| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

BloGalaxia

niedziela, 05 sierpnia 2012

Najwyższy chyba czas na przebudzenie. I na przeprosiny. I wyjaśnienia.

Przebudzenie z blogoletargu, który trwał - aż głupio mi to napisać - ponad pół roku. Przeprosiny zaś należą się czytelnikom Podróży na Południe - oczywiście jeśli takowi jeszcze pozostali. A wyjaśnienie jest tylko jedno - od stycznia jestem... dumnym ojcem polsko-wenezuelskiej dziewczynki! Mniej więc mam czasu na wszystko, zwłaszcza na bloga.

Na szczęscię jednak powoli otrząsam się z szoku większej rodziny, zmieniania pieluch, jeżdżenia do pediatry i nieprzespanych nocy. Po ośmiu miesiącach, powoli doba zaczyna się wydłużać i ponownie czasem mam trochę czasu dla siebie. Więc niewykluczone, że Podróż na Południe ożyje, choć pewnie nigdy nie będzie tak aktywna jak kiedyś.

No dobrze - dosyć tej prywaty. Czas przypomnieć wciąż miłościwie panującego w socjalistycznym wenezuelskim raju (w którym średnio morduje się 50 osób tygodniowo) Hugo Cháveza. Otóż istnieje bezprecedensowa możliwość wysłania wenezuelskiego prezydenta do... Baracka Obamy. Wenezuelski caudillo zdobi bowiem jedną z ironicznych elektronicznych kartek urodzinowych jakie przygotował Republican National Committee - komitet polityczny Partii Republikańskiej.

Republikanie nawiązują w niej do niedawnej wypowiedzi Obamy, który podczas wywiadu udzielonego jednej z hiszpańskojęzycznych telewizji w Miami stwierdził:

To co pan Chávez robił w ostatnich latach nie stanowiło zbyt wielkiego zagrożenia dla naszego narodowego bezpieczeństwa. Moim głównym zmartwieniem, jeśli chodzi o Wenezuelę, jest to aby jej obywatele decydowali o losach swojego kraju, czyli - innymi słowy - czy zobaczymy tam w końcu uczciwe i wolne wybory. Bo nie zawsze takie one tam były.

Słowa te bardzo rozsierdziły wielu republikańskich polityków i komentatorów, którzy zarzucili prezydentowi że niebezpiecznie minimalizuje zagrożenie jakie stanowi wenezuelski przywódca. Wypominając, oczywiście, że Chavéz otwarcie wspiera wrogie USA reżimy w Syrii i Iranie, że terytorium jego kraju jest azylem bezpieczeństwa dla organizacji terrorystycznych i narkotykowych bossów, że Wenezuela wraz z Kubą stara się propagować w Ameryce Łacińskiej "antydemokratyczną boliwariańską rewolucję". Republikański kontrkandydat Obamy w najbliższych wyborach, Mitt Romney, nazwał wręcz słowa prezydenta "głupimi".

Zgadzacie się z Republikanami, czy z Obamą? Jeśli z tymi pierwszymi, to kartkę z Chávezem możecie wysłać Obamie TUTAJ. Amerykański prezydent będzie obchodził swe 51. urodziny w najbliższą sobotę.

środa, 28 grudnia 2011

Hugo Chávez ma raka, Lula ma raka, prezydent Brazylii i prezydent Paragwaju walczyli z chłoniakiem, teraz zdignozowano raka tarczycy u argentyńskiej prezydent Cristiny Kirchner. Jak u milionów innych ludzi na całym świecie. No ale zawsze można stworzyć jakąś konspiracyjną teorię, prawda? Wenezuelski caudillo zawsze był w tym bardzo dobry i, jak widać, nie wychodzi z formy:

