Ostatnie notki
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Przydatne:
Także moje:
Twórczy przyjaciele i znajomi:
Zaglądam w blogi:
Zmarłe blogi:
|
czwartek, 22 października 2009
Dzisiaj na murze, w samym centrum Caracas, widziałem dość frapujące hasło, napisane czerwonym sprayem: ¡Con Chávez robamos todos! Zupełnie nie wiem jak to interpretować. Czy to chwila euforycznej szczerości rewolucyjnego fanatyka, czy cyniczna krytyka kogoś zmęczonego powszechną korupcją i rozkradaniem wszystkiego? Obie opcje wydają mi się równie prawdopodobne. Z pierwszą przemawia lokalizacja hasła – centralna dzielnica Candelaria to raczej bastion chavizmu. Z drugiej strony jednak, rewolucjoniści nie będący hipokrytami, to gatunek niezwykle rzadki... A może napisał to antychavista, a chaviści nie zauważają w tym haśle nic zdrożnego? A może macie inne interpretacje?
>Technorati tags: Wenezuela, Caracas, polityka, Hugo Chávez. >Blogalaxia tags: Venezuela, Caracas, política, Hugo Chávez.
niedziela, 04 października 2009
Nie będę ukrywał, że posmutniałem. Bo choć, oczywiście, informacji tej już od kilku dni się spodziewałem, to jednak – tak jak wielu – jakoś po cichu liczyłem, że może to jeszcze nie teraz... Jednak nie – choć ludzie tacy jak ona powinni żyć wiecznie, Mercedes Sosa zmarła przed kilkoma godzinami w Buenos Aires. Czuję się tak jakbym stracił kogoś bardzo bliskiego. Bo w sumie Mercedes Sosa, jej piosenki i niepowtarzalny głos były mi bardzo bliskie. Z nimi uczyłem się hiszpańskiego, to dzięki nim zainteresowałem się bliżej poezją Pabla Nerudy... Zresztą link do jej strony internetowej znajduje się w bocznej szpalcie od samego początku istnienia tego bloga. „Najwspanialszy GŁOS Argentyny” – napisałem wówczas w opisie tego łącza. Niewykluczone, że dzisiaj napisałbym: Mercedes Sosa - najwspanialszy głos całej Latynoameryki. Po prostu. Bo gdybym musiał wybrać jednego, ulubionego latynoamerykańskiego muzycznego artystę, to pewnie wybór padłby właśnie na Czarną, bo właśnie tak – La Negra – najczęściej nazywają ją jej fani. Zresztą wystarczy spojrzeć na moje muzyczne statystyki:
Nikt chyba nie zrobił tyle co ona dla popularyzacji południowo-amerykańskiego folkloru, to ona wprowadziła go „na salony”. Mercedes Sosa była jedną z prekursorek czerpania muzycznych inspiracji w tradycyjnych melodiach Indian i odważnego mieszania najróżniejszych gatunków – tanga z muzyką sakralną, rocka z folkiem, rytmów brazylijskich z argentyńskimi. Czyli modne dzisiaj fusion, z kilkudziesięcioletnią antycypacją. O jej otwartości i muzycznej odwadze najlepiej chyba świadczy niekończąca się lista atrystów, których, w trakcie swej blisko 60-letniej muzycznej kariery, zaprosiła do wspólnych występów. Są wśród nich tak różni muzycy jak Shakira, Lila Downs, Julieta Venegas, Calle 13, Charly García, Fito Paéz, Caetano Veloso, Nana Mouskouri, Francis Cabrel, Luciano Pavarotti, Martha Argerich... Śpiewane przez nią Todo cambia, Sobreviviendo, czy Gracias por la vida zna chyba każdy Latynos. I choć to nie Mercedes Sosa utwory te napisała, czy skomponowała, to właśnie dzięki jej interpretacji stały się one prawdziwymi hymnami. A skompowana przez Ariela Ramíreza Misa Criolla (Msza kreolska) już chyba nigdy nie doczeka się lepszego niż jej wykonania. Długo się zastanawiałem jaki utwór wkleić do tej notki. Nic chyba jednak nie pasuje lepiej do dzisejszych okoliczności niż to – Si se calla el cantor (Gdy zamilknie pieśniarz): Si se calla el cantor Si se calla el cantor calla la vida Si se calla el cantor se quedan solos Qué ha de ser de la vida si el que canta, Si se calla el cantor muere la rosa, Que no calle el cantor porque el silencio, Que se levanten todas las banderas, Si se calla el cantor... calla la vida.
