| < Czerwiec 2013 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

BloGalaxia

niedziela, 14 kwietnia 2013

Dostalem w ostatnich dniach/tygodniach sporo maili z pytaniami dlaczego nic nie pisze skoro w Wenezueli sie tak wiele dzieje. Ale o czym mialem pisac? O tym ze w koncu przyznano ze zmarl Hugo Chavez pisali chyba wszyscy. Co moglem dodac? Ze z pewnym smutkiem stwierdzilem, ze po raz pierwszy w zyciu zupelnie nie bylo mi smutno z powodu czyjejs smierci, a nawet wrecz przeciwnie? Nie ma sie czym chwalic, uwazam.

A co mysle o tych dzisiejszych wyborach? Czy to wazne?

Nie wierze juz w wenezuelska demokracje. Nie wierze w to, ze struktury przestepczo-mafijne, ktore powstaly w ciagu ostatnich kilkunastu lat wokol chavistowskich rzadow, sa w tanie pozegnac sie z wladza. Nawet gdyby Capriles-Radonski otrzymal dzisiaj wiekszosc glosow. Co i tak pewnie sie nie stanie.

Ale Maduro dlugo prezydentem nie pozostanie. Nie ta charyzma, nie ten spryt/intelekt co Chavez. Zjedza go sami chavisci.

Nie, nie jestem optymista co do wenezuelskiej przyszlosci.

Tylko jedna informacja o tym jak wspaniala, sprawiedliwa i uczciwa jest boliwarianska Wenezuela. VTV, czyli rządowy (publiczny) kanal telewizji, nadal 3921 minut relacji poswieconych kandydaturze wskazanego przed smiercia przez Hugo Chaveza, Nicolasa Maduro. W tym samym czasie (od 2 do 11 kwietnia), kandydaturze Henrique Caprilesa Radonskiego ten sam kanal poswiecil... 23 minuty. A dzisiaj od rana pokazuje wywiadu z osobami wzywajcymi do glosowania na "kandydata rewolucji". Choc ordynacja kategorycznie zabrania prowadzenia agitacji w dniu wyborow. Mimo to, takze tuz przy lokalach wyborczych, dzialaja "punkty informacyjne". Czerwone, prorządowe. A służby mundurowe nic.

Rzygac sie chce.

PS. Od ponad miesiaca nie mam w domu internetu. Polowa budynku nie ma. A socjalistyczny, rewolucyjny provider jest gluchy na nasze prosby i apele. Ich samochod pojawil sie pod blokiem tylko raz. Okazało się, ze tylko po to aby zawiesic plakat Nicolasa Maduro na telefonicznym slupie. To tez jest jeden z powodow dlaczego nie pojawiaja sie tu ostatnio nowe wpisy. Bo pisanie bloga na ekranie telefonu, jak teraz, wygodne mimo wszystko nie jest.

Z rewolucyjnym pozdrowieniem...

niedziela, 17 lutego 2013

Pokazali go. Po 66 bodajże dniach i tylko na zdjęciu. Czyli teoretycznie wciąż żyje. Teoretycznie, bo rządzącej tym krajem bandzie nie można wierzyć. Tyle razy już kłamali, tyle razy zaprzeczali i dementowali rzeczy, które potem okazywały się prawdą, że i tym razem może być przecież podobnie.

I zupełnie bez znaczenia jest to, że Hugo Chavez trzyma w rękach aktualną kubańską, rządową gadzinówkę. Przecież w XXI wieku na zdjęciu pokazać można cokolwiek. Wenezuelski prezydent na zdjęciu równie dobrze mógbły czytać Nasz Dziennik ojca Rydzyka. Albo jakąś pornogazetkę. O, tak właśnie:

Hugo Chavez z córkami

A może to wręcz nie Chavez leży w tej hawańskiej klinice? Może jego córki tulą się przed obiektywem do kogoś zupełnie innego? O, tak właśnie:

Reasumując: tak, rzeczywiście nie wierzę w komunikaty o tym, że "Chavez rządzi krajem" (chodź zarazem "bohatersko walczy o swoje życie"), że "czuje się coraz lepiej" (choć "jego stan wciąż jest delikatny") i "jest w ciągłym kontakcie ze swoimi najbliższymi współpracownikami, debatując z bieżących problemach kraju i regionu" (choć "ma wprowadzoną rurkę w tchawicę, która znacznie utrudnia mu mówienie").

