| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

BloGalaxia

wtorek, 02 września 2014

Wszystkich, którzy czytali wpisy pojawiające się tu, sporadycznie, w ostatnich latach, zapraszam zupełnie do siebie, czyli na NOWĄ ZIEMIĘ. Tutaj, na Podróży na Południe, chyba już nic się nie będzie działo.

Maciej O. a.k.a. PolVen

poniedziałek, 30 maja 2011

Słowo daję, rewolucja! I bynajmniej nie mam namyśli tego pseudosocjalistycznego błota, w którym z lubością, od ponad 12 lat, tapla swych poddanych Hugon Chávez Frías.

Prawdziwa rewolucja rozpoczęła się na wenezuelskich drogach! Poinformował o niej, kilka dni temu, na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej, komisarz Luis Fernández, dyrektor Narodowej Policji Boliwariańskiej. Otóż na północy kraju, w stanie Falcón, na drodze między Morón i Coro, skontrolowany został niedawno lokalny autobus. W wyniku owej kontroli, 41-letni kierowca, Ramón Alirio Parra García, stracił prawo jazdy na całe 12 miesięcy! Okazało się bowiem, że prowadzony przez niego autobus jechał zdecydowanie za szybko, z otwartymi drzwiami, mocno przeładowany pasażerami i na dodatek brakowało brakowało mu jednej opony w podwójnym tylnim kole, tzw. bliźniaku.

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Zapytacie się pewnie, gdzie w tym wszystkim kryje się rewolucja, która sprawiła, że o sprawie informował sam szef policji? Otóż w kraju totalnej samochodowej wolnoamerykanki i setek tysięcy pijanych i pijących za kierownicą kierowców, była to absolutna premiera. Nieszczęsny Ramón Alirio Parra García, raz na zawsze zapamiętany zostanie jako pierwszy w wenezuelskiej historii kierowca, któremu odebrano prawo jazdy za popełnione przewinienie!

Poza rocznym zakazem prowadzenia pojazdów ów kierowca będzie musiał też zapłacić 760 boliwarów mandatu, a jego pracodawca dodatkową karę 15200 boliwarów.

Informacja ta, nagłośniona przez wszystkie wenezuelskie media, miała - być może - spełniać rolę wychowawczą. Może komisarz Fernandéz w swej naiwności liczył, że przynajmniej część Wenezuelczyków z trwogą pomyśli: -Muszę bardziej uważać, przestrzegać przepisów, bo mnie też taka kara może spotkać!-?

Obawiam się, że zamierzony efekt nie został chyba osiągnięty. Chyba za bardzo Wenezuelczycy boją się swojej policji. I nie jest to bynajmniej strach podszyty szacunkiem, strach przed "stróżem prawa". Wenezuelczycy boją się policji, bo uważają jej funkcjonariuszy za do cna skorumpowanych, bezkarnych, bandytów. I nie są to lęki bezpodstawne. Doszło nawet do tak egzotycznej sytuacji, iż - bodajże w marcu tego roku - władze zabroniły, owianej najbardziej ponurą famą, stołecznej Policji Metropolitalnej, przeprowadzania kontroli samochodów. Zbyt często zdarzało się bowiem, że policjanci wykorzystywali je do okradania, czy nawet porywania kierowców.

Stopień zepsucia tej formacji był taki, że zaczęło to nawet przeszkadzać skorumpowanej centralnej władzy kraju. Ostatnio zdarzało się bowiem, że ofiarami bandytów w mundurach padali nawet członkowie rodzin czerwonych decydentów. Zdecydowano więc, że Policía Metropolitana zostanie raz na zawsze rozwiązana. Proces jej likwidacji rzeczywiście już trwa.

Myślicie, że jakoś to poprawi bezpieczeństwo w Wenezueli? Wenezuelczycy w to wątpią, ja z nimi. Chociażby dlatego, że funkcjonariusze rozwiązywanej, zepsutej formacji są... wcielani do nowej, czystej niby Narodowej Policji Boliwariańskiej. 

Czyli po raz kolejny wenezuelskie, rewolucyjne władze pokazują, ża albo mają ludzi za idiotów, albo same są totalnie zidiociałe wierząć, że gówno w nowym, bardziej kolorowym papierku przestanie być gównem? Tymczasem takich cudów nie ma - gówna w złoto nie zmieni nawet zmiana nazwy.