>Technorati tags: Argentyna, Mercedes Sosa, muzyka. >Blogalaxia tags: Argentina, Mercedes Sosa, música.
czwartek, 01 października 2009
Dzisiaj o 8 rano czasu warszawskiego usunięte zostało hasło broniące od kilku tygodni dostępu do tierralatina.pl. Możecie już bez ograniczeń wchodzić, czytać, komentować i rejestrować się. Nie wszystko jest jeszcze gotowe, wygląd też pewnie będzie ulegał zmianom, ale esencja tego co ma być już jest... Tierralatina.pl nie jest i nie ma być serwisem informacyjnym. To blog/portalik/strona internetowa (niepotrzebne skreślić) dla pasjonatów Ameryki Łacińskiej. Chciałbym pojawiały się tam wiadomości, dyskusje i tematy, na które nie ma, bądź jest mało miejsca w tradycyjnych polskich mediach. Polityka, sport, kultura, języki, turystyka, kuchnia, teksty poważne i zupełnie śmieszne, analizy polityczne, oraz historie zwykłych ludzi - każdy, mam nadzieję, znajdzie coś dla siebie. Zresztą już teraz zachęcam Was do poszperania w różnych działach. Dla regularnych czytelników Podróży na Południe sporo tekstów będzie oczywiście znajomych, bo przeniesionych z tego bloga, ale nie wszystkie. Nowości też są. Bowiem w tej przygodzie nie jestem sam. Tierralatina.pl jest i będzie tworzona przez kilka osób. Część z nich zna się osobiście, część wcale, ale wszystkich łączy latynoamerykańska pasja. Aktualną listę autorów znajdziecie w zakładce "O tierralatina.pl", znajdującej się w lewym górnym rogu. Nie jest ona bynajmniej definitywna. Mam nadzieję, że będzie się nieustannie wydłużać. Zresztą kilka kolejnych osób już się zgodziło i czekam na ich teksty. Innych chętnych zapraszam! Wszystkim dziękuję. Pamiętajcie też proszę, że regularne pisanie i dołączenie do redakcyjnej grupy nie jest jedyną formą dostania się na łamy tierralatina.pl. Kontynuowany tam będzie, rozpoczęty na tym blogu, cykl Innym Okiem - czyli Wasze relacje z latynoamerykańsko-karaibskich przygód i podróży, Wasze impresje i spostrzeżenia. Czekamy, oczywiście, na kolejnych chętnych! Zupełną nowością jest natomiast galeria Waszych zdjęć. Z Latynoameryki i Karaibów. Aby pochwalić się swymi fotografiami z regionu, wystarczy mieć konto na Flickr i przyłączyć się do istniejącej tam grupy tierralatina.pl. Pierwsi odważni już są! Zresztą do grupy przystąpić może każdy - nie trzeba mieś obfotografowanej Latynoameryki, aby dyskutować o fotograficznej pasji. Wreszcie, pojawiło się też forum. Czyli miejsce na nasze/wasze, wspólne dyskusje o wszystkim co ma związek z interesujacym nas regionem. Szukasz sprawdzonego noclegu w Quito? Partnera na wyjazd do Brazylii? Dobrej szkoły hiszpańskiego w Santiago? Czy może informacji o możliwości zakupu mieszkania w Buenos Aires? Zajrzyj tam, zapytaj. Są duże szanse, że ktoś odpowie. Nie ukrywam, że