralatina.pl – zapraszam.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

20:55, tierralatina , Wenezuela
Link Komentarze (18) »
niedziela, 20 września 2009

Dobra wiadomość dla wszystkich fanów najbardziej latynoskiego z europejskich muzyków – Manu Chao. Dzisiaj swą premierę ma najnowsza jego płyta – Baionarena.

Manu Chao - Baionarena

Tak naprawdę to na ten album składają się aż trzy płyty – dwupłytowy zapis audio koncertu jaki Manu Chao i jego formacja Radio Bemba zagrali na w lipcu ubiegłego roku w Bayonne, we francuskim Kraju Basków, oraz DVD z najciekawszymi fragmentami tego 2,5-godzinnego show, które było fragmentem ich światowej, trwającej do dziś, trasy koncertowej Tombolatour.

I choć to jest to album koncertowy, to znalazły się na nim utwory które nigdy wcześniej nie zostały wydane na żadnej płycie Manu Chao.

Nowy album już jest dostępny we Francji. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii jeszcze trzeba trochę poczekać, choć już można się zapisać w kolejce zainteresowanych. Kiedy będzie w Polsce – nie wiem, pewnie też na początku października.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .

20:43, tierralatina , Muzyka
Link Komentarze (12) »
wtorek, 15 września 2009

Diego Armando Maradonie coś słabo wychodzi to, szumnie przez niego zapowiadane, mycie argentyńskiego Rolls-Royce’a. Przeciwnie, futbolowa limuzyna tego kraju jest coraz bardziej zabłocona i – po ostatnich porażkach - wcale nie jest takie pewne, czy dojedzie do RPA.

Dla Argentyńczyków, przyzwyczajonych do zastanawiania się, czy ich reprezentacja zdobędzie mistrzostwo świata, a nie do wyliczania punktowych bilansów w nadziei na ewentualną klasyfikację do Mundialu, aktualna sytuacja jest bardzo frustrująca. I frustracji tej dają upust.

Np. strona internetowa Argentyńskiego Związku Piłki Nożnej (AFA), już od kilku dni uparcie milczy. Jakiekolwiek próby połączenia się z nią, wciąż niezmiennie kończą się na takiej oto planszy:

zhakowana AFA

Prosimy o nieregulowanie odbiorników – „Z powodu bezpieczeństwa strona AFA jest wyłączona”.

Co się stało? Otóż w miniony piątek strona AFA stała się ofiarą znanego w Argentynie kolektywu hakerów KKR. I przez kilkanaście godzin każdy, kto zaglądał na stronę związku piłki nożnej napotykał tylko i wyłącznie taki oto obrazek:

zhakowany Maradona

Maradona w brazylijskiej, reprezentacyjnej koszulce auriverde i podpis: „Jedno zdjęcie warte jest więcej niż tysiąc słów...

I to nawet nie jest fotomontaż. To kadr ze słynnej, dawnej reklamy brazylijskiego napoju Guaraná Antarctica, za którą Maradona otrzymał wówczas 150 tys. dolarów. Wielu argentyńskich kibiców nie mogło wybaczyć swemu idolowi takiej „zdrady”:

Teraz, po serii kompromitujących porażek argentyńskiej reprezentacji pod wodzą selekcjonera Maradony, ówczesne cudzołóstwo jest coraz częściej ponownie wypominane. Także przez hakerów.

Jak myślicie, słusznie?

PS. Zajrzyjcie koniecznie na Futbolin. Tam sporo o argentyńskim futbolu, tenisie, a także o fantastycznych wieściach dotyczących „Las Pumas”, czyli reprezentacji rugby tego kraju.


>Technorati tags: , , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , , .

17:47, tierralatina , Argentyna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 września 2009

Jakiś czas ktoś do mnie wysłał maila, prosząc o opinię czy warto odwiedzić Tacuarembó w Urugwaju. Odpisałem, ale moja odpowiedź wróciła – adresat nie znany. Wrzucam więc te kilka słów o Tacuarembó na bloga – może komuś się kiedyś przyda? A może ktoś z Was był też w tych okolicach i dorzuci coś od siebie?

Szczerze mowiac nie wiem czy rzeczywiscie warto i trzeba wpadacć do Tacuarembó. To miejsce jest ważne dla Urugwajczyków głównie ze wzgledu na słynną bitwę, ktorą tam stoczyli podczas wojny niepodległosciowej. Taki nasz Grunwald - wszyscy wiemy gdzie to jest, ale odwiedzać – mimo wszystko – jakoś niespecjalnie warto... :)

Z tą jeszcze różnicą, że – w przeciwieństwie do naszego Grunwaldu - bitwę pod Tacuarembó Urugwajczycy przegrali.

Jeśli jednak ktoś już trafi do Tacuarembó, to przez dzień, półtora, może się tam czymś zająć (jak prawie wszędzie). W mieście jest relatywnie (z dużym naciskiem na to „relatywnie”) ciekawe Muzeum Indian i Gauczów, a ok. 25 km z miasta, w Valle Eden jest też muzeum Carlosa Gardela. Istnieje bowiem teoria, że Gardel - czlowiek-historia argentyńskiego tanga - urodził się właśnie w tych okolicach.

No i to chyba wszystko, bo nawet Laguna de las Lavanderas jest, szczerze mowiac, bardzo mocno przereklamowana.

Reasumujac, o Tacuarembó można zahaczyc, ale zupełnie nie należy się przejmować, jeśli to miasto nie znajdzie się w planie wycieczki/wyprawy. Nic wielkiego, je omijając, się nie straci . No chyba, że jest to akurat marzec i nie jesteśmy uczuleni na przaśne, gauczowskie (czyli kowbojskie) klimaty.

Wtedy bowiem Tacuarembó może się okazać najbardziej atrakcyjnym miejscem w całym Urugwaju, bo wmiesiącu  tym  odbywa się tam "La Patria Gaucha" - najwieksza urugwajska impreza folkrorystyczna. Wtedy Tacuarembó tańczy, śpiewa, pije i baluje od rana do nocy. A sama noc jest wtedy bardzo krótka.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .

21:43, tierralatina , Urugwaj
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83