|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Co zrobić z hipopotamami?W Bogocie od ubiegłego tygodnia demonstracje. Nie jakieś wielkie, ale jak na ten kraj nietypowe. Bo nie chodzi tym razem o tradycyjne protesty przeciw działaniom lewicowych, czy prawicowych grup terrorystycznych. Teraz, pod Ministerstwem Środowiska protestują ekolodzy i obrońcy zwierząt. W obronie... hipopotamów nilowych! Hipopotam nilowy (Hippopotamus amphibius), z greckiego ‘ιπποπόταμος (hippopotamos, hippos znaczy "koń", potamos znaczy "rzeka") – gatunek dużego, przeważnie roślinożernego ssaka, należącego do rodziny hipopotamowatych (Hippopotamidae), w obrębie której wyróżnia się dwa współcześnie żyjące gatunki (drugim jest dużo mniejszy hipopotam karłowaty). Hipopotam nilowy jest jedynym żyjącym przedstawicielem rodzaju Hippopotamus. Co do jednej rzeczy internetowa encyklopedia nie ma racji. Hipopotamy na wolności spotyka się nie tylko w Afryce. Także w Ameryce Południowej. W Kolumbii właśnie! Pewnie myślicie, że zwariowałem. Tymczasem kilka miesięcy temu sam je widziałem. Na własne oczy. I na zupełnie trzeźwo! Aby spotkać w Kolumbii hipopotamy pojechać trzeba do Puerto Triunfo, niewielkiego miasteczka położonego mniej więcej w połowie drogi między Medellin i Bogotą. Tam w 1978 roku, legendarny boss kartelu narkotykowego z Medellin, Pablo Escobar, kupił 3000 hektarów ziemi, na których bardzo szybko powstała prawdziwa perła w koronie przemytniczego imperium: Hacjenda Nápoles. Escobar zrealizował na jej terenie chyba wszystkie swe marzenia, zarówno te wieku dziecięcego, jak i dorosłego. Na terenie jego gigantycznej posiadłości wybudowano luksusowy hotel, wielkie baseny, lotnisko, blisko 20 sztucznych jezior, pałacową willę, arenę korridy, ogród botaniczny, wielką stajnię z najlepszymi rumakami w kraju i – najważniejszy z punktu widzenia naszej historii – ogród zoologiczny. Bo Pablo Escobar, choć był okrutnym, bezwzględnym mafiozem, kochał zwierzęta. Mówi się, że kochał je bardziej niż ludzi. Nie żałując pieniędzy sprowadził więc do swej hacjendy m.in. żyrafy, nosorożce, słonie, antylopy, strusie, kangury, jelenie, zebry, liczne egzotyczne ptactwo i właśnie hipopotamy. W sumie 1500 gatunków zwierząt z całego świata. W tej menażerii nie było jednak żadnych lwów, węży, wilków, panter, bo – i to kolejny paradoks narkotykowego bossa – Pablo Escobar nie lubił drapieżników. Chciał same zwierzęta roślinożerne. Hacjenda Nápoles była przedsięwzięciem komercyjno-charytatywnym. Luksusowy hotel przyjmował gości, którzy mogli szaleć na jej terenie na motocyklach, skuterach wodnych, skorzystać z helikoptera-taksówki, czy wynająć sobie piękne dziewczyny. Równocześnie kartel organizował pobyty w hacjendzie dla najbiedniejszych dzieci z Medellin, które wracały do domu zachwycone zwierzętami. Zwłaszcza, że te nie żyły w klatkach – miały swoje olbrzymie wybiegi. Na terenie posiadłości odbywały się też przemytnicze narady. Goszczono skorumpowanych oficjeli, ale też torturowano zdrajców, mordowano przeciwników, zakopywano ciała ofiar. Jednym słowem miejsce pełne wielorakich atrakcji i niespodzianek. Po śmierci Escobara w 1993 roku, jego majątek, w tym Hacjenda Nápoles, przejęta została przez Państwo. I niemal natychmiast popadła w ruinę. Część zwierząt zdechła, inne uciekły, jeszcze inne zostały ukradzione. Tropikalna roślinność zaczęła odbierać tereny wyrwane jej wcześniej przez budowniczych Escobara. Dopiero po jakimś czasie zaczęto próbować odzyskać i wykorzystać to co stworzył szeg kartelu z Medellin. Na części posiadłości powstało więc publiczne ZOO, znacznie jednak mniejsze niż za czasów swej narkoświetności. Zresztą większość zwierząt jakie przetrwały okres gdy nikt hacjendy nie pilnował, została przejęta przez duże ogrody zoologiczne, zwłaszcza ten w Bogocie. Tylko hipopotamów nikt nie chciał... Bo za duże, zybt drogie w utrzymaniu, zbyt trudne w transporcie. Pozostały więc same. Żyjące na podmokłej części hacjendy, w sumie bardzo przypominającej ich afrykańską ojczyznę. Mimo tego braku zainteresowania, a może właśnie dzięki niemu, para sprowadzona przez Escobara zamieniła się z biegiem lat w blisko trzydziestogłowe stado. Gdy zwiedzałem teren hacjendy w marcu tego roku, Lucio, mój lokalny, zaimprowizowany przewodnik, zdziwiony był że bardziej niż ruiny hotelu, czy willi, zniszczone nie tylko przez przyrodę, ale i setki poszukiwaczy skarbów liczących że Escobar ukrył gdzieś w nich dolary, bądź złoto, interesują mnie hipopotamy. Zdziwiony i niezbyt zadowolony, bo lokalni mieszkańcy boją się tych 3-tonowych gigantów. Doprowadził