Pamiętacie wenezuelską denominację? Hugo Chávez zapewniał, że nowy boliwar będzie na tyle silny, że pokona inflację. I co? Nowy boliwar stracił, w ciągu 3,5 roku swego istnienia ponad 123 proc. swej wartości. Inflacja nadal pokonuje boliwara - w ciągu 3,5 roku istnienia nowej watuty, skumulowała się ona do ponad 123 proc. I wciąż jest najwyższa na kontynencie.

Wróćmy jednak do strachu przed stratą prawa jazdy. Wczoraj wracałem taksówką do domu. I pytam się kierowcy, czy teraz jeździ uważniej i np. zatrzymuje się z własnej nieprzymuszonej woli na czerwonym świetle? Spojrzał na mnie jak na wariata. "Dlaczego miałbym się zatrzymywać? Żeby mnie ktoś napadł?" - odpowiedział pytaniami na moje pytanie. "No ale prawo jazdy? Policja mówi, że zacznie drogowym piratom zabierać!" - nie dawałem za wygraną. Spojrzał na mnie jak na wariata. I wyjaśnił: -To straszenie to tylko dodatkowy argument dla policjantów wymuszających łapówki, nic więcej. Mnie to nic zupełnie nie obchodzi, bo mnie nie mają czego zabierać. Ja swoje zgubiłem kilkanaście lat temu i wciąż nie wyrobiłem sobie zamiennika. Bo po co?-

I w sumie ma rację, po co? Zdałem sobie sprawę, że ja też, już od kilku lat, jeżdżę po tym kraju bez ważnego prawa jazdy...

niedziela, 03 kwietnia 2011

Dawno, dawno temu - bardzo dawno - obiecałem na blogu Ani z Chicago, że napiszę jak karze się w Caracas, stolicy Wenezueli, niezdyscyplinowanych kierowców. Tych, którzy parkują swe samochody gdzie popadnie, z dala od miejsc do tego wyznaczonych.

Minęły ponad dwa lata - najwyższy więc czas obietnicę spełnić, nieprawdaż?

A problem złego parkowania w Caracas jest niebagatelny - w kraju najtańszej na świecie benzyny i rekordowej na kontynencie przestępczości samochód jest królem. Jeździ się nim wszędzie - do pracy, czy na uniwersytet, po zakupy, do knajpy, czy nawet do kiosku za rogiem po gazetę.  W tym mieście są setki tysięcy, jeśli nie miliony osób, które nigdy nie wyszły ze swego domu na piechotę. Ulica jest bowiem niebezpieczna, a samochód daje namiastkę ochrony. Często złudną.

W Caracas można jeździć po pijaku, można gnać 100 km/h przez miasto, nie zatrzymywać się na czerwonym świetle - na takie wykroczenia policja reaguje bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Są jednak dzielnice w których trzeba uważać na to jak się parkuje - bo za pozostawienie auta w złym miejscu może spotkać nas kara. Bardzo specyficzna i w sumie bywająca bardzo dotkliwa.

Jak myślicie, co robi tutejsza policja, jak karze? Mandat odpada, bo w kraju w którym nie istnieje pojęcie meldunku i prawie każdy ma w dokumentach adres inny niż ten pod którym mieszka w rzeczywistości, ściągalność takich kar byłaby zerowa. Odholowywanie na policyjny parking też nie jest rozwiązaniem, bo w wiecznie zakorkowanym mieście dojazd lawety na wezwanie policjanta trwałby wieki. I ile tych lawet musiałoby być? Podobnie ze szczękami.

