| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

BloGalaxia

niedziela, 01 września 2013

Gran Misión Vivienda - ostatni chyba, wielki socjalny projekt Hugo Cháveza - mieszkania dla najuboższych. Wielka duma chavistów w Wenezueli i na świecie. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda rzeczywiście pięknie - oto wyciągamy biedotę ze slumsów i dajemy im "nowoczesne" mieszkania. Mieszkania z łazienkami, kuchniami, klatkami schodowymi i adresem pod który można trafić.

Program wystartował w 2011 r. Nieżyjący już Wiecznie Żywy Dowódca Rewolucji ogłosił jego powstanie tymi słowami:

Tworzymy nowy rządowy program - Wielką Misję Mieszkanie Wenezuela. Jaki jest jej cel? Jej najwyższym celem jest życie! Aby żyło się żyjąc, aby zapewnić potrzeby życiowe, potrzeby pełnego życia
Program ten jest potępieniem kapitalizmu, który skazał biedny Lud na ubóstwo, na mierne slumsy, na nędzne dzielnice, na to aby żyło się umiejając.
Rewolucja dawać będzie Ludowi wenezuelskiemu każdego dnia więcej i więcej życia. Abyśmy żyli żyjąc.

Od tego czasu, wg. oficjalnego stanu z połowy sierpnia, oddano do użytku w całej Wenezueli ponad 415 tys. takich socjalnych mieszkań. 415 tysięcy rodzin przeprowadziło się ze slumsów do nowo wybudowanych budynków.

Więc co? Rzeczywiście sukces? Moim (i nie tylko moim) zdaniem, niezupełnie...

Pomijam fakt, że - ideologicznie - nie podoba mi się rozdawanie czegoś przez Państwo. I nie dlatego, że jestem przeciwnikiem Państwa opiekuńczego. Bo nie jestem. Po prostu, używając wyświechtanego porównania, ludziom głodnym powinno się dawać wędki, a nie ryby. Bo takie rozdawanie prezentów jest demagogiczne i demoralizujące. Zamiast stworzyć ludziom warunki do godziwej pracy, do rozwoju, chavistowski rząd hoduje sobie wegetującą, ale wierną grupę, żyjącą na państwowej kroplówce. Zamiast pracować, siedzą całymi dniami w ministerstwach, urzędach i partyjnych kolektywach, "załatwiając sobie" bon na lodówkę, mieszkanie, samochód, rentę, pomoc socjalną... Dochodzi do sytuacji, że ludzie mają relatywnie dobrze wyposażone mieszkania i samochody, choć tak naprawde nigdy nigdzie na stałe nie pracowali.

A że niestety Państwo nie jest w stanie pomóc wszystkim, to inni (większość) charują od dna do nocy za śmieszne pieniądze, często bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Czyli po prostu mamy utrwalaną przez władze niesprawiedliwość społeczną.

Bo to nawet nie jest tak, że Państwo pomaga najbiedniejszym. Nawet gdyby chciało, to jest to chyba niemożliwe. Bo jak np. wybrać kto z ponad 2,5 miliona osób, które mieszkają w slumsach w samym tylko Caracas, zasługuje na pierwszeństwo w pomocy? Państwo pomaga więc najwierniejszym. Tym którzy zapisali się do Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli, tym którzy mają gdzieś jakiegoś znajomego, czy wreszcie tym którzy zapłacili łapówkę.

Tak się stało, że od pewnego czasu - zawodowo - mam często kontakt z robotnikami budowlanymi. Większość z nich mieszka właśnie w mniej lub bardziej cywilizowanych slumsach (slums, slumsowi nierówny - są takie, po których można w ciągu dnia chodzić bez obaw, są też inne, w które nawet służby mundurowe boją się wjeżdżać. Ale to temat na inną notkę...). I często opowiadają o tym jak boliwariańska "pomoc socjalna" wygląda od podszewki. O łapówkach i zobowiązaniach, które generuje.

