| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

BloGalaxia

piątek, 16 lipca 2010

Boliburgesía to jeden z najpopularniejszych w ostatnich latach wenezuelskich neologizmów. Słowo powstało z jako skrót zwrotu burgesía bolivariana, czyli boliwariańskiej burżuazji. Oznacza ona tych wszystkich, którzy na wymyślonej przez Hugo Cháveza boliwariańskiej rewolucji ukuli potężne majątki. Często liczone w dziesiątkach milionów dolarów.

Nie jest to, oczywiście, nic zasakującego. Taka już natura wszelakich rewolucji, że w ich trakcie niektóre fortuny upadają, inne się wzmacniają, a jeszcze inne powstają od zera. Zwłaszcza, że okazji do interesów w Wenezueli nie brakuje, bo pieniądze w tym kraju niewątpliwie są. Z samego tylko eksportu ropy do państwowych kas wpłynęło, w ciągu ostatnich 10 lat, niewyobrażalna wręcz suma ponad 700 miliardów dolarów.

Najważniejsze tu jest wiedzieć z kim należy się podzielić. A potem – sky is the limit, żadnych kontroli pełna wolnoamerykanka – powiedział mi kiedyś pewien Belg robiący interesy z państwowym koncernem petrochemicznym PDVSA. Bo boliburgesía to nie tylko Wenezuelczycy. To nie tylko te setki znajdujących się u szczytu władzy prominentów, którzy – jak to kiedyś powiedział znajdujący się na lewo od Cháveza (są tacy) lokalny polityk Luis Tascón – „ubrani w czerwoną koszulę gadają przez kilka godzin dziennie o rewolucji, a potem wsiadają w opancerzony samochód z szoferem, który odwozi ich do domu mającego 1000 metrów kwadratowych, w którym czeka na nich zastęp służących”.

Boliburgesía to także setki, jeśli nie tysiące prawdziwych biznesmenów, dla krórych rewolucja to po prostu okazja do interesów. Większość to, oczywiście Wenezuelczycy, ale są też wśród nich Amerykanie, Francuzi, jest sporo Hiszpanów, Szwajcarów, ostatnio też coraz więcej Rosjan, Chińczyków i Białorusinów.

Obracają milionami dolarów - pośredniczą, doradzają, importują. Są szczęśliwi, że rewolucyjny rząd, swymi programami nacjonalizacji i kolektywizacji doprowadził do niemal całkowitej zapaści lokalnego rolnictwa i przemysłu.

Szacuje się, że ponad 75 proc. sprzedawanych w Wenezueli towarów konsumpcyjnych jest obecnie sprowadzanych. Mleko z Brazylii, ryż z Ekwadoru, wołowina z nie wiadomo skąd ale na etykiecie też ma „importada”.

Do tego jeszcze ta kontrola obrotu dewizowego! To dopiero jest szansa na bogactwo, jeśli ma się do nich dostęp dolarów po najniższej oficjalnej cenie, czyli za 2,6 boliwara. Na czarnym rynku dają za niego dzisiaj 3,2 raza więcej! Dzięki temu wystarczy niektóre towary tylko sprowadzać, nawet nie trzeba się później troszczyć o ich sprzedawanie. I tak się to opłaca.

To dzięki temu właśnie w tych tygodniach zdumieni wybuchł skandal cuchnących kontenerów. Rząd starał się go zmieść pod dywan, ale smród jednak jest zbyt wielki... W całym kraju w portach i magazynach odnajdywane są tysiące porzuconych kontenerów z przeterminowaną żywnością i lekarstwami. W Puerto Ordaz cuchnie rozkładająca się brazylijska wołowina, w Maracaibo chińskie mleko, lista jest bez końca. Są to już dziesiątki tysięcy ton zepsutego żarcia, sprwadzonego w większości przez państwową sieć sklepów PDVAL.

W desperackim geście władze w Caracas próbowały nawet ostatnio wysłać trochę tego świństwa na Haiti w ramach pomocy humanitarnej. Nie udało się jednak – bezczelni i niewychowani zajżeli darowanemu koniowi w zęby i odesłali statek z prezentami do domu. Wenezuelskie dary nie spełniały norm sanitarnych...

Czerwonych burżuji łatwo poznać. Wielu, w naturalnym dla nuworyszy stylu, stara się epatować swym bogactwem. Czerwony hummer, czy srebrne porsche ze zdjęciem Cháveza na tylniej szybie nikogo tu chyba już nie dziwi.

Nos Vamos con Todo!

Po co o tym wszystkim piszę? Ano bo jednak coś się zmienia. Być może jednak wenezuelska czerwona arystokracja zaczęła się jednak trochę wstydzić swych fortun? Zwłaszcza ta jej część, która teoretycznie żyje tylko z urzędniczej pensji, której wysokość w żaden sposób nie tłumaczy posiadanych rezydencji i opancerzonych samochodów.