Jak więc szybko i w miarę dotkliwie karać? W Caracas uznano, że najlepsze są... naklejki! Policjant widząc źle zaparkowany samochód najpierw czyści mu przednią szybę, a następnie... nakleja na nią płachtę z pouczającym kierowcę tekstem. Przed kierowcą, dokładnie w polu jego widzenia.

kara za złe parkowanie w Caracas

Na czym polega kara? A no na tym, że naklejka ma bardzo dobry klej, a sama jest wykonana z bardzo łatwo rwącego się materiału. I aby ją usunąć naprawdą mocno trzeba się natrudzić - to kilkadziesiąt minut skubania, skrobania i drapania. Jest to tak uciążliwe i czasochłonne, że widziałem już kozaków, którzy najwyraźniej śpiesząc się, jechali z przyklejoną z przodu karą i głową wystawiona przez boczną szybę...

kara za złe parkowanie w Caracas

Czy spotkaliście się, w jakimkolwiek innym kraju świata z podobnym karaniem złego parkowania?

PS: Przepraszam za kiepską jakość zdjęcia, ale wykonywałem je telefonem.

piątek, 28 stycznia 2011

Coś w tym jest, że stołeczne lotnisko jest zazwyczaj doskonałą wizytówką kraju. To w Caracas jest wręcz Wenezuelą w miniaturze - mało kto pracuje, wszyscy kombinują, jest brudno, w kiblach nie ma papieru toaletowego, a z wychwalających socjalizm billboardów na wszystko spogląda Słońce Narodu, Hugo Chávez.

Od czasu gdy cinkciarzem okazała się być pograniczna urzędniczka, której normalnym zadaniem jest sprawdzanie paszportów, wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie na tym lotnisku zaskoczyć. Ale jednak - boliwariańska rewolucja dba o niespodzianki. W ubiegłym tygodniu, gdy wróciłem do Caracas po kilku dniach spędzonych w jakże cywilizowanej, w porównaniu z wenezuelską stolicą Bogocie, główną siurpryzą okazał się być tłum ludzi kłębiący się w hali odpraw paszportowych. Przyzwyczajony już wprawdzie jestem, że w CCS nie można się spieszyć, jednak tym razem dyrekcja lotnisko postanowiła chyba sprawdzić jakie są limity cierpliwości podróżnych. To musiał być jakiś socjotechniczny eksperyment - bo naprawdę nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć dlaczego z kilkudziesięciu stanowisk do odpraw paszportowych otwartych było zaledwie 5. I to w momencie popołudniowego szczytu, gdy do Caracas przylatują wielkie maszyny z Europy, wypluwające ze swych kadłubów setki pasażerów.

Co ciekawe, choć pracujących pograniczników było tylko pięciu, kilkunastu innych funkcjonariuszy prośbą i groźbą próbowało przez cały czas zaprowadzić porządek wśród kłębiących i niecierpliwiących się tłumów. I choć Wenezuelczycy wydają się być na codzień coraz bardziej przyzwyczajeni, że rewolucyjna władza nimi pomiata, tym razem nerwy puściły wielu osobom - do moich uszu co rusz dobiegały jakieś pokrzykiwania o "gównianej rewolucji", "drugiej Kubie" i "czerwonych lizusach". Jest jeszcze nadzieja - pomyślałem - duch w narodzie mimo wsztstko nie ginie...

Czas dłużył się jednak niemiłosiernie... 56 minut - tyle dokładnie czekałem w ogonku do paszportowej kontroli. A gdy wreszcie do niej dotarłem funkcjonariuszka SAIME nawet na mnie nie spojrzała, tak bardzo była zajęta prowadzoną właśnie rozmową przez komórkę. I bynajmniej nie była ona służbową - z tego co słyszałem była to typowe "babskie" pogaduszki w stylu: "Bo wiesz, marica, ona już się z nim nie spotyka. Ponoć za mało czasu jej poświęcał. Wolał towarzystwo swych kolegów, a nie nasze!".

I w sumie mógłbym tego dnia wjechać do Wenezueli na paszporcie swej prababci. Albo Osamy Bin Ladena. Bo ona chwyciła tylko mój dokument między swe długie tipsy i nawet nie podnosząc wzroku, ani nie otwierając go na stronie ze zdjęciem, powoli kartkowała w poszukiwaniu wolnej strony. Jakby nie mogła swego nieszczęsnego stempla wbić obok innych, choćby nawet wenezuelskich. Nie, ona leciała kartka po kartce, tak długi aż w końcu odnalazła jedną z ostatnich nieskalanych żadnym tuszem. I to tam walnęła pieczęć. I zrobiła to jakoś tak, że zupełnie się ona rozmazała. Nie widać na niej nic, ani daty, ani miesjca przekroczenia granicy, ani nawet czy był to wjazd, czy wyjazd...