mnie więc do pewnego miejsca i kazał usiąść i czekać. –O zmierzchu się pojawią, ale do nich nie podchodź. Ja po ciebie przyjdę, gdy zrobi się ciemno-. Więc tak siedziałem i czekałem przez prawie dwie godziny, tępo gapiąć się w rozciągające się przede mną mokradła i coś co chyba było sztucznym jeziorem, kompletnie teraz zarośniętym. I już nawet myślałem, że Lucio zrobił mnie w balona, gdy nagle, w świetle zachodzącego słońca, coś się poruszyło. Jeden, drugi, trzeci... z zarośniętego bajora, jakby spod ziemi, zaczęły wychodzić majestatyczne olbrzymy. Naliczyłem ich 11. Chyba. Bo wraz ze znikającym słońcem zaczęła szybko otaczać mnie szarość, zlewająca hipopotamy i okoliczne krzaki w takie same ciemne plamy. Po kilkunastu minutach wszystko było czarne. I tylko dobiegające do mnie donośne chrząknięcia i stękania dowodziły, że wcale nie jestem sam. No i były jeszcze komary. Setki, tysiące komarów, dla których najwyrażniej byłem najsmaczniejszym kąskiem w okolicy. Tymczasem mlaskania i chrząknięcia stawały się coraz bliższe. Czasem wydawały się bardzo bliskie. Czułem się bardzo nieswojo. Już nawet nie zwracałem uwagi na tnące mnie insekty, ale głowiłem się co będzie, jeśli Lucio nie wróci. Czy nie zacząć samemu szukać powrotnej drogi? Ale gdzie, w którą stronę? Moje rozważania na szczęście przerwało ciche wołanie: „Señor Polaco, Señor Polaco”. Uff... Nie zostawił mnie! Problemy hipopotamów zaczęły się krótko po mojej wizycie. Młody samiec, samica i prawdopodobnie ich dziecko, odłączyli się od stada. Prawdopodobnie zmuszeni zostali do tego przez dominującego je, najstarszego samca. Trójka rozpoczęła więc wędrówkę w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłaby stworzyć własne stado. Problem w tym, że miejsc takich jak hacjenda Nápoles nie ma w Kolumbii zbyt wiele. Trójka dostała się więc do rzeki Magdalena i zaczęła płynąć z jej nurtem, budząc niejednokrotnie przerażenie nic nie wiedzących o istnieniu w ich kraju hipopotamów rybaków i mieszkańców nadbrzeżnych wiosek. Zaalarmowane władze departamentu Antioquia podjęły więc szybko decyzję. Hipopotamy trzeba zabić. Zaczęło się ich tropienie. Dwóch wynajętych zawodowych myśliwych, uzbrojonych w strzelby dużego kalibru do pomocy dostało oddział kolumbijskiej armii. Po kilkunastu dniach zlokalizowano samca. Żołnierze strzelając w powietrze z karabinów maszynowych nakierowali wystraszonego giganta na stanowiska myśliwych. Ci, celnymi strzałami, zabili hipopotama. I pewnie nikt o całym wydarzeniu by się nie dowiedział, bo departamentalne władze, postanowiły trzymać sprawę w tajemnicy, gdyby żołnierze nie zrobili sobie pamiątkowego zdjęcia. Tak jakby brali udział w afrykańskim safari:
Zdjęcie oczywiście wyciekło do prasy. Ta nazwała hipopotama Pepe, opisała całą historię i zaczęły się protesty. Demonstranci domagają się od władz w Bogocie anulacji departamentalnej decyzji o zabiciu pozostałych zbiegów z hacjendy Escobara: hipopotamicy Matyldy i jej dziecka Hipa. Urzędnicy do niczego się nie zobowiązują, ale obiecują, że postarają się, w miarę możliwości, zwierzęta uratować. Problem w tym, że nikt nie wie, gdzie się one teraz znajdują. Zresztą nawet nie ma pewności czy Matylda i Hip naprawdę istnieją, bo według niektórych świadków zbiegów-banitów była tylko dwójka i obaj byli samcami.
>Technorati tags: Kolumbia, hipopotamy, Pablo Escobar, Hacjenda Nápoles, Puerto Triunfo. środa, 22 lipca 2009, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
Jeszcze o kolumbijskich hipopotamach...
z Podróż na Południe
Gdy opisywałem kilka dni temu historię kolumbijskich hipopotamów , sierotach po narkotykowym bossie Pablo Escobarze, zapomniałem dodać, że problem z nimi nie ogranicza się tylko do wygnanych z głównego stada młodzieńców. Coraz większy kłopot i ... » Wysłany 2009/07/24 19:25:17
Komentarze
hjuston
2009/07/22 17:17:51
dzieki. nie wiedzialam, ze historia pepe jest tak zwila. a zrobiles jakies zdjecia tym hipciom na tej wyprawie przyrodniczej?
2009/07/22 17:26:51
@hjuston: Nie, niestety zadnych. Wybralem sie, jak ta gapa, na ten kilkudniowy kolumbijski wypad bez ladowarki akumulatorow do aparatu. I tam bylem juz bez pradu. :(
2009/07/22 17:58:18
Swietna, choc w konsekwencji smutna dla Pepe historia. No i ten Escobar - z jednej strony kartel, a z drugiej zwierzaki i dzieci z Medellin. Czy wiesz, jaki byl stosunek mieszkancow okolic do niego za zycia i po smierci? Bo dla niektorych mogl wygladac jak dobroduszny wujek...
Gość: oyeloca, 89-79-250-72.dynamic.chello.pl
2011/11/11 10:43:37
Dziś dokument o hipopotamach Escobara na Discovery World. Bardzo ciekawe!!
|