Ostatnie wpisy
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Polecam:
Przydatne:
Także nasze:
Twórczy przyjaciele i znajomi:
Zaglądamy w blogi:
Zmarłe blogi:
Tagi
|
wtorek, 20 lipca 2010
Brytyjski tygodnik The Economist dokonał niedawno, dość celnej i obiektywnej - moim zdaniem - diagnozy aktualnej sytuacji w Wenezueli. Polecam:
I jeszcze drugi materiał, wyłącznie audio, bez zdjęć:
Dla tych, którzy nad angielski przedkładają hiszpański mała osłoda na koniec - zręcznie grające słowami hasło przedwyborcze wymyślone przez Zapatę, popularnego wenezuelskiego rysownika: Bota la bota - vota! Odnosi się ono, oczywiście do zbliżających się, zaplanowanych na wrzesień, wenezuelskich wyborów parlamentarnych.
>Technorati tags: Wenezuela, wybory, polityka, The Economist, Hugo Chávez.
piątek, 16 lipca 2010
Boliburgesía to jeden z najpopularniejszych w ostatnich latach wenezuelskich neologizmów. Słowo powstało z jako skrót zwrotu burgesía bolivariana, czyli boliwariańskiej burżuazji. Oznacza ona tych wszystkich, którzy na wymyślonej przez Hugo Cháveza boliwariańskiej rewolucji ukuli potężne majątki. Często liczone w dziesiątkach milionów dolarów. Nie jest to, oczywiście, nic zasakującego. Taka już natura wszelakich rewolucji, że w ich trakcie niektóre fortuny upadają, inne się wzmacniają, a jeszcze inne powstają od zera. Zwłaszcza, że okazji do interesów w Wenezueli nie brakuje, bo pieniądze w tym kraju niewątpliwie są. Z samego tylko eksportu ropy do państwowych kas wpłynęło, w ciągu ostatnich 10 lat, niewyobrażalna wręcz suma ponad 700 miliardów dolarów. Najważniejsze tu jest wiedzieć z kim należy się podzielić. A potem – sky is the limit, żadnych kontroli pełna wolnoamerykanka – powiedział mi kiedyś pewien Belg robiący interesy z państwowym koncernem petrochemicznym PDVSA. Bo boliburgesía to nie tylko Wenezuelczycy. To nie tylko te setki znajdujących się u szczytu władzy prominentów, którzy – jak to kiedyś powiedział znajdujący się na lewo od Cháveza (są tacy) lokalny polityk Luis Tascón – „ubrani w czerwoną koszulę gadają przez kilka godzin dziennie o rewolucji, a potem wsiadają w opancerzony samochód z szoferem, który odwozi ich do domu mającego 1000 metrów kwadratowych, w którym czeka na nich zastęp służących”. Boliburgesía to także setki, jeśli nie tysiące prawdziwych biznesmenów, dla krórych rewolucja to po prostu okazja do interesów. Większość to, oczywiście Wenezuelczycy, ale są też wśród nich Amerykanie, Francuzi, jest sporo Hiszpanów, Szwajcarów, ostatnio też coraz więcej Rosjan, Chińczyków i Białorusinów. Obracają milionami dolarów - pośredniczą, doradzają, importują. Są szczęśliwi, że rewolucyjny rząd, swymi programami nacjonalizacji i kolektywizacji doprowadził do niemal całkowitej zapaści lokalnego rolnictwa i przemysłu. Szacuje się, że ponad 75 proc. sprzedawanych w Wenezueli towarów konsumpcyjnych jest obecnie sprowadzanych. Mleko z Brazylii, ryż z Ekwadoru, wołowina z nie wiadomo skąd ale na etykiecie też ma „importada”. Do tego jeszcze ta kontrola obrotu dewizowego! To dopiero jest szansa na bogactwo, jeśli ma się do nich dostęp dolarów po najniższej oficjalnej cenie, czyli za 2,6 boliwara. Na czarnym rynku dają za niego dzisiaj 3,2 raza więcej! Dzięki temu wystarczy niektóre towary tylko sprowadzać, nawet nie trzeba się później troszczyć o ich sprzedawanie. I tak się to opłaca. To dzięki temu właśnie w tych tygodniach zdumieni wybuchł skandal cuchnących kontenerów. Rząd starał się go zmieść pod dywan, ale smród jednak jest zbyt wielki... W całym kraju w portach i magazynach odnajdywane są tysiące porzuconych kontenerów z przeterminowaną żywnością i lekarstwami. W Puerto Ordaz cuchnie rozkładająca się brazylijska wołowina, w Maracaibo chińskie mleko, lista jest bez końca. Są to już dziesiątki tysięcy ton zepsutego żarcia, sprwadzonego w większości przez państwową sieć sklepów PDVAL. W desperackim geście władze w Caracas próbowały nawet ostatnio wysłać trochę tego świństwa na Haiti w ramach pomocy humanitarnej. Nie udało się jednak – bezczelni i niewychowani zajżeli darowanemu koniowi w zęby i odesłali statek z prezentami do domu. Wenezuelskie dary nie spełniały norm sanitarnych... Czerwonych burżuji łatwo poznać. Wielu, w naturalnym dla nuworyszy stylu, stara się epatować swym bogactwem. Czerwony hummer, czy srebrne porsche ze zdjęciem Cháveza na tylniej szybie nikogo tu chyba już nie dziwi.