Czubkiem tipsa przesunęła paszport w moja stronę, nadal szczebiocząc do telefonu. Zrozumiałem, że mogę iść dalej.

Bałem się, że po takim oczekiwaniu na kontrolę paszportową mój bagaż będzie już zdjęty z taśmy i rzucony gdzieś w kąt. Ale gdzie tam - eksperyment socjotechniczny trwał nadal: wszyscy moi współpasażerowie z Bogoty zgromadzeni byli wokół wciąż nieruchomego podajnika. "Wybierają sobie co ciekawsze rzeczy" - rzucił ktoś pół żartem, pół serio. Na szczęście mnie to, tym razem, było zupełnie obojętne - w plecaku miałem wyłącznie brudne ciuchy...

Po kolejnych kilkunastu minutach urozmaiconych jedynie pytaniami "dolares?", "money change?" zadawanymi co rusz przez ubranych w czerwone koszulki pracowników lotniska, walizki zaczęły w końcu wyjeżdżać. Bagaż odebrany można więc ruszyć do... kolejnej kolejki. Tym razem do, także wystrojonej w gustowne wdzianka z rewolucyjnymi hasłami, służby celnej...

Gdy w końcu udało mi się wyjść z gmachu lotniska i zaczerpnąć tego duszącego, wilgotnego nadmorskiego powietrza, była dokładnie godzina i 45 minut po wyjściu przeze mnie z samolotu. To nowy rekord. Rewolucyjnej wydajności i organizacji pracy.

Ale to wszystko to w sumie pikuś w porównaniu z tym co na lotnisku w Caracas działo się w tym tygodniu. Choć w sumie, tak na dobrą sprawę to... nic się nie działo. Bo zgasło światło. I nawet nie w terminalu, ale na pasie startowym, częściowo stanęły też urządzęnia kontrolne. Bo zasilanie awaryjne choć jest, to nie zadziałało. Oczywiście.

Awaria trwała, bagatela, 9 godzin. W ich trakcie nic z Caracas nie wystartowało, a przylatujące samoloty odsyłane były na Margaritę, do Maracaibo, Bogoty i na Curaçao. W sumie, jak poinformował - uwaga! - pułkownik Jesus Viñas, dyrektor Rady Nadzoru nad Instytutem Międzynarodowego Portu Lotniczego w Maiquetía im. Szymona Boliwara, trzeba było zmodyfikować, bądź odwołać blisko 50 lotów.

Tak zupełnie na marginesie - ktoś może mi wytłumaczyć, dla czego zazwyczaj wszelkie lewicowe reżimy mają tendencję do tworzenia mega skomplikowanych nazw dla najprotszych nawet instytucji? Moim ulubieńcem jest Dyrekcja Generalna Narodowej Koordynacji Strażaków i Strażaczek oraz Administracji Sytuacjami Wyjątkowymi o Charakterze Cywilnym (w skrócie DGCNBBAECC) będąca jednym z departamentów w Ministerstwie Władzy Ludowej do Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości (MPPRIJ).

Ale wróćmy jeszcze do lotniska w Caracas. Prasa ujawniła, że tegotygodniowa awaria nie była odosobnionym incydentem. Wypowiadający się piloci zgodnie twierdzą, że lotnisko jest w fatalnym stanie. Od kilku miesięcy jest np. wyłączone z ruchu ostatnie 500 metrów głównej drogi strartowej, gdyż wybrzuszył się na niej asfalt. Z powodu uszkodzeń w płycie postojowej zamknięto też ostatnio dla największych samolotów dostęp do dwóch "rękawów" którymi pasażerowie wchodzą i schodzą z pokładu.

Dodajmy do tego, że Conviasa - narodowy przewoźnik lotniczy socjalistycznej Wenezueli odwoływał niedawno, przez prawie dwa tygodnie, niemal wszystkie swoje loty, z powodu protestu pilotów, twierdzących że ich firma nie przestrzega podstawych procedur bezpieczeństwa.