To bardzo dziwne, że raka dostał Lugo, Dilma (Rousseff), ja i to akurat przed wyborami, później Lula, a teraz Cristina. Oczywiście nikogo nie oskarżam, niemniej korzystam z prawa do myślenia i wydawania opinii o tych bardzo dziwnych i trudnych do wyjaśnienia faktach. Bo rachunkiem prawdopodobieństwa naprawdę trudno to wytłumaczyć. A może w Stanach Zjednoczonych opracowali już technologię wywoływania raków, o której nikt nic teraz nie wie, ale dowiemy się o niej za 50, czy nie wiedzieć ile lat? Fidel (Castro) już dawno mi mówił, abym uważał z kim się spotykam, bo nauka poszła do przodu i można u kogoś zaszczepić jakąś chorobę. Fidel mi mówił - uważaj na to co jesz i pamiętaj, że maleńką igłą można zaszczepić niewiadomo co! Tak więc Evo Moralesie i Rafaelu Correa, uważajcie na siebie! A my i tak będziemy żyć i zwyciężymy. Dla Ameryki Łacińskiej!

Hugo Chávez Frías, podczas dzisiejszej Akademii Bożonarodzeniowo-Noworocznej Sił Zbrojnych Wenezueli

 

No w sumie może ma rację... Przynajmniej z Lulą walczącym z rakiem krtani. Były brazylijski prezydent przez dekady palił jak lokomotywa i nie można przecież wykluczyć, ze stała za tym jakaś amerykańska technologia. Marlboro chociażby...

Żarty na bok, bo Hugon Stany Zjednoczone wini nie tylko o prezydenckie nowotwory w Ameryce Łacińskiej. Dzisiaj stwierdził też, że to nikt inny jak Waszyngton stoi za demonstracjami w Moskwie i innych miastach Rosji, których uczestnicy protestują przeciw domniemanym fałszerstwom wyborczym podczas ostatnich wyborów do Dumy. "To imperium jankesów próbuje zdestabilizować Rosję, aby uzyskać światową hegemonię. I to samo będą chcieli zrobić w Wenezueli przy pomocy kreolskiej burżuazji!" - krzyczał dziś pułkownik. I wezwał siły zbrojne aby były w stanie podwyższonej gotowości i nie dopuściły do takiej sytuacji.

Czy to oznacza to, że jeśli w przyszłorocznych wyborach prezydenckich dokonane zostanie fałszerstwo, to wenezuelska armia będzie miała za zadanie nie dopuścić aby ludność wyszła na ulicę? 

poniedziałek, 30 maja 2011

Słowo daję, rewolucja! I bynajmniej nie mam namyśli tego pseudosocjalistycznego błota, w którym z lubością, od ponad 12 lat, tapla swych poddanych Hugon Chávez Frías.

Prawdziwa rewolucja rozpoczęła się na wenezuelskich drogach! Poinformował o niej, kilka dni temu, na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej, komisarz Luis Fernández, dyrektor Narodowej Policji Boliwariańskiej. Otóż na północy kraju, w stanie Falcón, na drodze między Morón i Coro, skontrolowany został niedawno lokalny autobus. W wyniku owej kontroli, 41-letni kierowca, Ramón Alirio Parra García, stracił prawo jazdy na całe 12 miesięcy! Okazało się bowiem, że prowadzony przez niego autobus jechał zdecydowanie za szybko, z otwartymi drzwiami, mocno przeładowany pasażerami i na dodatek brakowało brakowało mu jednej opony w podwójnym tylnim kole, tzw. bliźniaku.

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym!

Zapytacie się pewnie, gdzie w tym wszystkim kryje się rewolucja, która sprawiła, że o sprawie informował sam szef policji? Otóż w kraju totalnej samochodowej wolnoamerykanki i setek tysięcy pijanych i pijących za kierownicą kierowców, była to absolutna premiera. Nieszczęsny Ramón Alirio Parra García, raz na zawsze zapamiętany zostanie jako pierwszy w wenezuelskiej historii kierowca, któremu odebrano prawo jazdy za popełnione przewinienie!

Poza rocznym zakazem prowadzenia pojazdów ów kierowca będzie musiał też zapłacić 760 boliwarów mandatu, a jego pracodawca dodatkową karę 15200 boliwarów.

Informacja ta, nagłośniona przez wszystkie wenezuelskie media, miała - być może - spełniać rolę wychowawczą. Może komisarz Fernandéz w swej naiwności liczył, że przynajmniej część Wenezuelczyków z trwogą pomyśli: -Muszę bardziej uważać, przestrzegać przepisów, bo mnie też taka kara może spotkać!-?