I tak np. zdecydowana większość mieszkań w Gran Misión Vivienda to przede wszystkim klucze. Nie ma żadnego aktu własności, ani umowy. Podarowanego mieszkania nie można sprzedać. Z jednego getta, trafia sie do drugiego - państwowego. I Państwo każe sobie nieustannie okazywać wdzięczność za swoją hojność. Wiec poparcia dla rządu - obecność obowiązkowa. Wybory - głosować trzeba na naszego kandydata. Niektórzy robotnicy pokazywali mi zdjęcia, które kazano im robić telefonem w wyborczej izolatce podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Bo, jak usłyszeli od "działaczy społecznych" jeśli nie będą mieli dowodu na to, że zagłosowali na właściwiego kandydata, to będą musieli mieszkanie opuścić.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze druga strona medalu. Techniczna. Czyli jakość oddawanych mieszkań. W centrum Caracas postawiono kilka rzeczywiście dość architektonicznie ciekawych, "sztandarowych" budynków mieszkalnych, zaprojektowanych przez renomowanego wenezuelskiego architekta-komunistę Dario Fruto-Vivasa. To tam wożone są zagraniczne delegacje, to je pokazuje się na propagandowych zdjęciach. Prezentują się rzeczywiście ładnie. Ale jest ich zaledwie kilka.

Zdecydowana większość to budowane w pośpiechu baraki, pawilony lub domki. Większość ze skazą. Na prowincji są np. tzw. petrocasas, czyli domki składane z prefabrykatów z tworzyw sztucznych. Podatne na pożary i wg. niektórych niezależnych badań zawierające zdecydowanie rakotwórcze substancje.

typowa "petrocasa", fot: AVN

typowe osiedle z petrocasas (fot: AVN)

W Caracas są też gigantyczne bloki, budowane przez rosyjskie i białoruskie firmy, wciśnięte między sortownię śmieci i jednostkę wojskową, które - jak twierdzi znajomy inżynier, zupełnie nie spełniają wenezuelskich norm antysejsmicznych. Zresztą jeden z nich, nawet bez trzęsienia ziemi, ostatnio się częściowo zawalił. Na szczęście przed oddaniem do użytku.

Są też i budynki mniejsze. Ale też szybko zamieniające się w rudery. Bo budowano w pośpiechu, bo rozkradziono część materiałów budowlanych, bo źle utwardzono teren. Zdarza się, i to wcale nie tak rzadko, że w ofiarowanym, wystanym w kolejkach i opłaconych łapówką mieszkaniach warunki szybko staja się gorsze niż w slumsie, które ono zastąpiło. I sytuacja staje się jeszcze bardziej dramatyczne. Protesty nie są tolerowane, bo prezentu się nie krytykuje. O nowe mieszkanie nie można się ubiegać, bo przecież Państwo już sprezentowało "godne lokum".

Tymczasem to "godne lokum" wygląda często tak:

fot: Fernando Campos/Cadena Capriles

I nie, to nie są zdjęcia z budowy. To są zdjęcia osiedla, które zostało oddane do użytku na przełomie 2011 i 2012 roku. Czyli jest nowe. Ale już się wali. Jego mieszkańcy mieli w sumie na tyle szczęścia, że znajduje się ono w Caracas i warunkami tam panującymi zainteresowała sie w końcu prasa. Oczywiście nie ta prorządowa, ale szum się zrobił na tyle głośny, że kilka dni temu władze podjęły decyzję o tymczasowej ewakuacji mieszkańców niektórych budynków. Będą naprawiać...

Droga do obiecanego przez Hugo Chaveza socjalistycznego raju XXI wieku jest jednak kręta. I coraz bardziej wyboista... Coraz bardziej jestem przekonany, że kończy się przepaścią.

Jedno jest pewne - nudno w tej Wenezueli nie jest!

piątek, 14 września 2012

Atmosfera w Wenezueli gęstnieje. Czuć w powietrzu, że za niespełna miesiąc będą się ważyć losy tego kraju. I albo pozostaniemy w chavistowskim bagnie, albo... będzie szansa na zmianę.

Kibicuję bardzo Radonskiemu. I nie dlatego, że ma polsko-żydowskie korzenie. Ani nawet dlatego, że bardziej przekonuje mnie jego program polityczny. Po prostu dlatego, że trzeba spróbować czegoś innego.

