Ostatnie wpisy
Zakładki:
Abonament RSS
Muzyka
Podróże
Polecam:
Przydatne:
Także moje:
Zaglądam w blogi:
Tagi
|
środa, 28 grudnia 2011
Hugo Chávez ma raka, Lula ma raka, prezydent Brazylii i prezydent Paragwaju walczyli z chłoniakiem, teraz zdignozowano raka tarczycy u argentyńskiej prezydent Cristiny Kirchner. Jak u milionów innych ludzi na całym świecie. No ale zawsze można stworzyć jakąś konspiracyjną teorię, prawda? Wenezuelski caudillo zawsze był w tym bardzo dobry i, jak widać, nie wychodzi z formy:
Hugo Chávez Frías, podczas dzisiejszej Akademii Bożonarodzeniowo-Noworocznej Sił Zbrojnych Wenezueli
No w sumie może ma rację... Przynajmniej z Lulą walczącym z rakiem krtani. Były brazylijski prezydent przez dekady palił jak lokomotywa i nie można przecież wykluczyć, ze stała za tym jakaś amerykańska technologia. Marlboro chociażby... Żarty na bok, bo Hugon Stany Zjednoczone wini nie tylko o prezydenckie nowotwory w Ameryce Łacińskiej. Dzisiaj stwierdził też, że to nikt inny jak Waszyngton stoi za demonstracjami w Moskwie i innych miastach Rosji, których uczestnicy protestują przeciw domniemanym fałszerstwom wyborczym podczas ostatnich wyborów do Dumy. "To imperium jankesów próbuje zdestabilizować Rosję, aby uzyskać światową hegemonię. I to samo będą chcieli zrobić w Wenezueli przy pomocy kreolskiej burżuazji!" - krzyczał dziś pułkownik. I wezwał siły zbrojne aby były w stanie podwyższonej gotowości i nie dopuściły do takiej sytuacji. Czy to oznacza to, że jeśli w przyszłorocznych wyborach prezydenckich dokonane zostanie fałszerstwo, to wenezuelska armia będzie miała za zadanie nie dopuścić aby ludność wyszła na ulicę?
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Witam po długiej przerwie! Tym razem mam jednak bardzo konkretne usprawiedliwienie - przez cały lipiec bawiłem w Polsce. Dawno nie spędziłem tyle czasu w ojczystym kraju i jeszcze dłużej nie byłem w nim w pełni lata. Choć akurat, mówiąc na marginesie, moje wspomnienie o polskim lecie było jakoś zupełnie inne od tego co mnie tam zastało. No ale przecież nie o polskim klimacie jest ten blog... Do Caracas wróciłem wczoraj po południu. Wizytówka kraju, jaką powinno być wszędzie stołeczne lotnisko, co raz lepiej spełnia tu swą rolę - podróżnych witają brudne łazienki bez papieru toaletowego, gigantyczne kolejki do kontroli paszportowej, gbur sprawdzający ten dokument i rozmawiający równocześnie z kimś przez telefon komórkowy, ponad 40 minut oczekiwania na bagaż i banda cinkciarzy oferujących swe usługi (dolar za 7,5-7,9 boliwarów). Przyznaję, że Wenezuela w ciągu tego ostatniego miesiąca bardzo się zmieniła. I nie mówię tu tylko o tym, że jest coraz drożej (np. w ubiegłym tygodniu urzędowa cena kurczaka wzrosła, z dnia na dzień, o drobne 38 proc.), ani o tym że pod moją nieobecność zamordowany został mój sąsiad i jego żona (zastrzeleni przed jego sklepem). Do takich zmian w sumie przywykłem i w sumie już ich nie zauważam (choć sąsiada szkoda, był sympatyczny, choć chavista-oportunista). Nie, największe, zupełnie niespodziewane zmiany nastąpiły na szczycie skorumpowanej wierchuszki tego kraju. Jak pewnie już wiecie prezydent Hugo Chávez jest chory na raka. Wprawdzie nie wiadomo czego, ale ponoć rak jest. Choć wielu Wenezuelczyków wcale w to nie wierzy i twierdzi, że to perwersyjna strategia przedwyborcza - wzbudzić litość i współczucie przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Bo Chavez rzeczywiście bez obciachu gra swą chorobą na ludzkich emocjach. "Przyrzekam Wam, że będę żył. Muszę żyć aby dokończyć powierzoną mi misję rewolucyjnej transformacji kraju!" - powtarza do znudzenia. "Wygram i tą bitwę" - dodaje. Ckliwe to bardzo. Choroba nie przeszkadza mu jednak w łamaniu konstytucji i w