Po co o tym wszystkim piszę? Ano bo jednak coś się zmienia. Być może jednak wenezuelska czerwona arystokracja zaczęła się jednak trochę wstydzić swych fortun? Zwłaszcza ta jej część, która teoretycznie żyje tylko z urzędniczej pensji, której wysokość w żaden sposób nie tłumaczy posiadanych rezydencji i opancerzonych samochodów. A może to nie wstyd? Może po prostu mają dosyć tego, że wścibska prasa na tyle jeszcze odważa się podnosić głowę, że wynajduje niedeklarowane nigdzie posiadłości w Miami, czy udziały w zupełnie nie socjalistycznych firmach? Wczoraj Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości w Caracas wydał decyzję, którą na pewno boliburżuazja przyjęła z ulgą – sędziowie uznali bowiem, że czas najwyższy skończyć z odziedziczonym po kapitaliźmie brzydkim zwyczajem ostentacyjnego interesowania się pieniądzem. I uznała, w swej decyzji numer 745 Izby Konstytucyjnej, że nie ma podstaw aby dalej upubliczniać wysokości zarobków, oraz deklaracje posiadanego mienia składane przez państowych urzędników. Rewolucyjni sędziowie uznali, że publikacja takich informacji stanowi... naruszenie intymności zainteresowanych. Que viva la Robolución! (to kolejny wenezuelski neologizm, którego znaczenie odcyfrujcie sami)
czwartek, 17 czerwca 2010
Z cyklu (polityczny) humor latynoamerykański...
>Technorati tags: Wenezuela, Boliwia, Hugo Chávez, Evo Morales, humor, dowcip. >Blogalaxia tags: Venezuela, Bolivia, Hugo Chávez, Evo Morales, humor.
sobota, 22 maja 2010
Jak to dobrze, że Evo Morales jest prezydentem Boliwii. Naprawdę bardzo się z tego cieszę! Nie wiem wprawdzie, czy gdybym był Boliwijczykiem moje zadowolenie byłoby równie duże. Prawdopodobnie nie. No ale ponieważ nim nie jestem, to nic nie mąci mej satysfakcji ze słuchania przemówień boliwijskiego prezydenta. Naprawdę, nikt na latynoamerykańskim kontynencie nie wnosi do polityki tak wiele radości, co szef Boliwijskiego Związku Hodowców Koki (Morales zachował, honorowo, ten tytuł, który przecież wyniósł do do władzy). Właśnie odkryłem na You Tube zeszłoroczny, ale jakże nowatorski kurs geografii i historii w wykonaniu boliwijskiego prezydenta:
Dla tych co nie znają hiszpańskiego... Evo Morales wyjaśnia, że dopiero co wrócił z Genewy, "Genewy w Hiszpanii" podkreśla, a następnie mówi na temat indiańsko-boliwijskiej tradycji stawiania oporu imperiom i imperializmowi. I wymienia Imperia, którym boliwijscy Indianie stawiali, bądź stawiają czoła: amerykańskie, brytyjskie, rzymskie... Ciekawe, prawda? Rewolucyjne wręcz... Pewnie wkrótce dowiemy się, że Germanie, którzy obalili Romulusa Augustulusa byli potomkami wielkiego Inki... :) Co najważniejsze, boliwijski prezydent nigdy nie traci formy. W ubiegłym miesiącu zaserwował światu kolejne rewelacje. Dowiedzieliśmy się m.in, że jedzenie kurczaków powoduje nadmierny wzrost biustu u jednych i homoseksualizm u drugich...
>Technorati tags: Boliwia, Evo Morales, historia, geografia.
środa, 14 kwietnia 2010
Tragiczna katastrofa nieopodal Smoleńska, w której w minioną sobotę zginął Prezydent Lech Kaczyński z żona i liczną delegacją stała się w Wenezueli... tematem dowcipów. Są one opowiadane, rozsyłane smsami, e-mailami. Dotarło do mnie już ich kilka. Oto te najpopularniejsze:
Inny, ale ta już tylko dla osób hiszpańskojęzycznych, bo opierający się na grze słów jest taki:
Bez komentarza.