chciałbym aby tierralatina.pl stała się z czasem rozpoznawalną w polskim internecie marką, takim "centrum kompetencji" związanym z latynoamerykańsko-karaibskim regionem. To jednak może się udać tylko dzięki Wam i przy Waszej pomocy. Najlepsza bowiem strona, jeśli nie ma czytelników, nie ma skupionej wokół niej społeczności użytkowników, pozbawiona jest wartości. Czekamy więc w napięciu na Wasze reakcje, sugestie, komentarze. Tutaj, w komentarzach pod tą notką i na forum tierralatina.pl. Piszcie co Wam się podoba, a co drażni? Czego brakuje? Czy są jakieś techniczne kłopoty ze stroną? A może znaleźliście jakieś nieprzetłumaczone jeszcze z angielskiego komunikaty, czy formularze? Na jakie tematy czekacie? Wszystkich życzeń pewnie spełnić się nie da, ale będziemy się starali zaspokoić jak ich jak najwięcej. Tak jak już pisałem, ten blog - Podróż na Południe, w tej rewolucji nie zginie. Pewnie będzie trochę mniej aktywny i na pewno bardziej osobisty, taki bardziej "blogowy". Mam nadzieję, że nie oznacza to, iż mniej ciekawy. Tierra Incógnita działać będzie natomiast tak jak zawsze - zupełnie nieregularnie i zupełnie nielatynosko.
>Technorati tags: tierralatina.pl, blogosfera, internet.
sobota, 26 września 2009
Wiele razy już pisałem, że uważam iż Hugo Chávez minął się z powołaniem. Zamiast bufonowatym, aroganckim politykiem, powinien był zostać aktorem lub showmanem. Sukces miałby zagwarantowany, a i sympatyków pewnie i by miał więcej. A już na pewno mniej wrogów. Co równie ważne, Chávez-aktor mógłby do woli robić to, co robić przecież uwielbia: brylować na zagranicznych salonach, mizdrzyć się przed kamerami, rozdawać autografy i całusy – jednym słowem być gwiazdą. I nie byłoby wtedy żadnego ideologicznego rozdźwięku... A nie tak jak teraz – jestem rewolucjonistą, ale kocham bogactwo i splendor. Próżność wenezuelskiego prezydenta została mocno połechtana w minioną środę. Uczestniczący w nowojorskich obradach Zgromadzenia Ogólnego ONZ Hugo Chávez, stał się wieczorem gwiazdą amerykańskiego premierowego pokazu najnowszego filmu Olivera Stone, South of the Border. W Walter Read Theather zgromadziła się holywoodzka śmietanka, wśród której Chávez czuł się najwyraźniej jak członek rodziny. I tak, wchodząc na salę, wpadł w ramiona Danny’ego Glovera, eksklamując głośno i po angielsku „Hey Danny, my friend!” . Równie wylewnie i ochoczo przywitał się swą inną „starą znajomą” Susan Sarandon. Chyba jednak największym zaskoczeniem było spotkanie wenezuelskiego przeydenta z Courtney Love, kontrowersyjną wdową po Kurcie Cobainie, byłym liderze Nirvany. Oboje zaczęli się obściskiwać i obcałowywać, prawiąc sobie wzajemne komplementy, łechcząc sobie ego deklaracjami w stylu „Od dawna marzyłem/łam aby Ciebie poznać!”.