Obawiam się, że zamierzony efekt nie został chyba osiągnięty. Chyba za bardzo Wenezuelczycy boją się swojej policji. I nie jest to bynajmniej strach podszyty szacunkiem, strach przed "stróżem prawa". Wenezuelczycy boją się policji, bo uważają jej funkcjonariuszy za do cna skorumpowanych, bezkarnych, bandytów. I nie są to lęki bezpodstawne. Doszło nawet do tak egzotycznej sytuacji, iż - bodajże w marcu tego roku - władze zabroniły, owianej najbardziej ponurą famą, stołecznej Policji Metropolitalnej, przeprowadzania kontroli samochodów. Zbyt często zdarzało się bowiem, że policjanci wykorzystywali je do okradania, czy nawet porywania kierowców.

Stopień zepsucia tej formacji był taki, że zaczęło to nawet przeszkadzać skorumpowanej centralnej władzy kraju. Ostatnio zdarzało się bowiem, że ofiarami bandytów w mundurach padali nawet członkowie rodzin czerwonych decydentów. Zdecydowano więc, że Policía Metropolitana zostanie raz na zawsze rozwiązana. Proces jej likwidacji rzeczywiście już trwa.

Myślicie, że jakoś to poprawi bezpieczeństwo w Wenezueli? Wenezuelczycy w to wątpią, ja z nimi. Chociażby dlatego, że funkcjonariusze rozwiązywanej, zepsutej formacji są... wcielani do nowej, czystej niby Narodowej Policji Boliwariańskiej. 

Czyli po raz kolejny wenezuelskie, rewolucyjne władze pokazują, ża albo mają ludzi za idiotów, albo same są totalnie zidiociałe wierząć, że gówno w nowym, bardziej kolorowym papierku przestanie być gównem? Tymczasem takich cudów nie ma - gówna w złoto nie zmieni nawet zmiana nazwy.

Pamiętacie wenezuelską denominację? Hugo Chávez zapewniał, że nowy boliwar będzie na tyle silny, że pokona inflację. I co? Nowy boliwar stracił, w ciągu 3,5 roku swego istnienia ponad 123 proc. swej wartości. Inflacja nadal pokonuje boliwara - w ciągu 3,5 roku istnienia nowej watuty, skumulowała się ona do ponad 123 proc. I wciąż jest najwyższa na kontynencie.

Wróćmy jednak do strachu przed stratą prawa jazdy. Wczoraj wracałem taksówką do domu. I pytam się kierowcy, czy teraz jeździ uważniej i np. zatrzymuje się z własnej nieprzymuszonej woli na czerwonym świetle? Spojrzał na mnie jak na wariata. "Dlaczego miałbym się zatrzymywać? Żeby mnie ktoś napadł?" - odpowiedział pytaniami na moje pytanie. "No ale prawo jazdy? Policja mówi, że zacznie drogowym piratom zabierać!" - nie dawałem za wygraną. Spojrzał na mnie jak na wariata. I wyjaśnił: -To straszenie to tylko dodatkowy argument dla policjantów wymuszających łapówki, nic więcej. Mnie to nic zupełnie nie obchodzi, bo mnie nie mają czego zabierać. Ja swoje zgubiłem kilkanaście lat temu i wciąż nie wyrobiłem sobie zamiennika. Bo po co?-

I w sumie ma rację, po co? Zdałem sobie sprawę, że ja też, już od kilku lat, jeżdżę po tym kraju bez ważnego prawa jazdy...

niedziela, 03 kwietnia 2011

Dawno, dawno temu - bardzo dawno - obiecałem na blogu Ani z Chicago, że napiszę jak karze się w Caracas, stolicy Wenezueli, niezdyscyplinowanych kierowców. Tych, którzy parkują swe samochody gdzie popadnie, z dala od miejsc do tego wyznaczonych.

Minęły ponad dwa lata - najwyższy więc czas obietnicę spełnić, nieprawdaż?