bezczelnym okłamywaniu swych poddanych. Bo złamaniem konstytucji było chociażby zwołanie posiedzenia rządu i podpisywanie ustaw w Hawanie, gdzie El Presidente poddawany jest leczeniu. Tymczasem ustawa zasadnicza mówi wyraźnie, że władzy nie wolno sprawować spoza granic kraju. No ale fakt, Hugon uważa przecież Fidela Castro za swego duchowego ojca i twierdzi, że Kuba to już nie zagranica. Za sowieckiego sajuza było zresztą podobnie. W ZSRR mówiono przecież: kurica nie ptica, Polsza nie zagranica. Teraz kłamstwa - Chavez wciąż nie ujawnił co dokładnie mu dolega. Opowiada o raku, ale bez żadnych konkretów. Więc Wenezuela huczy od plotek - że prostata, że jelita, że żołądek, etc. Co więcej, rząd w Caracas przez pierwsze kilkanaście dni zapewniał, że prezydentowi nie dolega nic groźnego, że operacja na Kubie była tylko drobnym zabiegiem bez wielkiego znaczenia. A polityków opozycji, którzy jako pierwsi odważyli sie wspominać publicznie, że jednak w kręgach władzy mówi sie o poważnej chorobie prezydenta, dyżurny Goebbels reżimu, czyli minister informacji Andres Izarra, wyzywał od zdrajców, hien i osób, które marzą o śmierci prezydenta. Nawet gdy szefowi wenezuelskiej dyplomacji wypsnęło się stwierdzenie, że "prezydent toczy batalię o swoje życie i zdrowie", Izarra tłumaczył, że to było przejęzyczenie, a Chavez jest w świetnej formie. Dzisiaj juz wiemy jak ta "świetna forma wygląda". Właśnie tak:
Hugo Chavez przyznał, że z powodu chemioterapii zaczęły mu wypadać włosy i dlatego kazał się ogolić. Przy okazji podzielił się dość oryginalną myślą: "Wypadanie włosów jest znakiem, że chemioterapia jest skuteczna!". Prezydencka choroba przyniosła też inne zmiany. W ubiegłym tygodniu wenezuelski przywódca zarządził rezygnację z dotychczas podstawowego hasła swej boliwariańskiej rewolucji. Już nie będzie wykrzykiwania "Ojczyzna, Socjalizm bądź Śmierć!", czy "Ojczyzna Socjalistyczna bądź Śmierć". Prezydent musiał chyba nagle dostrzeć swą śmiertelność i pewnie się jej troche przestraszył, skoro stwierdził znienacka, że "nie przystoi tak banalizować śmierci". Uznał, że nie może być jej w oficjalnych hasłach i zapewnił, że "Wenezuela jest krajem życia i miłości". Dotychczasowe hasło, wymalowane na setkach tysięcy murów i ścian, obecnie w każdych wojskowych koszarach, i widniejące na milionach oficjalnych druków i pism, ma jak najszybciej zniknąć. Zmian jest jeszcze więcej - chory prezydent uznał, że nadużywanie czerwonego koloru jest jednak przytłaczające. I zarządził koniec ubierania wszystkich państwowych urzędników w czerwone koszulki i czapeczki. Oznajmił, że Wenezuela ma być wielokolorowa!Także ministrowie dostali prikaz rozstania się z, w ostatnich latach obowiązkowym, czerwonym kolorem. Wenezuelczycy, i ja też, ze zdziwienia rozdziawiali gęby oglądając dzisiaj w TV transmisję z posiedzienia rządu. Otóż wszyscy ministrowie i sam prezydent byli pod krawatem i w garniturach! Tymczasem jeszcze kilka miesięcy temu, taki ubiór był absolutnie zakazany. Bo tak się przecież ubierają kapitaliści! Szczyt szczytów i kolejna odmiana - prezydent Hugo przed kamerami nie używał dzisiaj- jak to zawsze miał w zwyczaju - jakiegoś ołówka, czy prostego długopisu. Dzisiaj prezydent podpisywał dokumenty majestatycznym długopisem Mont Blanc. To co się nie zmieniło to polityczny dyskurs. Wenezuelski prezydent naśmiewał się dzisiaj z kryzysu w Stanach Zjednoczonych, toczył jad obrażając i wyzwając swych politycznych oponentów i jak zwykle ciepło mówił o swym "rewolucyjnym, libijskim bracie". Ministrowie jak zwykle musieli za nim chóralnie wykrzykiwać bojowe odzywki. Dzisiaj było to: "Niech żyje Libia! Niech żyje prezydent Muamar Khadaffi! Niech żyją!". Jedno jest pewne - nudno w tej Wenezueli nie jest!