Co nie znaczy, że twierdzę że Hugon już nie żyje, lub jest w stanie agonalnym. Może tak, może nie. Tego nie wiadomo. I to jest w sumie najlepszy dowód na to, że Boliwariańska Republika Wenezueli nie jest normalnym demokratycznym krajem. Bo w normalnym demokratycznym kraju nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której prezydent znika na ponad 2 miesiące, a obywatele nawet nie wiedzą co mu tak naprawdę dolega. Bo natura nowotworu z jakim boryka się lider Boliwariańskiej Rewolucji nigdy nie została podana do wiadomości publicznej. Widać ten ponoć tak ukochany przez Chaveza lud nie zasługuje na taką informację.

Znamienne jest też to, że po ponad 12 rządów Chaveza, które - wg. oficjalnej propagandy przyniosły m.in. rewolucję w opiece zdrowotnej, nie ma w tym kraju najwyraźniej ani jednego szpitala wyposażonego na tyle dobrze, aby mógł się w nim leczyć prezydent. Na wszystkie opercje, terapie i nawet kontrole musi latać zagranicę. I wszystko to dzieje się w kraju, którego roczne przychody ze sprzedaży ropy naftowej sięgają 70 miliardów dolarów! Więc pieniądze są i Wenezuelę stać byłoby nawet na wybudowanie najnowocześniejszej kliniki onkologicznej na świecie. Ale po co? Lepiej kraść, przykrywając smród jakimiś nędznymi ochłapami rzucanymi w plebs w formie najczęściej mocno dyskusyjnych programów socjalnych. Taka chociażby budowa kliniki położniczej El Valle w Caracas trwa już ponad 10 lat. I choć prezydent już kilka razy zapowiadał jej "rychłą inaugurację", końca budowy nie widać. Ba, przejeżdzam obok niej dość regularnie, i ostatnio nawet nie widać żeby ktoś chciał tą budowę dokończyć.

A tak, to taka uwaga zupełnie na marginesie, wygląda izba przyjęć w szpitalu publicznym w Maturin, będącym najdroższym miastem Wenezueli (stolica stanu Monagas, gdzie wydobywa się znaczną część wenezuelskiej ropy), zdjęcie jest z ubiegłego roku:

Wracając do Chaveza i jego będącej tajemnicą państwową choroby - tuż za miedzą, w Kolumbii, kilka miesięcy temu u prezydenta też wykryto nowotwotorowe zmiany. Tylko, że tam natychmiast powiedziano jaka jest dokładna diagnoza, przedstawiono lekarzy, którzy mieli operować głowę państwa, ich szef wystąpił na konferencji prasowej i zwołał kolejną konferencję prasową tuż po operacji. Wszystko przejrzyste, jasne, nie pozostawiające miejsca na plotki i domysły.

W Caracas nie mówi się nic, a potem ministrowie oburzają się, że ludzie plotkują, media przedstawiają niesprawdzone wiadomości, etc. Kretyni najwyraźniej nie widzą, że sami, tą informacyjną blokadą, sami je podsycają. Bo ludzie mają przecież prawo wiedzieć jak się czuje ich prezydent, szczególnie gdy, de facto, sprawuje on w kraju jednowładztwo. I jeszcze ostatnio bombardują nas wszystkich różnymi wariacjami hasła: "Chavez jest ludem. Chaveza są miliony! Ty też jesteś Chavezem!".