Jak to na tego typu imprezach bywa, szampan lał się strumieniami, a kanapeczki z kawiorem i łososiem pochłaniane były kilogramami. Prawdziwa boliburżuazja. Bo wszystko oczywiście przeplatane płomiennymi deklaracjami o rewolucji, walce z biedą i wyższości socjalizmu nad wszystkim. Chávez zresztą nie był jedynym obiektem adoracji. Na imprezie był też jego najwierniejszy, latynoamerykański uczeń – Evo Morales, który m.in. zachwycił zebraną publiczność stwierdzeniem, że „w Boliwii udało się nam pogonić opozycyjne, finansowane przez USA partie, ale jeszcze niestety mamy opozycję w postaci prasy”. Była też oczywiście prezentacja samego filmu, który też już miałem okazję zobaczyć. Niestety nie z Chávezem w Nowym Jorku, ale z płyty kupionej na ulicznym, latynoskim straganie. Jak się spodziewałem – Stone nie zaskoczył. Nakręcił sprawną filmowo, absolutnie bezkrytyczną hagiografię, w stylu swego poprzedniego latynoskiego filmu, Comandante, o Fidelu Castro. Trudno mi jednak powiedzieć do kogo jest South of the Border jest adresowany, jaki jest cel tego filmu? Bo raczej nie jest to żaden, jak mawiają Amerykanie eye opener (przyznacie, że „otwieracz oczu” brzmi dziwnie). Przeciwnie, mam wrażenie, że zadeklarowanych miłośników Cháveza film doprowadzi do stanów bliskich orgazmowi, a jego krytyków i tak utwierdzi, że wenezuelski prezydent jest przede wszystkim sprawnym satrapą, cynikiem i manipulatorem. Jak dla mnie, filmowi Stone’a krzycząco brakuje śladowego choć obiektywizmu. Reżyser postawił tezę i robi wszystko aby ją udowodnić. Coś à la Michael Moore. Jednak ten ostatni robi to z większym wdziękiem, poczuciem humoru i chyba jednak bardziej obiektywnie. Bo przynajmniej dopuszcza do głosu oponentów. U Stone’a jest poważnie, z nadęciem i zupełnie jednostronnie. Film miał pokazać jak zacietrzewione w swym antychaviźmie są amerykańskie media. Jak bardzo nie lubią one lewicy i jak często niepotrzebnie i głupio demonizują latynoskich „rewolucyjnych” przywódców. I rzeczywiście to w filmie Stone’a widać. I czasem jest to rzeczywiście żenujące, oraz urągające ludzkiej inteligencji. Problem w tym, że 80 proc. (jeśli nie więcej) krytycznie pokazywanych w filmie „amerykańskich mediów” to po prostu Fox News – stacja otwarcie populistyczno-konserwatywno-prawicowa. I choć jest ona w USA rzeczywiście popularna, to jednak (na szczęście) nie jedyna. I, sądząc po wynikach ostatnich amerykańskich wyborów prezydenckich, wcale nie tak opiniotwórcza. To mniej więcej tak, jakby zrobić film o Polsce opierając się na Radiu Maryja i jego zwolennikach. Też byłoby śmiesznie-straszno i na pewno nie schlebiałoby to ani wizerunkowi naszego kraju, ani jego mediów. Zresztą myśle, że mogłoby być równie ciekawie, gdyby Stone zrobił drugi film o reżimowych stacjach telewizyjnych Hugo Cháveza... Bo o obiektywizm to się one nawet nie ocierają, o profesjonaliźmie już nawet nie wspominając. No ale wiadomo, że Oliver Stone takiego filmu nie zrobi. Chociaż? Fidel Castro doczekał się drugiej, troszkę bardziej krytycznej, części filmu o sobie. Może Hugona też to czeka? Pomarzyć zawsze można...
PS. Od kilkunastu godzin działa już forum tierralatina.pl – zapraszam. >Technorati tags: Wenezuela, Hugo Chávez, Oliver Stone, South of the Border, Courtney Love.