A może to nie wstyd? Może po prostu mają dosyć tego, że wścibska prasa na tyle jeszcze odważa się podnosić głowę, że wynajduje niedeklarowane nigdzie posiadłości w Miami, czy udziały w zupełnie nie socjalistycznych firmach?

Wczoraj Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości w Caracas wydał decyzję, którą na pewno boliburżuazja przyjęła z ulgą – sędziowie uznali bowiem, że czas najwyższy skończyć z odziedziczonym po kapitaliźmie brzydkim zwyczajem ostentacyjnego interesowania się pieniądzem. I uznała, w swej decyzji numer 745 Izby Konstytucyjnej, że nie ma podstaw aby dalej upubliczniać wysokości zarobków, oraz deklaracje posiadanego mienia składane przez państowych urzędników. Rewolucyjni sędziowie uznali, że publikacja takich informacji stanowi... naruszenie intymności zainteresowanych.

Que viva la Robolución! (to kolejny wenezuelski neologizm, którego znaczenie odcyfrujcie sami)

sobota, 22 maja 2010

Jak to dobrze, że Evo Morales jest prezydentem Boliwii. Naprawdę bardzo się z tego cieszę! Nie wiem wprawdzie, czy gdybym był Boliwijczykiem moje zadowolenie byłoby równie duże. Prawdopodobnie nie. No ale ponieważ nim nie jestem, to nic nie mąci mej satysfakcji ze słuchania przemówień boliwijskiego prezydenta.

Naprawdę, nikt na latynoamerykańskim kontynencie nie wnosi do polityki tak wiele radości, co szef Boliwijskiego Związku Hodowców Koki (Morales zachował, honorowo, ten tytuł, który przecież wyniósł do do władzy). Właśnie odkryłem na You Tube zeszłoroczny, ale jakże nowatorski kurs geografii i historii w wykonaniu boliwijskiego prezydenta:

 

Dla tych co nie znają hiszpańskiego... Evo Morales wyjaśnia, że dopiero co wrócił z Genewy, "Genewy w Hiszpanii" podkreśla, a następnie mówi na temat indiańsko-boliwijskiej tradycji stawiania oporu imperiom i imperializmowi. I wymienia Imperia, którym boliwijscy Indianie stawiali, bądź stawiają czoła:  amerykańskie, brytyjskie, rzymskie...

Ciekawe, prawda? Rewolucyjne wręcz... Pewnie wkrótce dowiemy się, że Germanie, którzy obalili Romulusa Augustulusa byli potomkami wielkiego Inki... :)

Co najważniejsze, boliwijski prezydent nigdy nie traci formy. W ubiegłym miesiącu zaserwował światu kolejne rewelacje. Dowiedzieliśmy się m.in, że jedzenie kurczaków powoduje nadmierny wzrost biustu u jednych i homoseksualizm u drugich...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , .

środa, 14 kwietnia 2010

Tragiczna katastrofa nieopodal Smoleńska, w której w minioną sobotę zginął Prezydent Lech Kaczyński z żona i liczną delegacją stała się w Wenezueli... tematem dowcipów. Są one opowiadane, rozsyłane smsami, e-mailami. Dotarło do mnie już ich kilka. Oto te najpopularniejsze:

Katastrofa samolotu prezydenckiego w Rosji jest podwójną tragedią Polski i Wenezueli.
Tragedią Polski, bo zginął jej prezydent.
Tragedią Wenezueli, że nie był to prezydent Chávez…

Poszukuje się polskiego pilota do samolotu prezydenta Cháveza.
Doświadczenie nie jest wymagane...

Inny, ale ta już tylko dla osób hiszpańskojęzycznych, bo opierający się na grze słów jest taki:

El accidente del Presidente de Polonia es una culpa de nosotros venezolanos. Hemos tanto suplicado a Dios que se lleve nuestro presidente “por loco”, que finalmente decidiera de escucharnos. Pero, como el Dios ya está muy viejo y medio sordo se llevo al presidente po…laco.

Bez komentarza.

PS. Wiem, że mam duże blogowe opóźnienia. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że w Wielkim Tygodniu zrobiłem sobie wakacje, oraz to że mam ostatnio potworne problemy z boliwariańskim dostępem do internetu. Częściej go nie ma, niż jest.

piątek, 29 stycznia 2010

Uczciwie przyznaję. Gdybym sam tego już kilka razy nie widział, prawdopodobnie bym w to nie uwierzył. Bym pewnie przypuszczał, że to jakiś złośliwy fotomontaż przeciwników Cháveza. Jednak nie, na własnie oczy widziałem jak ubrani jak robocopy funkcjonariusze Gwardii Pretoriańskiej Boliwariańskiej Gwardii Narodowej, ongiś prestiżowej formacji, a obecnie skorumpowanej, upolitycznionej, wenezuelskiej wersji PRL-owskiego ZOMO, złowieszczo stukają takimi stalowymi maczugami o asfalt, bądź kołyszą nimi tuż przed szeregami protestujących.

garrapino - stalowa maczuga używana przez wenezuelską Gwardię Narodową

 

garrapino - stalowa maczuga używana przez wenezuelską Gwardię Narodową

(fot. Ana Viloria/El Nacional)

Pretorianie oczywiście bronią się, że taki łańcuch z kotwicą, fachowo zwany garrapiño nie jest niczym nowym i zapewniają, że nigdy (jeszcze?) nikt nie został nim uderzony. No, mam nadzieję że to prawda, bo skutki tego byłyby raczej tragiczne...