Ja, na szczęście się nie poczuwam. Ale gdyby tak było to tym bardziej chciałbym wiedzieć co mi dolega!

Tymczasem na ulicach Caracas wypatrzyłem już wczoraj ulicznych sprzedawców pooperacyjnych zdjęć Cháveza z córkami. Tych oficjalnych oczywiście. Po 20-30 boliwarów! Czyli wg. oficjalnego kursu od 3,2 do 4,5 dolara! Niezły biznes i kolejny przykład kapitalizmu rozwijającego się na rewolucyjnym fanatyźmie. Bo zdjęcia idą jak ciepłe bułeczki. Widziałem jak niektórzy kupowali je ze łzami w oczach.

No ale jak się powie chaviście, że w Wenezueli panuje kult jednostki to z pianą na pysku rzuci się do gardła. I będzie tłumaczył, że to nie żaden kult. Że to prawdziwa miłość.

Tym bardziej przerażające.

piątek, 14 września 2012

Atmosfera w Wenezueli gęstnieje. Czuć w powietrzu, że za niespełna miesiąc będą się ważyć losy tego kraju. I albo pozostaniemy w chavistowskim bagnie, albo... będzie szansa na zmianę.

Kibicuję bardzo Radonskiemu. I nie dlatego, że ma polsko-żydowskie korzenie. Ani nawet dlatego, że bardziej przekonuje mnie jego program polityczny. Po prostu dlatego, że trzeba spróbować czegoś innego.

Po 13 latach rządów Hugo Chaveza widać, że rewolucyjna formuła się nie sprawdziła, że jedynym jej namacalnym efektem jest wszechobecna korupcja i - poniekąd z niej wynikający - jeden z najwyższych na świecie wskaźników przestępczości.

Ostatnie sondaże wskazują, że walka o prezydencki fotel będzie zacięta. I wszystko może się zdarzyć.

Pytanie tylko, czy Chavez oraz otaczający go bandyci w mundurach, zbijający fortuny na handlu narkotykami, pozwolą aby wygrał kandydat opozycji, nawet jeśli poprze do większość? Nie jestem, niestety, tego pewien...

niedziela, 05 sierpnia 2012

Najwyższy chyba czas na przebudzenie. I na przeprosiny. I wyjaśnienia.

Przebudzenie z blogoletargu, który trwał - aż głupio mi to napisać - ponad pół roku. Przeprosiny zaś należą się czytelnikom Podróży na Południe - oczywiście jeśli takowi jeszcze pozostali. A wyjaśnienie jest tylko jedno - od stycznia jestem... dumnym ojcem polsko-wenezuelskiej dziewczynki! Mniej więc mam czasu na wszystko, zwłaszcza na bloga.

Na szczęscię jednak powoli otrząsam się z szoku większej rodziny, zmieniania pieluch, jeżdżenia do pediatry i nieprzespanych nocy. Po ośmiu miesiącach, powoli doba zaczyna się wydłużać i ponownie czasem mam trochę czasu dla siebie. Więc niewykluczone, że Podróż na Południe ożyje, choć pewnie nigdy nie będzie tak aktywna jak kiedyś.

No dobrze - dosyć tej prywaty. Czas przypomnieć wciąż miłościwie panującego w socjalistycznym wenezuelskim raju (w którym średnio morduje się 50 osób tygodniowo) Hugo Cháveza. Otóż istnieje bezprecedensowa możliwość wysłania wenezuelskiego prezydenta do... Baracka Obamy. Wenezuelski caudillo zdobi bowiem jedną z ironicznych elektronicznych kartek urodzinowych jakie przygotował Republican National Committee - komitet polityczny Partii Republikańskiej.