środa, 23 września 2009
Wbrew temu co może sugerować tytuł, tym razem wcale nie będzie o polityce. Nie mam bowiem na myśli ani rewolucji boliwariańskiej, ani nawet kubańskiej. Chodzi mi tylko i wyłącznie o... blogorewolucję. Nie ukrywam, że już od dłuższego czasu czuję się trochę ciasno w dotychczasowej formule tego bloga. Najbardziej frustruje mnie krótki „okres życia” publikowanych notek, ich ulotność. Tekst, który znika z pierwszej strony bloga właściwie przestaje istnieć. Co oczywiście jest do zaakceptowania w przypadku wpisów dotyczących bierzących wydarzeń politycznych, ale już znacznie mniej jeśli chodzi o bardziej uniwersalne i dłużej aktualne teksty o historii, języku, kulturze, czy też te będące turystycznymi relacjami. Tak samo gasną Wasze dyskusje, często szalenie ciekawe i wartościowe. Dlatego właśnie nadchodzą zmiany. Duże. Nowa tierralatina.pl będzie taka trochę bardziej portalowa niż blogowa, lepiej eksponująca zdjęcia i inne multimedia, o znacznie łatwiejszej nawigacji wśród tekstów archiwalnych. A także, co jeszcze ważniejsze, otwarta na innych autorów, inne tematy, opinie i spojrzenia. I to w znacznie szerszym zakresie niż dotychczasowy cykl Innym Okiem. Z oficjalnym anonsem poczekam do premiery nowej strony, ale już mogę powiedzieć że na regularną współpracę z tierralatina.pl zgodziło się kilka osób. Gdyby bylo kolejni chętni to zapraszam. Zapraszam też wszystkich do dzielenia się i chwalenia się zdjęciami z Ameryki Południowej i Karaibów. A także do dyskusji o nich. Założyłem już w tym celu odpowiednią grupę na Flickr. Wrzucajcie na nią, proszę, swoje zdjęcia z tego regionu. Ich miniaturki pojawiać się będą na tierralatina.pl linkując automatycznie do Waszych flickrowych galerii. Co jeszcze? Sprawa najważniejsza. Potrzebuję beta-testerów. Czyli osób chętnych do zapoznania się, testowania, używania i krytykowania nowej, wciąż jeszcze roboczej i zamkniętej dla świata, wersji tierralatina.pl. Jeśli macie na to ochotę i jesteście ciekawi zmian to proszę o maila (mój blogowy nick (małpa) gazeta.pl). Kilkanaście osób dostanie hasło otwierające sezam. :) Podróż na Południe, czyli ten blog, w tej rewolucji – mam nadzieję – nie zginie. Nie mam jeszcze do końca wykrystalizowanego pomysłu na niego, ale pewnie stanie się bardziej... blogowy. Czyli osobisty i subiektywny. Tierra Incógnita też będzie nadal funkcjonować i pewnie w zupełnie niezmienionej formie – jako przestrzeń poświęcona na rzeczy zupełnie nie związane z Ameryką Łacińską.
>Technorati tags: tierralatina.pl, internet, blogosfera. >Blogalaxia tags: tierralatina.pl, internet, blogosfera.
poniedziałek, 21 września 2009
Kolumbijski prezydent Alvaro Uribe oficjalnie zapowiedział rychłą likwidację Administracyjnego Departamentu Bezpieczeństwa – wszechmocnej i w dużej mierze bezkarnej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego tego kraju. Departamento Administrativo de Seguridad, czyli znany każdemu Kolumbijczykowi DAS, to - zdaniem wielu - prawdziwe państwo w wewnątrz kolumbijskiego państwa. Ta gigantyczna superagencja, to więcej niż polskie ABW, CBA, BOR i Straż Graniczna razem wzięte. DAS odpowiedzialny jest w Kolumbii m.in. za kontrwywiad i wywiad, za administracyjną kontrolę ruchu granicznego, za wydawanie wiz, za walkę z przemytem narkotyków, za ochronę sądów i polityków, za walkę z grupami paramilitarnymi i kontakty kraju z Interpolem. Wszyscy jego funkcjonariusze mają prawny statut agentów wywiadu, a kierownictwo DAS odpowiada wyłącznie przed prezydentem. Problem w tym, że jak to przyznał sam Uribe, nawet prezydent nie