Po 13 latach rządów Hugo Chaveza widać, że rewolucyjna formuła się nie sprawdziła, że jedynym jej namacalnym efektem jest wszechobecna korupcja i - poniekąd z niej wynikający - jeden z najwyższych na świecie wskaźników przestępczości.

Ostatnie sondaże wskazują, że walka o prezydencki fotel będzie zacięta. I wszystko może się zdarzyć.

Pytanie tylko, czy Chavez oraz otaczający go bandyci w mundurach, zbijający fortuny na handlu narkotykami, pozwolą aby wygrał kandydat opozycji, nawet jeśli poprze do większość? Nie jestem, niestety, tego pewien...

niedziela, 05 sierpnia 2012

Najwyższy chyba czas na przebudzenie. I na przeprosiny. I wyjaśnienia.

Przebudzenie z blogoletargu, który trwał - aż głupio mi to napisać - ponad pół roku. Przeprosiny zaś należą się czytelnikom Podróży na Południe - oczywiście jeśli takowi jeszcze pozostali. A wyjaśnienie jest tylko jedno - od stycznia jestem... dumnym ojcem polsko-wenezuelskiej dziewczynki! Mniej więc mam czasu na wszystko, zwłaszcza na bloga.

Na szczęscię jednak powoli otrząsam się z szoku większej rodziny, zmieniania pieluch, jeżdżenia do pediatry i nieprzespanych nocy. Po ośmiu miesiącach, powoli doba zaczyna się wydłużać i ponownie czasem mam trochę czasu dla siebie. Więc niewykluczone, że Podróż na Południe ożyje, choć pewnie nigdy nie będzie tak aktywna jak kiedyś.

No dobrze - dosyć tej prywaty. Czas przypomnieć wciąż miłościwie panującego w socjalistycznym wenezuelskim raju (w którym średnio morduje się 50 osób tygodniowo) Hugo Cháveza. Otóż istnieje bezprecedensowa możliwość wysłania wenezuelskiego prezydenta do... Baracka Obamy. Wenezuelski caudillo zdobi bowiem jedną z ironicznych elektronicznych kartek urodzinowych jakie przygotował Republican National Committee - komitet polityczny Partii Republikańskiej.

Republikanie nawiązują w niej do niedawnej wypowiedzi Obamy, który podczas wywiadu udzielonego jednej z hiszpańskojęzycznych telewizji w Miami stwierdził:

To co pan Chávez robił w ostatnich latach nie stanowiło zbyt wielkiego zagrożenia dla naszego narodowego bezpieczeństwa. Moim głównym zmartwieniem, jeśli chodzi o Wenezuelę, jest to aby jej obywatele decydowali o losach swojego kraju, czyli - innymi słowy - czy zobaczymy tam w końcu uczciwe i wolne wybory. Bo nie zawsze takie one tam były.

Słowa te bardzo rozsierdziły wielu republikańskich polityków i komentatorów, którzy zarzucili prezydentowi że niebezpiecznie minimalizuje zagrożenie jakie stanowi wenezuelski przywódca. Wypominając, oczywiście, że Chavéz otwarcie wspiera wrogie USA reżimy w Syrii i Iranie, że terytorium jego kraju jest azylem bezpieczeństwa dla organizacji terrorystycznych i narkotykowych bossów, że Wenezuela wraz z Kubą stara się propagować w Ameryce Łacińskiej "antydemokratyczną boliwariańską rewolucję". Republikański kontrkandydat Obamy w najbliższych wyborach, Mitt Romney, nazwał wręcz słowa prezydenta "głupimi".

Zgadzacie się z Republikanami, czy z Obamą? Jeśli z tymi pierwszymi, to kartkę z Chávezem możecie wysłać Obamie TUTAJ. Amerykański prezydent będzie obchodził swe 51. urodziny w najbliższą sobotę.