Na koniec jednak optymistyczny akcent. Jasno Świecącemu Słońcu Wenezueli, Ojcowi Dobrobytu Wszelakiego, towarzyszowi-prezydentowi Hugo Chávezowi, zebrało się w miniony weekend na szczerość. W swej coniedzielnej, wielogodzinnej pogadance stwierdził nagle, cytuję:

Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy są skorumpowani. Tak samo jak nie my wszyscy, państwowi urzędnicy, jesteśmy skorumpowani.

A może jednak zgrzeszył nadmiernym optymizmem? Zwłaszcza w tej drugiej części swej afirmacji. Szczególnie jeśli chodzi o Wenezuelę.

Żeby nie było, że na Podróży na Południe tylko Wenezuela i polityka... Dzisiaj trochę rozrywki, takiej telewizyjnej, bardzo komercyjnej i nie specjalnie ambitnej. Czyli czegoś co podoba się masom. Zarówno w Latynoameryce, jak i też w bardziej chłodnych klimatach, chociażby nad Wisłą.

Baila conmigo Paraguay to emitowana przez Telefuturo paragwajska wersja Tańca z Gwiazdami. Recepta jest identyczna - bierzemy gwiazdy i gwiazdeczki, dajemy im partnerów-tancerzy i niech się uczą. A publiczność niech patrzy i ocenia.

Skoro o Paragwaju mowa to, oczywiście, wśród konkurentek nie mogło zabraknąć słynnej kibicki Larissy Riquelme, ani gwiazdy Playboya Lilian Ruíz, czy biuściastej bokserki Pameli Vill... Żadna z nich nie okazała się jednak wirtuozką parkietu - do finału zakwalfikowały się: aktorka Andrea Quatrochi i piosenkarka Nadia La Kchorra Portillo.

Nastał dzień finału. Emocje sięgnęły zenitu... Program, jak zawsze, prowadził rozpalający zmysły większości Paragwajek, superprezenter Kike Casanova. Po wykonaniu trzech tańców przez każdą z par, ostateczny werdykt należał do głosującej SMSami publiczności. W oczekiwaniu na te rezultaty Andrea płakała, a Nadia spokojnie się uśmiechała. Obie wiedziały już dobrze kto wygrał, a kto przegrał - piosenkarka zatańczyła bowiem bezbłędnie, a aktorce nie wytrzymały nerwy i kilkakrotnie w finałowych dansach popełniła błędy. Tak wyraźnie, że publiczność w studiu gwizdała. Ogłoszenie werdyktu miało więc być formalnością...

 

 

Nie było. Po komunikacie Casanovy Nadia po prostu zemdlała, a Andrea z niedowierzania, płacząc, osunęła się na ziemię. Bo prowadzący ogłosił, że prawie 70 proc. głosów publiczności przypadło źle tańczącej aktorce!

W studiu zapanował chaos. Publiczność krzyczała, jurorzy nerwowo się naradzali, aż w końcu na scenę weszła nadzorująca uczciwość konkursu adwokat. I przekrzykując zebranych przyznała, że osoba przepisująca wyniki się pomyliła i odwróciła wyniki.

Rektyfikacja werdyktu tylko pogłębiła dramat - łzy Quatrochi stały się jeszcze większe. A Nadia i tak nie mogła się cieszyć - nie udało się jej ocucić i na noszach zabrano ze studia...

Aby wyjść z twarzą Telefuturo musiało sięgnąć do kieszeni. Andrea Quatrochi dostała całkiem niebagatelną nagrodę pocieszenia wysokości 50 milionów guaranis (prawie 11 tys. dolarów). Zwyciężczyni, Nadia Portillo, dostała z góry przewidzianą nagrodę główną, czyli 200 milionów guaranis. I po kilku dniach dodatkowy program telewizyjny w którym, już przytomna, mogła się cieszyć z wygranej.

Telefuturo już zapowiada nową edycję Baila conmigo Paraguay...

PS. Lepiej późno niż wcale - najlepsze noworoczne życzenia na ten 2011 rok!

niedziela, 26 grudnia 2010

Trwają bożonarodzeniowe Święta (wszystkiego najlepszego dla wszystkich czytelników Podróży na Południe!), więc myślę że nie ma nic bardziej stosownego jak dalszy ciąg wieści z raju. Oczywiście tego boliwariańskiego, gdzie Hugo Chavez jest nieznoszącym krytyki Bogiem.