PS. Wiem, że mam duże blogowe opóźnienia. Nie opublikowałem jeszcze nawet marcowych statystyk tierralatina.pl. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że w Wielkim Tygodniu zrobiłem sobie wakacje, oraz to że mam ostatnio potworne problemy z boliwariańskim dostępem do internetu. Częściej go nie ma, niż jest.
wtorek, 16 marca 2010
To jeden z tych wielu mailowych żartów, które zaczynają żyć własnym życiem. I stają się na tyle popularne, tak często przesyłane i cytowane na różnych blogach i internetowych portalach, że wielu jest przekonanych o ich autentyczności. Niestety nie. Robiący furorę w latynoamerykańskich skrzynkach mailowych, forach dyskusyjnych i na hiszpańsko i portugalsko języcznych blogach Dr. Paulo Ubiratan ze szpitala w brazylijskim Porto Alegre tak naprawdę nie istnieje. A szkoda. Poniżej zamieszczam tłumaczenie wywiadu jakiego miał on udzielić lokalnej telewizji. I który od wielu miesięcy jest rozsyłany, powielany, komentowany i chwalony przez miliony mieszkańców Ameryki Łacińskiej: - Doktorze, ćwiczenia aerobowe przedłużają życie, prawda? - Ludzkie serce jest tak „zaprogramowane”, aby uderzyć określoną ilość razy. Nie marnujmy więc tych uderzeń na ćwiczenia. Wszystko się przecież zużywa. Twierdzenie, że sport to zdrowie jest tak samo trafne, jak sugestia że szybka jazda samochodem przedłuży jego sprawność. Chcesz żyć dłużej? Zrób sobie siestę! - A co z mięsem? Czy rzeczywiście dla zdrowia należy jeść jak najwięcej owoców i warzyw? - Zastanówmy się nad logistyką pokarmu. Co je krowa? Trawę i kukurydzę, prawda? To przecież rośliny. Zjedzenie befsztyka jest więc niczym więcej jak bardzo efektywnym wprowadzeniem warzyw do naszego organizmu. A że nasze trawienie wspomaga jedzenie produktów zbożowych, od czasu do czasu warto też posilić się drobiem. - A czy należy ograniczyć spożycie alkoholu? - W żadnym wypadku! Wino robi się przecież z owoców. Z kolei brandy, czy cognac to przedestylowane wino, co oznacza nic więcej jak to, że z wyjściowych owoców zabiera się więcej wody, aby człowiek mógł je jeszcze lepiej wykorzystać. To po prostu skondensowane owoce. Z kolei piwo to produkt zbożowy. Trzeba je pić! - Jakie są korzyści z regularnych ćwiczeń fizycznych? - Tak jak już mówiłem – nie marnujmy serca. Nie należy naprawiać czegoś, co nie jest zepsute. Skoro się dobrze czujesz, to po co sobie komplikować życie. 15 minut seksu dziennie jest więcej niż wystarczające do utrzymania formy. - A co ze smażelinami? Ostatnio mówi się dużo o ich szkodliwości. - Nie, jeśli używamy oleju roślinnego. Produkty pochodzenia roślinnego są podstawą zdrowego żywienia. - No ale ćwiczenia pomagają na pewno w odchudzaniu? - Z tym też trzeba uważać. Bowiem intensywnie ruszane mięśnie mają przecież tendencję do wzrostu. Zobaczmy na takie wieloryby. Żywią się tylko planktonem, piją tylko wodę, cały czas się ruszają i jakie są grube! Poza tym pamiętajmy: zając cały czas biega, skacze ale żyje maksymalnie 15 lat. Z kolei żółw nie skacze, nie biega, porusza się powolutku, nic nie robi i żyje nawet 450 lat. Gdyby dużo chodzenia było zdrowe, to listonosze żyliby wiecznie! - A co z czekoladą? - Toż to kolejna roślina! Kakao jest wspaniałym pokarmem powodującym uczucie szczęśliwości. Jedzmy go jak najwięcej! I pamiętajmy. Życie nie powinno być podróżą do grobu w trakcie której tracimy czas na to, aby dotrzeć do niego cało i zdrowo, z atrakcyjnym, dobrze zachowanym ciałem. Znacznie lepiej poruszać się po tej drodze z piwem i chipsami w ręku, z dużą ilością seksu i nad grób dotrzeć wycieńczonym i zużytym, ale z okrzykiem: Było warto! Cóż to była za wspaniała podróż! :)
>Technorati tags: Ameryka Łacińska, Brazylia, humor, Paulo Ubiratan. >Blogalaxia tags: América Latina, Brasil, humor, Paulo Ubiratan. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||