A problem złego parkowania w Caracas jest niebagatelny - w kraju najtańszej na świecie benzyny i rekordowej na kontynencie przestępczości samochód jest królem. Jeździ się nim wszędzie - do pracy, czy na uniwersytet, po zakupy, do knajpy, czy nawet do kiosku za rogiem po gazetę.  W tym mieście są setki tysięcy, jeśli nie miliony osób, które nigdy nie wyszły ze swego domu na piechotę. Ulica jest bowiem niebezpieczna, a samochód daje namiastkę ochrony. Często złudną.

W Caracas można jeździć po pijaku, można gnać 100 km/h przez miasto, nie zatrzymywać się na czerwonym świetle - na takie wykroczenia policja reaguje bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Są jednak dzielnice w których trzeba uważać na to jak się parkuje - bo za pozostawienie auta w złym miejscu może spotkać nas kara. Bardzo specyficzna i w sumie bywająca bardzo dotkliwa.

Jak myślicie, co robi tutejsza policja, jak karze? Mandat odpada, bo w kraju w którym nie istnieje pojęcie meldunku i prawie każdy ma w dokumentach adres inny niż ten pod którym mieszka w rzeczywistości, ściągalność takich kar byłaby zerowa. Odholowywanie na policyjny parking też nie jest rozwiązaniem, bo w wiecznie zakorkowanym mieście dojazd lawety na wezwanie policjanta trwałby wieki. I ile tych lawet musiałoby być? Podobnie ze szczękami.

Jak więc szybko i w miarę dotkliwie karać? W Caracas uznano, że najlepsze są... naklejki! Policjant widząc źle zaparkowany samochód najpierw czyści mu przednią szybę, a następnie... nakleja na nią płachtę z pouczającym kierowcę tekstem. Przed kierowcą, dokładnie w polu jego widzenia.

kara za złe parkowanie w Caracas

Na czym polega kara? A no na tym, że naklejka ma bardzo dobry klej, a sama jest wykonana z bardzo łatwo rwącego się materiału. I aby ją usunąć naprawdą mocno trzeba się natrudzić - to kilkadziesiąt minut skubania, skrobania i drapania. Jest to tak uciążliwe i czasochłonne, że widziałem już kozaków, którzy najwyraźniej śpiesząc się, jechali z przyklejoną z przodu karą i głową wystawiona przez boczną szybę...

kara za złe parkowanie w Caracas

Czy spotkaliście się, w jakimkolwiek innym kraju świata z podobnym karaniem złego parkowania?

PS: Przepraszam za kiepską jakość zdjęcia, ale wykonywałem je telefonem.

środa, 23 marca 2011

Prezydent Wenezueli Hugo Chávez po raz kolejny publicznie popuścił wodze swej rewolucyjnej wyobraźni. Wczoraj, z okazji Międzynarodowego Dnia Wody, postanowił wyjaśnić swym poddanym dlaczego na czerwonym Marsie nie ma już zielonych ludzików... Popatrzcie sami:

Dla tych, którzy nie hiszpańskiego nie rozumieją:

Ja zawsze mówiłem, że nie byłoby nic dziwnego w tym iż na Marsie była kiedyś cywilizacja. No ale pewnie i tam dotarł kapitalizm, dotarł imperializm i wykończył tą planetę. Musimy uważać, bo tutaj na planecie Ziemi, tam gdzie setki lat temu, a nawet mniej niż setki, były wielkie lasy, obecnie są pustynie. Tam gdzie były wielkie rzeki też obecnie są pustynie. W bardzo wielu częściach planety zachodzi proces pustynnienia! Jest on na Ziemi zaawansowny i zagraża, na średnią metę, życiu na planecie.

Wszystko te złote myśli padły z ust prezydenta kraju, który jest - statystycznie - największym per capita konsumentem energii i wody na latynoamerykańskim kontynencie.

PS. W ubiegłym tygodniu Wenezuelczycy dowiedzieli się od swego prezydenta, że trzęsienie ziemi w Japonii było rezultatem globalnego ocieplenia...

piątek, 28 stycznia 2011

Coś w tym jest, że stołeczne lotnisko jest zazwyczaj doskonałą wizytówką kraju. To w Caracas jest wręcz Wenezuelą w miniaturze - mało kto pracuje, wszyscy kombinują, jest brudno, w kiblach nie ma papieru toaletowego, a z wychwalających socjalizm billboardów na wszystko spogląda Słońce Narodu, Hugo Chávez.