Republikanie nawiązują w niej do niedawnej wypowiedzi Obamy, który podczas wywiadu udzielonego jednej z hiszpańskojęzycznych telewizji w Miami stwierdził:

To co pan Chávez robił w ostatnich latach nie stanowiło zbyt wielkiego zagrożenia dla naszego narodowego bezpieczeństwa. Moim głównym zmartwieniem, jeśli chodzi o Wenezuelę, jest to aby jej obywatele decydowali o losach swojego kraju, czyli - innymi słowy - czy zobaczymy tam w końcu uczciwe i wolne wybory. Bo nie zawsze takie one tam były.

Słowa te bardzo rozsierdziły wielu republikańskich polityków i komentatorów, którzy zarzucili prezydentowi że niebezpiecznie minimalizuje zagrożenie jakie stanowi wenezuelski przywódca. Wypominając, oczywiście, że Chavéz otwarcie wspiera wrogie USA reżimy w Syrii i Iranie, że terytorium jego kraju jest azylem bezpieczeństwa dla organizacji terrorystycznych i narkotykowych bossów, że Wenezuela wraz z Kubą stara się propagować w Ameryce Łacińskiej "antydemokratyczną boliwariańską rewolucję". Republikański kontrkandydat Obamy w najbliższych wyborach, Mitt Romney, nazwał wręcz słowa prezydenta "głupimi".

Zgadzacie się z Republikanami, czy z Obamą? Jeśli z tymi pierwszymi, to kartkę z Chávezem możecie wysłać Obamie TUTAJ. Amerykański prezydent będzie obchodził swe 51. urodziny w najbliższą sobotę.

środa, 28 grudnia 2011

Hugo Chávez ma raka, Lula ma raka, prezydent Brazylii i prezydent Paragwaju walczyli z chłoniakiem, teraz zdignozowano raka tarczycy u argentyńskiej prezydent Cristiny Kirchner. Jak u milionów innych ludzi na całym świecie. No ale zawsze można stworzyć jakąś konspiracyjną teorię, prawda? Wenezuelski caudillo zawsze był w tym bardzo dobry i, jak widać, nie wychodzi z formy:

To bardzo dziwne, że raka dostał Lugo, Dilma (Rousseff), ja i to akurat przed wyborami, później Lula, a teraz Cristina. Oczywiście nikogo nie oskarżam, niemniej korzystam z prawa do myślenia i wydawania opinii o tych bardzo dziwnych i trudnych do wyjaśnienia faktach. Bo rachunkiem prawdopodobieństwa naprawdę trudno to wytłumaczyć. A może w Stanach Zjednoczonych opracowali już technologię wywoływania raków, o której nikt nic teraz nie wie, ale dowiemy się o niej za 50, czy nie wiedzieć ile lat? Fidel (Castro) już dawno mi mówił, abym uważał z kim się spotykam, bo nauka poszła do przodu i można u kogoś zaszczepić jakąś chorobę. Fidel mi mówił - uważaj na to co jesz i pamiętaj, że maleńką igłą można zaszczepić niewiadomo co! Tak więc Evo Moralesie i Rafaelu Correa, uważajcie na siebie! A my i tak będziemy żyć i zwyciężymy. Dla Ameryki Łacińskiej!

Hugo Chávez Frías, podczas dzisiejszej Akademii Bożonarodzeniowo-Noworocznej Sił Zbrojnych Wenezueli

 

No w sumie może ma rację... Przynajmniej z Lulą walczącym z rakiem krtani. Były brazylijski prezydent przez dekady palił jak lokomotywa i nie można przecież wykluczyć, ze stała za tym jakaś amerykańska technologia. Marlboro chociażby...

Żarty na bok, bo Hugon Stany Zjednoczone wini nie tylko o prezydenckie nowotwory w Ameryce Łacińskiej. Dzisiaj stwierdził też, że to nikt inny jak Waszyngton stoi za demonstracjami w Moskwie i innych miastach Rosji, których uczestnicy protestują przeciw domniemanym fałszerstwom wyborczym podczas ostatnich wyborów do Dumy. "To imperium jankesów próbuje zdestabilizować Rosję, aby uzyskać światową hegemonię. I to samo będą chcieli zrobić w Wenezueli przy pomocy kreolskiej burżuazji!" - krzyczał dziś pułkownik. I wezwał siły zbrojne aby były w stanie podwyższonej gotowości i nie dopuściły do takiej sytuacji.