środa, 28 grudnia 2011

Hugo Chávez ma raka, Lula ma raka, prezydent Brazylii i prezydent Paragwaju walczyli z chłoniakiem, teraz zdignozowano raka tarczycy u argentyńskiej prezydent Cristiny Kirchner. Jak u milionów innych ludzi na całym świecie. No ale zawsze można stworzyć jakąś konspiracyjną teorię, prawda? Wenezuelski caudillo zawsze był w tym bardzo dobry i, jak widać, nie wychodzi z formy:

To bardzo dziwne, że raka dostał Lugo, Dilma (Rousseff), ja i to akurat przed wyborami, później Lula, a teraz Cristina. Oczywiście nikogo nie oskarżam, niemniej korzystam z prawa do myślenia i wydawania opinii o tych bardzo dziwnych i trudnych do wyjaśnienia faktach. Bo rachunkiem prawdopodobieństwa naprawdę trudno to wytłumaczyć. A może w Stanach Zjednoczonych opracowali już technologię wywoływania raków, o której nikt nic teraz nie wie, ale dowiemy się o niej za 50, czy nie wiedzieć ile lat? Fidel (Castro) już dawno mi mówił, abym uważał z kim się spotykam, bo nauka poszła do przodu i można u kogoś zaszczepić jakąś chorobę. Fidel mi mówił - uważaj na to co jesz i pamiętaj, że maleńką igłą można zaszczepić niewiadomo co! Tak więc Evo Moralesie i Rafaelu Correa, uważajcie na siebie! A my i tak będziemy żyć i zwyciężymy. Dla Ameryki Łacińskiej!

Hugo Chávez Frías, podczas dzisiejszej Akademii Bożonarodzeniowo-Noworocznej Sił Zbrojnych Wenezueli

 

No w sumie może ma rację... Przynajmniej z Lulą walczącym z rakiem krtani. Były brazylijski prezydent przez dekady palił jak lokomotywa i nie można przecież wykluczyć, ze stała za tym jakaś amerykańska technologia. Marlboro chociażby...

Żarty na bok, bo Hugon Stany Zjednoczone wini nie tylko o prezydenckie nowotwory w Ameryce Łacińskiej. Dzisiaj stwierdził też, że to nikt inny jak Waszyngton stoi za demonstracjami w Moskwie i innych miastach Rosji, których uczestnicy protestują przeciw domniemanym fałszerstwom wyborczym podczas ostatnich wyborów do Dumy. "To imperium jankesów próbuje zdestabilizować Rosję, aby uzyskać światową hegemonię. I to samo będą chcieli zrobić w Wenezueli przy pomocy kreolskiej burżuazji!" - krzyczał dziś pułkownik. I wezwał siły zbrojne aby były w stanie podwyższonej gotowości i nie dopuściły do takiej sytuacji.

Czy to oznacza to, że jeśli w przyszłorocznych wyborach prezydenckich dokonane zostanie fałszerstwo, to wenezuelska armia będzie miała za zadanie nie dopuścić aby ludność wyszła na ulicę? 

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Witam po długiej przerwie! Tym razem mam jednak bardzo konkretne usprawiedliwienie - przez cały lipiec bawiłem w Polsce. Dawno nie spędziłem tyle czasu w ojczystym kraju i jeszcze dłużej nie byłem w nim w pełni lata. Choć akurat, mówiąc na marginesie, moje wspomnienie o polskim lecie było jakoś zupełnie inne od tego co mnie tam zastało. No ale przecież nie o polskim klimacie jest ten blog...

Do Caracas wróciłem wczoraj po południu. Wizytówka kraju, jaką powinno być wszędzie stołeczne lotnisko, co raz lepiej spełnia tu swą rolę - podróżnych witają brudne łazienki bez papieru toaletowego, gigantyczne kolejki do kontroli paszportowej, gbur sprawdzający ten dokument i rozmawiający równocześnie z kimś przez telefon komórkowy, ponad 40 minut oczekiwania na bagaż i banda cinkciarzy oferujących swe usługi (dolar za 7,5-7,9 boliwarów).