środa, 08 czerwca 2011
Dawno już nie zaglądałem za miedzę. Za tą dosłowną (czyli poza Wenezuelę), jak i tą i internetową (czyli na inne strony w sieci). Czas to wszystko naprawić.
Miłej lektury.
poniedziałek, 30 maja 2011
Słowo daję, rewolucja! I bynajmniej nie mam namyśli tego pseudosocjalistycznego błota, w którym z lubością, od ponad 12 lat, tapla swych poddanych Hugon Chávez Frías. Prawdziwa rewolucja rozpoczęła się na wenezuelskich drogach! Poinformował o niej, kilka dni temu, na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej, komisarz Luis Fernández, dyrektor Narodowej Policji Boliwariańskiej. Otóż na północy kraju, w stanie Falcón, na drodze między Morón i Coro, skontrolowany został niedawno lokalny autobus. W wyniku owej kontroli, 41-letni kierowca, Ramón Alirio Parra García, stracił prawo jazdy na całe 12 miesięcy! Okazało się bowiem, że prowadzony przez niego autobus jechał zdecydowanie za szybko, z otwartymi drzwiami, mocno przeładowany pasażerami i na dodatek brakowało brakowało mu jednej opony w podwójnym tylnim kole, tzw. bliźniaku.
Przeładowane autobusy nie są w Wenezueli czymś wyjątkowym! Zapytacie się pewnie, gdzie w tym wszystkim kryje się rewolucja, która sprawiła, że o sprawie informował sam szef policji? Otóż w kraju totalnej samochodowej wolnoamerykanki i setek tysięcy pijanych i pijących za kierownicą kierowców, była to absolutna premiera. Nieszczęsny Ramón Alirio Parra García, raz na zawsze zapamiętany zostanie jako pierwszy w wenezuelskiej historii kierowca, któremu odebrano prawo jazdy za popełnione przewinienie! Poza rocznym zakazem prowadzenia pojazdów ów kierowca będzie musiał też zapłacić 760 boliwarów mandatu, a jego pracodawca dodatkową karę 15200 boliwarów. Informacja ta, nagłośniona przez wszystkie wenezuelskie media, miała - być może - spełniać rolę wychowawczą. Może komisarz Fernandéz w swej naiwności liczył, że przynajmniej część Wenezuelczyków z trwogą pomyśli: -Muszę bardziej uważać, przestrzegać przepisów, bo mnie też taka kara może spotkać!-? Obawiam się, że zamierzony efekt nie został chyba osiągnięty. Chyba za bardzo Wenezuelczycy boją się swojej policji. I nie jest to bynajmniej strach podszyty szacunkiem, strach przed "stróżem prawa". Wenezuelczycy boją się policji, bo uważają jej funkcjonariuszy za do cna skorumpowanych, bezkarnych, bandytów. I nie są to lęki bezpodstawne. Doszło nawet do tak egzotycznej sytuacji, iż - bodajże w marcu tego roku - władze zabroniły, owianej najbardziej ponurą famą, stołecznej Policji Metropolitalnej, przeprowadzania kontroli samochodów. Zbyt często zdarzało się bowiem, że policjanci wykorzystywali je do okradania, czy nawet porywania kierowców. Stopień zepsucia tej formacji był taki, że zaczęło to nawet przeszkadzać skorumpowanej centralnej władzy kraju. Ostatnio zdarzało się bowiem, że ofiarami bandytów w mundurach padali nawet członkowie rodzin czerwonych decydentów. Zdecydowano więc, że Policía Metropolitana zostanie raz na zawsze rozwiązana. Proces jej likwidacji rzeczywiście już trwa. Myślicie, że jakoś to poprawi bezpieczeństwo w Wenezueli? Wenezuelczycy w to wątpią, ja z nimi. Chociażby dlatego, że funkcjonariusze rozwiązywanej, zepsutej formacji są... wcielani do nowej, czystej niby Narodowej Policji Boliwariańskiej. Czyli po raz kolejny wenezuelskie, rewolucyjne władze pokazują, ża albo mają ludzi za idiotów, albo same są totalnie zidiociałe wierząć, że gówno w nowym, bardziej kolorowym papierku przestanie być gównem? Tymczasem takich cudów nie ma - gówna w złoto nie zmieni nawet zmiana nazwy. Pamiętacie wenezuelską denominację? Hugo Chávez zapewniał, że nowy boliwar będzie na tyle silny, że pokona inflację. I co? Nowy boliwar stracił, w ciągu 3,5 roku swego istnienia ponad 123 proc. swej wartości. Inflacja nadal pokonuje boliwara - w ciągu 3,5 roku istnienia nowej watuty, skumulowała się ona do ponad 123 proc. I wciąż jest najwyższa na kontynencie. Wróćmy jednak do strachu przed stratą prawa jazdy. Wczoraj wracałem taksówką do domu. I pytam się kierowcy, czy teraz jeździ uważniej i np. zatrzymuje się z własnej nieprzymuszonej woli na czerwonym świetle? Spojrzał na mnie jak na wariata. "Dlaczego miałbym się zatrzymywać? Żeby mnie ktoś napadł?" - odpowiedział pytaniami na moje pytanie. "No ale prawo jazdy? Policja mówi, że zacznie drogowym piratom zabierać!" - nie dawałem za wygraną. Spojrzał na mnie jak na wariata. I wyjaśnił: -To straszenie to tylko dodatkowy argument dla policjantów wymuszających łapówki, nic więcej. Mnie to nic zupełnie nie obchodzi, bo mnie nie mają czego zabierać. Ja swoje zgubiłem kilkanaście lat temu i wciąż nie wyrobiłem sobie zamiennika. Bo po co?- I w sumie ma rację, po co? Zdałem sobie sprawę, że ja też, już od kilku lat, jeżdżę po tym kraju bez ważnego prawa jazdy...