Czy to oznacza to, że jeśli w przyszłorocznych wyborach prezydenckich dokonane zostanie fałszerstwo, to wenezuelska armia będzie miała za zadanie nie dopuścić aby ludność wyszła na ulicę? 

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Witam po długiej przerwie! Tym razem mam jednak bardzo konkretne usprawiedliwienie - przez cały lipiec bawiłem w Polsce. Dawno nie spędziłem tyle czasu w ojczystym kraju i jeszcze dłużej nie byłem w nim w pełni lata. Choć akurat, mówiąc na marginesie, moje wspomnienie o polskim lecie było jakoś zupełnie inne od tego co mnie tam zastało. No ale przecież nie o polskim klimacie jest ten blog...

Do Caracas wróciłem wczoraj po południu. Wizytówka kraju, jaką powinno być wszędzie stołeczne lotnisko, co raz lepiej spełnia tu swą rolę - podróżnych witają brudne łazienki bez papieru toaletowego, gigantyczne kolejki do kontroli paszportowej, gbur sprawdzający ten dokument i rozmawiający równocześnie z kimś przez telefon komórkowy, ponad 40 minut oczekiwania na bagaż i banda cinkciarzy oferujących swe usługi (dolar za 7,5-7,9 boliwarów).

Przyznaję, że Wenezuela w ciągu tego ostatniego miesiąca bardzo się zmieniła. I nie mówię tu tylko o tym, że jest coraz drożej (np. w ubiegłym tygodniu urzędowa cena kurczaka wzrosła, z dnia na dzień, o drobne 38 proc.), ani o tym że pod moją nieobecność zamordowany został mój sąsiad i jego żona (zastrzeleni przed jego sklepem). Do takich zmian w sumie przywykłem i w sumie już ich nie zauważam (choć sąsiada szkoda, był sympatyczny, choć chavista-oportunista).

Nie, największe, zupełnie niespodziewane zmiany nastąpiły na szczycie skorumpowanej wierchuszki tego kraju. Jak pewnie już wiecie prezydent Hugo Chávez jest chory na raka. Wprawdzie nie wiadomo czego, ale ponoć rak jest. Choć wielu Wenezuelczyków wcale w to nie wierzy i twierdzi, że to perwersyjna strategia przedwyborcza - wzbudzić litość i współczucie przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Bo Chavez rzeczywiście bez obciachu gra swą chorobą na ludzkich emocjach. "Przyrzekam Wam, że będę żył. Muszę żyć aby dokończyć powierzoną mi misję rewolucyjnej transformacji kraju!" - powtarza do znudzenia. "Wygram i tą bitwę" - dodaje. Ckliwe to bardzo.

Choroba nie przeszkadza mu jednak w łamaniu konstytucji i w bezczelnym okłamywaniu swych poddanych. Bo złamaniem konstytucji było chociażby zwołanie posiedzenia rządu i podpisywanie ustaw w Hawanie, gdzie El Presidente poddawany jest leczeniu. Tymczasem ustawa zasadnicza mówi wyraźnie, że władzy nie wolno sprawować spoza granic kraju. No ale fakt, Hugon uważa przecież Fidela Castro za swego duchowego ojca i twierdzi, że Kuba to już nie zagranica.

Za sowieckiego sajuza było zresztą podobnie. W ZSRR mówiono przecież: kurica nie ptica, Polsza nie zagranica.