Przyznaję, że Wenezuela w ciągu tego ostatniego miesiąca bardzo się zmieniła. I nie mówię tu tylko o tym, że jest coraz drożej (np. w ubiegłym tygodniu urzędowa cena kurczaka wzrosła, z dnia na dzień, o drobne 38 proc.), ani o tym że pod moją nieobecność zamordowany został mój sąsiad i jego żona (zastrzeleni przed jego sklepem). Do takich zmian w sumie przywykłem i w sumie już ich nie zauważam (choć sąsiada szkoda, był sympatyczny, choć chavista-oportunista).

Nie, największe, zupełnie niespodziewane zmiany nastąpiły na szczycie skorumpowanej wierchuszki tego kraju. Jak pewnie już wiecie prezydent Hugo Chávez jest chory na raka. Wprawdzie nie wiadomo czego, ale ponoć rak jest. Choć wielu Wenezuelczyków wcale w to nie wierzy i twierdzi, że to perwersyjna strategia przedwyborcza - wzbudzić litość i współczucie przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Bo Chavez rzeczywiście bez obciachu gra swą chorobą na ludzkich emocjach. "Przyrzekam Wam, że będę żył. Muszę żyć aby dokończyć powierzoną mi misję rewolucyjnej transformacji kraju!" - powtarza do znudzenia. "Wygram i tą bitwę" - dodaje. Ckliwe to bardzo.

Choroba nie przeszkadza mu jednak w łamaniu konstytucji i w bezczelnym okłamywaniu swych poddanych. Bo złamaniem konstytucji było chociażby zwołanie posiedzenia rządu i podpisywanie ustaw w Hawanie, gdzie El Presidente poddawany jest leczeniu. Tymczasem ustawa zasadnicza mówi wyraźnie, że władzy nie wolno sprawować spoza granic kraju. No ale fakt, Hugon uważa przecież Fidela Castro za swego duchowego ojca i twierdzi, że Kuba to już nie zagranica.

Za sowieckiego sajuza było zresztą podobnie. W ZSRR mówiono przecież: kurica nie ptica, Polsza nie zagranica.

Teraz kłamstwa - Chavez wciąż nie ujawnił co dokładnie mu dolega. Opowiada o raku, ale bez żadnych konkretów. Więc Wenezuela huczy od plotek - że prostata, że jelita, że żołądek, etc. Co więcej, rząd w Caracas przez pierwsze kilkanaście dni zapewniał, że prezydentowi nie dolega nic groźnego, że operacja na Kubie była tylko drobnym zabiegiem bez wielkiego znaczenia. A polityków opozycji, którzy jako pierwsi odważyli sie wspominać publicznie, że jednak w kręgach władzy mówi sie o poważnej chorobie prezydenta, dyżurny Goebbels reżimu, czyli minister informacji Andres Izarra, wyzywał od zdrajców, hien i osób, które marzą o śmierci prezydenta. Nawet gdy szefowi wenezuelskiej dyplomacji wypsnęło się stwierdzenie, że "prezydent toczy batalię o swoje życie i zdrowie", Izarra tłumaczył, że to było przejęzyczenie, a Chavez jest w świetnej formie.

Dzisiaj juz wiemy jak ta "świetna forma wygląda". Właśnie tak:

Hugo Chavez bez włosów

Hugo Chavez przyznał, że z powodu chemioterapii zaczęły mu wypadać włosy i dlatego kazał się ogolić. Przy okazji podzielił się dość oryginalną myślą: "Wypadanie włosów jest znakiem, że chemioterapia jest skuteczna!". 

Prezydencka choroba przyniosła też inne zmiany. W ubiegłym tygodniu wenezuelski przywódca zarządził rezygnację z dotychczas podstawowego hasła swej boliwariańskiej rewolucji. Już nie będzie wykrzykiwania "Ojczyzna, Socjalizm bądź Śmierć!", czy "Ojczyzna Socjalistyczna bądź Śmierć". Prezydent musiał chyba nagle dostrzeć swą śmiertelność i pewnie się jej troche przestraszył, skoro stwierdził znienacka, że "nie przystoi tak banalizować śmierci".  Uznał, że nie może być jej w oficjalnych hasłach i zapewnił, że "Wenezuela jest krajem życia i miłości". Dotychczasowe hasło, wymalowane na setkach tysięcy murów i ścian, obecnie w każdych wojskowych koszarach, i widniejące na milionach oficjalnych druków i pism, ma jak najszybciej zniknąć.