wie dokładnie co i jak DAS robi, a o niektórych jego akcjach dowiaduje się po fakcie, często dopiero z doniesień prasowych. Na dobrą sprawę DAS jest wszechmocny i poza wszelką zewnętrzną kontrolą. A taka sytuacja, siłą rzeczy, prowadzi do nadużyć. W ciągu dotychczasowych 49 lat istnienia DAS, jego funkcjonariusze, a czasem wręcz szefowie, zamieszani byli w olbrzymią ilość afer, przestępstw i nadużyć. Przemyt narkotyków, korupcja, morderstwa i egzekucje, sprzedawanie tajemnic państwowych to tylko niektóre z niekończącej się listy zarzutów. DAS brał także udział w kampaniach wyborczych usuwając, bądź kompromitując niewygodnych kandydatów. Bo DAS wie o kolumbijskich politykach wszystko – jego funkcjonariusze zapewniają 24-godzinną ochronę ministrom, senatorom, deputowanym i szefom największych partii. Także tym z opozycji. Wielu z nich wielokrotnie się już skarżyło, że bardziej niż ochrona, oficerów DAS interesuje treść prowadzonych przez nich rozmów, czy posiadane przez nich dokumenty... DAS szpiegował także ochranianych przez siebie sędziów, podsłuchiwał dziennikarzy, śledził obrońców praw człowieka. Efekt tego jest taki, że czterech ostatnich dyrektorów DAS jest obecnie obiektem śledztwa, a jeden na jego efekty już czeka za kratkami. Miarka się jednak przebrała i wszystko to ma się skończyć. Albo, przynajmniej, w dużej mierze zostać ograniczone. Nowo mianowany przez Alvaro Uribe szef DAS, Felipe Muñoz, ma przed sobą właściwie tylko jedno zadanie – w ciągu 8 miesięcy doprowadzić do rozbiórki tej superagencji. Ma zostać ona zastąpiona znacznie mniejszą instytucją, o ograniczonych prawach i większej nad nią kontrolą cywilnych organów władzy.Wiele dotychczasowych kompetencji DAS zostanie też przeniesionych do innych urzędów i formacji, jak chociażby policja, czy Ministerstwo Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych. Taka reforma aparatu bezpieczeństwa została w dużej mierze wymuszona przez Waszyngton, który wielokrotnie krytykował Bogotę za nadużycia popełnianie przez DAS. Amerykańscy Demokraci wymieniali je m.in. jako jeden z powodów, dla których odmówili poparcia dla promowanego swego czasu przez administrację prezydenta Busha, traktatu o wolnym handlu z Kolumbią. Szczególnie przez nich zostały wówczas napiętnowane prześladowania jakich są regularnie celem kolumbijscy liderzy związków zawodowych. I w których to prześladowaniach, zdaniem wielu raportów, DAS brało aktywny udział. Kolumbijska opozycja ma jednak spore wątpliwości, czy zapowiedziane zmiany rzeczywiście będą miały jakikolwiek efekt, czy też – przypadkiem – nie zmienią się tylko nazwy urzędów, a praktyki nie pozostaną te same. Ramiro Bejarano, który kierował superagencją w latach 80-tych, uważa z kolei że reforma rozmyje odpowiedzialność wobec nadużyć popełnionych w ostatnich latach. „Prostytuowali agencję, a teraz nikt za to nie poniesie odpowiedzialności” – krytykuje. Jego zdaniem najważniejsze jest to, aby zwiększyć kontrolę nad służbami. „One nie mogą być na wyłącznym pasku prezydenta. Bo nawet gdyby udało się doprowadzić do zmartwychwstania Matki Teresy z Kalkuty i namówić ją do kierowania służbami, to jeśli rząd będzie chciał nadal prowadzić jakąś brudną wojnę, problem wcale nie zniknie” – twierdzi Bejerano. Uribe nie jest jednak głuchy na te krytyki i zaprosił tego krytykującego go byłego szefa DAS do komisji ekspertów, która ma pomóc w reformie aparatu bezpieczeństwa. Polityczny manewr, czy szczera chęć reformy?
>Technorati tags: Kolumbia, DAS, polityka, Alvaro Uribe. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||