Teraz kłamstwa - Chavez wciąż nie ujawnił co dokładnie mu dolega. Opowiada o raku, ale bez żadnych konkretów. Więc Wenezuela huczy od plotek - że prostata, że jelita, że żołądek, etc. Co więcej, rząd w Caracas przez pierwsze kilkanaście dni zapewniał, że prezydentowi nie dolega nic groźnego, że operacja na Kubie była tylko drobnym zabiegiem bez wielkiego znaczenia. A polityków opozycji, którzy jako pierwsi odważyli sie wspominać publicznie, że jednak w kręgach władzy mówi sie o poważnej chorobie prezydenta, dyżurny Goebbels reżimu, czyli minister informacji Andres Izarra, wyzywał od zdrajców, hien i osób, które marzą o śmierci prezydenta. Nawet gdy szefowi wenezuelskiej dyplomacji wypsnęło się stwierdzenie, że "prezydent toczy batalię o swoje życie i zdrowie", Izarra tłumaczył, że to było przejęzyczenie, a Chavez jest w świetnej formie.

Dzisiaj juz wiemy jak ta "świetna forma wygląda". Właśnie tak:

Hugo Chavez bez włosów

Hugo Chavez przyznał, że z powodu chemioterapii zaczęły mu wypadać włosy i dlatego kazał się ogolić. Przy okazji podzielił się dość oryginalną myślą: "Wypadanie włosów jest znakiem, że chemioterapia jest skuteczna!". 

Prezydencka choroba przyniosła też inne zmiany. W ubiegłym tygodniu wenezuelski przywódca zarządził rezygnację z dotychczas podstawowego hasła swej boliwariańskiej rewolucji. Już nie będzie wykrzykiwania "Ojczyzna, Socjalizm bądź Śmierć!", czy "Ojczyzna Socjalistyczna bądź Śmierć". Prezydent musiał chyba nagle dostrzeć swą śmiertelność i pewnie się jej troche przestraszył, skoro stwierdził znienacka, że "nie przystoi tak banalizować śmierci".  Uznał, że nie może być jej w oficjalnych hasłach i zapewnił, że "Wenezuela jest krajem życia i miłości". Dotychczasowe hasło, wymalowane na setkach tysięcy murów i ścian, obecnie w każdych wojskowych koszarach, i widniejące na milionach oficjalnych druków i pism, ma jak najszybciej zniknąć.

Zmian jest jeszcze więcej - chory prezydent uznał, że nadużywanie czerwonego koloru jest jednak przytłaczające. I zarządził koniec ubierania wszystkich państwowych urzędników w czerwone koszulki i czapeczki. Oznajmił, że Wenezuela ma być wielokolorowa!Także ministrowie dostali prikaz rozstania się z, w ostatnich latach obowiązkowym, czerwonym kolorem.

Wenezuelczycy, i ja też, ze zdziwienia rozdziawiali gęby oglądając dzisiaj w TV transmisję z posiedzienia rządu. Otóż wszyscy ministrowie i sam prezydent byli pod krawatem i w garniturach! Tymczasem jeszcze kilka miesięcy temu, taki ubiór był absolutnie zakazany. Bo tak się przecież ubierają kapitaliści!

Szczyt szczytów i kolejna odmiana - prezydent Hugo przed kamerami nie używał dzisiaj- jak to zawsze miał w zwyczaju - jakiegoś ołówka, czy prostego długopisu. Dzisiaj prezydent podpisywał dokumenty majestatycznym długopisem Mont Blanc.

To co się nie zmieniło to polityczny dyskurs. Wenezuelski prezydent naśmiewał się dzisiaj z kryzysu w Stanach Zjednoczonych, toczył jad obrażając i wyzwając swych politycznych oponentów i jak zwykle ciepło mówił o swym "rewolucyjnym, libijskim bracie". Ministrowie jak zwykle musieli za nim chóralnie wykrzykiwać bojowe odzywki. Dzisiaj było to: "Niech żyje Libia! Niech żyje prezydent Muamar Khadaffi! Niech żyją!".

Jedno jest pewne - nudno w tej Wenezueli nie jest!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99