Pułkownik Antonio Benavides, ten sam który podczas manifestacji opozycji w Caracas, często osobiście dowodzi represjonowaniem protestujących, zapewnia że garrapiño nie jest narzędziem ofensywnym, lecz defensywnym. I służy głównie do usuwania z drogi płonących obiektów.

Dlaczego jednak jego podwładni epatują tą kotwicą gdy na horyzoncie nie ma żadnego ognia? Na takie pytanie oczywiście nie odpowiedział.


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , .

środa, 13 stycznia 2010

Znany latynoamerykański obrońca demokracji, polityk słynący ze swej niebywałej kultury osobistej, prezydent Wenezueli Hugo Chávez, dał kolejny pokaz głębokiego szacunku wobec tych obywateli własnego kraju, którzy niekoniecznie podzelają jego rewolucyjne ideały...

W wywiadzie udzielonym wczoraj państwowej telewizji VTV wenezuelski prezydent mobilizował swych sympatyków do „wyborczej batalii”. Bowiem stawka przewidzianych na 26 września wyborów parlamentarnych jest bardzo wysoka: -trzeba zrobić wszystko aby te kompoty z kupy nie dostały się do Zgromadzenia Narodowego i nie zdobyły w nim większości, bo przecież to byłoby praktycznie początkiem wojny- zaapelował Chávez.

Wbrew pozorom „kompoty z kupy” (w prezydenckim, hiszpańskim oryginale las compotas de pupú), czyli wenezuelska opozycja, nie są chyba zaskoczone nowym epitetem w prezydenckich ustach. Bo lista dotychczas używanych wobec nich przez Hugona nazw jest już długa: zdrajcy, lokaje imperium, sprzedawcy ojczyzny, burżuje, oligarchowie, brudasy...

Nowością nie jest nawet straszenie wojną w przypadku przegranych wyborów. Wenezuela też już to przerabiała – przed wyborami lokalnymi w listopadzie 2008 roku, demokrata Chávez grzmiał na wiecach, że będzie musiał wyprowadzić czołgi na ulice, jeśli jego kandydaci nie otrzymają wystarczającego poparcia.

Czy kampania strachu i tym razem przyniesie wyniki? Póki co notowania Cháveza spadają. I w sumie trudno się dziwić, bo mimo rządowych zapewnień, że wszystko jest pod kontrolą i kraj się rozwija, coraz więcej Wenezuelczyków zauważa jednak, że kraj coraz szybciej się pogrąża. Inflacja jest jedną z najwyższych na świecie, przestępczość też, boliwar właśnie został zdewaluowany, a rytm życia coraz częściej wyznaczają przerwy w dostawie prądu i wody.

Mimo to prezydent nieustannie grzmi: Przed socjalizmem nie ma odwrotu!

P.S. Tutaj i tutaj znajdziecie przykłady innych słownych kwiatków najjaśniejszego słońca Wenezueli.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags:
, , , , .

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jak myślicie, czy bandyta może być szczęśliwy? Czy mordowanie może sprawiać satysfakcję i radość? Jeśli tak, to ci w Wenezueli Hugo Cháveza są wyjątkowo radośni. Za jego rządów przestępczość i bezkarność wzrosła jak w żadnym innym kraju na kontynencie. A może nawet i na świecie.

Statystycznie w minionym roku łatwiej było stracić życie w Caracas niż np. w Bagdadzie. Tylko w minioną noc sylwestrową w wenezuelskiej stolicy zabito ponad 160 osób.

Ekipa hiszpańskiej telewizji publicznej RTVE odważyła się ruszyć z kamerami w miasto, dotrzeć do zabójców i rodzin zabijanych. Powstał z tego przerażający, ale jakże prawdziwy materiał. Niestety tylko dla tych, którzy rozumieją hiszpański. Oto jakie jest obecnie Caracas:

En Venezuela la criminalidad es la tercera causa de muerte (Informe Semanal)


I jeszcze boliwariańska rewolucja w liczbach:

  • W 1998 roku, gdy Chávez doszedł do władzy, w Wenezueli było 4550 ofiar morderstw
  • W 2009 roku, liczba zabitych przekroczyła 16 tysięcy.
  • Mniej niż 4 proc. śledztw kończy się ukaraniem sprawców.
Patria, socialismo o muerte! – ulubione hasło wenezuelskiego prezydenta – zaczyna się realizować. Od końca.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82