Od czasu gdy cinkciarzem okazała się być pograniczna urzędniczka, której normalnym zadaniem jest sprawdzanie paszportów, wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie na tym lotnisku zaskoczyć. Ale jednak - boliwariańska rewolucja dba o niespodzianki. W ubiegłym tygodniu, gdy wróciłem do Caracas po kilku dniach spędzonych w jakże cywilizowanej, w porównaniu z wenezuelską stolicą Bogocie, główną siurpryzą okazał się być tłum ludzi kłębiący się w hali odpraw paszportowych. Przyzwyczajony już wprawdzie jestem, że w CCS nie można się spieszyć, jednak tym razem dyrekcja lotnisko postanowiła chyba sprawdzić jakie są limity cierpliwości podróżnych. To musiał być jakiś socjotechniczny eksperyment - bo naprawdę nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć dlaczego z kilkudziesięciu stanowisk do odpraw paszportowych otwartych było zaledwie 5. I to w momencie popołudniowego szczytu, gdy do Caracas przylatują wielkie maszyny z Europy, wypluwające ze swych kadłubów setki pasażerów.

Co ciekawe, choć pracujących pograniczników było tylko pięciu, kilkunastu innych funkcjonariuszy prośbą i groźbą próbowało przez cały czas zaprowadzić porządek wśród kłębiących i niecierpliwiących się tłumów. I choć Wenezuelczycy wydają się być na codzień coraz bardziej przyzwyczajeni, że rewolucyjna władza nimi pomiata, tym razem nerwy puściły wielu osobom - do moich uszu co rusz dobiegały jakieś pokrzykiwania o "gównianej rewolucji", "drugiej Kubie" i "czerwonych lizusach". Jest jeszcze nadzieja - pomyślałem - duch w narodzie mimo wsztstko nie ginie...

Czas dłużył się jednak niemiłosiernie... 56 minut - tyle dokładnie czekałem w ogonku do paszportowej kontroli. A gdy wreszcie do niej dotarłem funkcjonariuszka SAIME nawet na mnie nie spojrzała, tak bardzo była zajęta prowadzoną właśnie rozmową przez komórkę. I bynajmniej nie była ona służbową - z tego co słyszałem była to typowe "babskie" pogaduszki w stylu: "Bo wiesz, marica, ona już się z nim nie spotyka. Ponoć za mało czasu jej poświęcał. Wolał towarzystwo swych kolegów, a nie nasze!".

I w sumie mógłbym tego dnia wjechać do Wenezueli na paszporcie swej prababci. Albo Osamy Bin Ladena. Bo ona chwyciła tylko mój dokument między swe długie tipsy i nawet nie podnosząc wzroku, ani nie otwierając go na stronie ze zdjęciem, powoli kartkowała w poszukiwaniu wolnej strony. Jakby nie mogła swego nieszczęsnego stempla wbić obok innych, choćby nawet wenezuelskich. Nie, ona leciała kartka po kartce, tak długi aż w końcu odnalazła jedną z ostatnich nieskalanych żadnym tuszem. I to tam walnęła pieczęć. I zrobiła to jakoś tak, że zupełnie się ona rozmazała. Nie widać na niej nic, ani daty, ani miesjca przekroczenia granicy, ani nawet czy był to wjazd, czy wyjazd...

Czubkiem tipsa przesunęła paszport w moja stronę, nadal szczebiocząc do telefonu. Zrozumiałem, że mogę iść dalej.

Bałem się, że po takim oczekiwaniu na kontrolę paszportową mój bagaż będzie już zdjęty z taśmy i rzucony gdzieś w kąt. Ale gdzie tam - eksperyment socjotechniczny trwał nadal: wszyscy moi współpasażerowie z Bogoty zgromadzeni byli wokół wciąż nieruchomego podajnika. "Wybierają sobie co ciekawsze rzeczy" - rzucił ktoś pół żartem, pół serio. Na szczęście mnie to, tym razem, było zupełnie obojętne - w plecaku miałem wyłącznie brudne ciuchy...