Tak jak już pisałem boliwariańska Wenzuela jest niezwykle dumna z programów ochrony socjalnej ludu pracującego. Jej władze co rusz wbijają do robotniczych głów, że muszą być wdzięczne Bogowi za to, że pracują właśnie tu, a nie gdzie indziej. A już na pewno nie we wstrząsanych kryzysami Europie i Stanach Zjenoczonych! Bo tam kapitaliści-krwiopijcy tylko wysysają siły witalne z proletariatu. Tamtejsza ohydna i zdegenrowana burżuazja nic nie robi poza bezwstydnym bogaceniem się na pocie wyzyskiwanych robotników.

Dzieci w wenezuelskich podstawowych szkołach publicznych już się zresztą uczą, że tak samo okropnie było też w Wenezueli, zanim nie pojawił się wizjoner Chavez, jego boliwariańska rewolucja i gwarantujący wszystkim szczęście i sprawiedliwość socjalizm XXI wieku.

Jak bardzo ten raj jest rajski pokazują nam najnowsze, oficjalne dane Narodowego Instytutu Statystyki (INE). Otóż na koniec listopada 2010 roku stopa bezrobocia w Wenezueli wyniosła 7,7 proc. Czyli rzeczywiście jest niższa niż w USA i Eurozonie. I, co więcej, spadła w porównaniu z październikiem o ponad procent!

Oficjalne media reżimu Chaveza informacje o bezrobociu kończą w tym właśnie miejscu. My pogrzebmy jednak trochę głębiej w danych INE. I wygrzebmy chociażby informację, że wenezuelskie bezrobocie w listopadzie tego roku jest wyższe o 0,2 proc. niż było w listopadzie roku ubiegłowego. I to mimo, że na całym kontynencie trend jest dokładnie odwrotny i bezrobocie w porównaniu z rokiem 2009 wyraźnie się zminiejszyło.

Wygrzebmy też, że spośród tych którzy w Wenezueli pracują tylko 55,2 proc. robi to w sektorze formalnym. Pozostali, czyli 44,8 proc. pracuje w tzw. szarej strefie, czyli bez jakiegokolwiek kontraktu, osłony socjalnej, czy gwarancji zatrudnienia. Ale nawet ci formalnie zatrudnieni niekoniecznie mają powody do radości. Bo aż 16 proc. z nich dostaje na koniec miesiąca pensję minimalną, czyli – na dzień dzisiejszy –ok. 110 czarnorynkowych dolarów. Ci zatrudnieni na czarno często nie mogą liczyć nawet na tyle.

No ale biada temu, który będzie narzekał, czy – nie daj Boże – protestował. Nizadowolonym reżim bez wahania organizuje Śmigusa-Dygusa. Nawet w trakce Adwentu. Oto jak potraktowani zostali studenci i kadra profesorska Centralnego Universytetu Wenezueli, największej publicznej uczelni w kraju, którzy w przededniu Wigilii odważyli się protestować przeciw przyjętej właśnie nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, znoszącej uniwersytecką autonomię, ograniczającą rolę samorządu studenckiego i gwarantującą że „edukacja ma być w służbie rewolucji”: chavezowscy pretorianie nie zostawili na nich suchej nitki...

PS. W ostatnich dniach Jasno Świecące Śłońce Wenezueli śledziło oczywiście z dużą ciekawością i w wielkim napięciu wybory zorganizowane przez Wielkiego Sternika Białorusi – tego „wielkiego europejskiego lidera” i przyjaciela Wenezueli, Aleksandra Łukaszenkę. Jak przystało na wspierających się miłośników wolności i sprawiedliwości, depesza wysłana z Caracas do Mińska aż ugina się pod entuzjastycznymi epitetami i pochwałami. Aresztowania i pobicia opozycji, ekpresowe procesy bez prawa do obrony, osoby zaginione, dziennikarze w pierdlu – wszystko to w ocenie rządu Chaveza było – „wielkim dniem demokracji”. Widać w końcu wyraźnie jak wenezuelski caudillo pojmuje słowo demokracja. Biedna Wenezuela.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89