Zmian jest jeszcze więcej - chory prezydent uznał, że nadużywanie czerwonego koloru jest jednak przytłaczające. I zarządził koniec ubierania wszystkich państwowych urzędników w czerwone koszulki i czapeczki. Oznajmił, że Wenezuela ma być wielokolorowa!Także ministrowie dostali prikaz rozstania się z, w ostatnich latach obowiązkowym, czerwonym kolorem.

Wenezuelczycy, i ja też, ze zdziwienia rozdziawiali gęby oglądając dzisiaj w TV transmisję z posiedzienia rządu. Otóż wszyscy ministrowie i sam prezydent byli pod krawatem i w garniturach! Tymczasem jeszcze kilka miesięcy temu, taki ubiór był absolutnie zakazany. Bo tak się przecież ubierają kapitaliści!

Szczyt szczytów i kolejna odmiana - prezydent Hugo przed kamerami nie używał dzisiaj- jak to zawsze miał w zwyczaju - jakiegoś ołówka, czy prostego długopisu. Dzisiaj prezydent podpisywał dokumenty majestatycznym długopisem Mont Blanc.

To co się nie zmieniło to polityczny dyskurs. Wenezuelski prezydent naśmiewał się dzisiaj z kryzysu w Stanach Zjednoczonych, toczył jad obrażając i wyzwając swych politycznych oponentów i jak zwykle ciepło mówił o swym "rewolucyjnym, libijskim bracie". Ministrowie jak zwykle musieli za nim chóralnie wykrzykiwać bojowe odzywki. Dzisiaj było to: "Niech żyje Libia! Niech żyje prezydent Muamar Khadaffi! Niech żyją!".

Jedno jest pewne - nudno w tej Wenezueli nie jest!

środa, 08 czerwca 2011

Dawno już nie zaglądałem za miedzę. Za tą dosłowną (czyli poza Wenezuelę), jak i tą i internetową (czyli na inne strony w sieci). Czas to wszystko naprawić.

  • Argentyna sparaliżowana. Lotniczo. W Chile wybuchł wulkan, a wiatr wszystkie prawie wyziewy zdmuchuje w stronę Argentyny. I wczoraj dodmuchał chmurę pyłu aż do Buenos Aires. Efekt jest taki, że w Patagonii ogłoszono stan wyjątkowy, samoloty po tym kraju nie latają, odwoływane są też loty zagraniczne z i do Buenos Aires. O wszystkim pisze tierralatina.pl.
  • Dwie dziewczyny ruszyły w podróż dookoła świata. W tej chwili turlają się przez Amerykę Południową. Mają już za sobą Argentynę, Chile, Peru i Boliwię. Ciekawie opisują swe wrażenia i spostrzeżenia. Zdarza sie wprawdzie, że powielają typowe i nie do końca prawdziwe gringo-stereotypy, że zbyt szybko wydają wyroki, czy po prostu się mylą (któż tego nie robi?). Niemniej wszystko dobrze się czyta i sporo jest w tekście interesujących wskazówek dla potencjalnych backapackersów.
  • Okazuje się, że można pracować dla jednego z najbardziej znanych, globalnych przewoźników i nie znać podstaw geografii. Polski oddział Air France umieścił Meksyk w Ameryce Południowej! O sprawie na blogu Sur del Sur.
  • W Peru zamknęło się polityczne koło życia. Jak? No bo patrzcie: Fujimori wygrał prezydenturę z Toledo, Toledo wygrał ją z Garcíą, García wygrał ją z Humalą, Humala wygrał z Fujimori! O tym wszystkim, o lękach i nadziejach związanych z tym wyborem, o tym czy prezydent-elekt Ollanta Nazionalsozialismus Humala będzie populistycznym pajacem w stylu Hugo Cháveza, czy może jednak pójdzie socjaldemokratyczną droga Luli da Silvy poczytać można (po hiszpańsku!) w wyśmienitej Macicy Marco Sifuentesa.

Miłej lektury.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95