Po kolejnych kilkunastu minutach urozmaiconych jedynie pytaniami "dolares?", "money change?" zadawanymi co rusz przez ubranych w czerwone koszulki pracowników lotniska, walizki zaczęły w końcu wyjeżdżać. Bagaż odebrany można więc ruszyć do... kolejnej kolejki. Tym razem do, także wystrojonej w gustowne wdzianka z rewolucyjnymi hasłami, służby celnej...

Gdy w końcu udało mi się wyjść z gmachu lotniska i zaczerpnąć tego duszącego, wilgotnego nadmorskiego powietrza, była dokładnie godzina i 45 minut po wyjściu przeze mnie z samolotu. To nowy rekord. Rewolucyjnej wydajności i organizacji pracy.

Ale to wszystko to w sumie pikuś w porównaniu z tym co na lotnisku w Caracas działo się w tym tygodniu. Choć w sumie, tak na dobrą sprawę to... nic się nie działo. Bo zgasło światło. I nawet nie w terminalu, ale na pasie startowym, częściowo stanęły też urządzęnia kontrolne. Bo zasilanie awaryjne choć jest, to nie zadziałało. Oczywiście.

Awaria trwała, bagatela, 9 godzin. W ich trakcie nic z Caracas nie wystartowało, a przylatujące samoloty odsyłane były na Margaritę, do Maracaibo, Bogoty i na Curaçao. W sumie, jak poinformował - uwaga! - pułkownik Jesus Viñas, dyrektor Rady Nadzoru nad Instytutem Międzynarodowego Portu Lotniczego w Maiquetía im. Szymona Boliwara, trzeba było zmodyfikować, bądź odwołać blisko 50 lotów.

Tak zupełnie na marginesie - ktoś może mi wytłumaczyć, dla czego zazwyczaj wszelkie lewicowe reżimy mają tendencję do tworzenia mega skomplikowanych nazw dla najprotszych nawet instytucji? Moim ulubieńcem jest Dyrekcja Generalna Narodowej Koordynacji Strażaków i Strażaczek oraz Administracji Sytuacjami Wyjątkowymi o Charakterze Cywilnym (w skrócie DGCNBBAECC) będąca jednym z departamentów w Ministerstwie Władzy Ludowej do Spraw Wewnętrznych i Sprawiedliwości (MPPRIJ).

Ale wróćmy jeszcze do lotniska w Caracas. Prasa ujawniła, że tegotygodniowa awaria nie była odosobnionym incydentem. Wypowiadający się piloci zgodnie twierdzą, że lotnisko jest w fatalnym stanie. Od kilku miesięcy jest np. wyłączone z ruchu ostatnie 500 metrów głównej drogi strartowej, gdyż wybrzuszył się na niej asfalt. Z powodu uszkodzeń w płycie postojowej zamknięto też ostatnio dla największych samolotów dostęp do dwóch "rękawów" którymi pasażerowie wchodzą i schodzą z pokładu.

Dodajmy do tego, że Conviasa - narodowy przewoźnik lotniczy socjalistycznej Wenezueli odwoływał niedawno, przez prawie dwa tygodnie, niemal wszystkie swoje loty, z powodu protestu pilotów, twierdzących że ich firma nie przestrzega podstawych procedur bezpieczeństwa.

Na koniec jednak optymistyczny akcent. Jasno Świecącemu Słońcu Wenezueli, Ojcowi Dobrobytu Wszelakiego, towarzyszowi-prezydentowi Hugo Chávezowi, zebrało się w miniony weekend na szczerość. W swej coniedzielnej, wielogodzinnej pogadance stwierdził nagle, cytuję:

Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy są skorumpowani. Tak samo jak nie my wszyscy, państwowi urzędnicy, jesteśmy skorumpowani.

A może jednak zgrzeszył nadmiernym optymizmem? Zwłaszcza w tej drugiej części swej afirmacji. Szczególnie jeśli chodzi o Wenezuelę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90