sobota, 23 kwietnia 2011
kardynał Jorge Urosa Sabino, arcybiskup Caracas
Hugo Chávez Frías, prezydent Wenezueli
I tą właśnie świąteczną wymianą zdań między wenezuelskimi hierarchami życzę wszystkim czytelnikom Podróży na Południe miłych i spokojnych świąt Wielkiej Nocy. Socjalistycznego jajka i kapitalistycznego Dyngusa!
niedziela, 03 kwietnia 2011
Dawno, dawno temu - bardzo dawno - obiecałem na blogu Ani z Chicago, że napiszę jak karze się w Caracas, stolicy Wenezueli, niezdyscyplinowanych kierowców. Tych, którzy parkują swe samochody gdzie popadnie, z dala od miejsc do tego wyznaczonych. Minęły ponad dwa lata - najwyższy więc czas obietnicę spełnić, nieprawdaż? A problem złego parkowania w Caracas jest niebagatelny - w kraju najtańszej na świecie benzyny i rekordowej na kontynencie przestępczości samochód jest królem. Jeździ się nim wszędzie - do pracy, czy na uniwersytet, po zakupy, do knajpy, czy nawet do kiosku za rogiem po gazetę. W tym mieście są setki tysięcy, jeśli nie miliony osób, które nigdy nie wyszły ze swego domu na piechotę. Ulica jest bowiem niebezpieczna, a samochód daje namiastkę ochrony. Często złudną. W Caracas można jeździć po pijaku, można gnać 100 km/h przez miasto, nie zatrzymywać się na czerwonym świetle - na takie wykroczenia policja reaguje bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Są jednak dzielnice w których trzeba uważać na to jak się parkuje - bo za pozostawienie auta w złym miejscu może spotkać nas kara. Bardzo specyficzna i w sumie bywająca bardzo dotkliwa. Jak myślicie, co robi tutejsza policja, jak karze? Mandat odpada, bo w kraju w którym nie istnieje pojęcie meldunku i prawie każdy ma w dokumentach adres inny niż ten pod którym mieszka w rzeczywistości, ściągalność takich kar byłaby zerowa. Odholowywanie na policyjny parking też nie jest rozwiązaniem, bo w wiecznie zakorkowanym mieście dojazd lawety na wezwanie policjanta trwałby wieki. I ile tych lawet musiałoby być? Podobnie ze szczękami. Jak więc szybko i w miarę dotkliwie karać? W Caracas uznano, że najlepsze są... naklejki! Policjant widząc źle zaparkowany samochód najpierw czyści mu przednią szybę, a następnie... nakleja na nią płachtę z pouczającym kierowcę tekstem. Przed kierowcą, dokładnie w polu jego widzenia.
Na czym polega kara? A no na tym, że naklejka ma bardzo dobry klej, a sama jest wykonana z bardzo łatwo rwącego się materiału. I aby ją usunąć naprawdą mocno trzeba się natrudzić - to kilkadziesiąt minut skubania, skrobania i drapania. Jest to tak uciążliwe i czasochłonne, że widziałem już kozaków, którzy najwyraźniej śpiesząc się, jechali z przyklejoną z przodu karą i głową wystawiona przez boczną szybę...
Czy spotkaliście się, w jakimkolwiek innym kraju świata z podobnym karaniem złego parkowania? PS: Przepraszam za kiepską jakość zdjęcia, ale wykonywałem je telefonem.
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||