BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

Kochankowie z Brisas del Mar

Upalny, duszny wieczór w Puerto Colombia na wenezuelskim wybrzeżu. Siedzę na tarasiku mojej ulubionej restauracyjki Brisas del Mar i, najedzony wyśmienitymi calamares al ajillo (kalmary smażone z czosnkiem), sączę zimną, zieloną Solerę - jedno z niewielu wenezuleskich piw nadających się do picia.

Patrzę jak z położonej tuż obok przystani rybackiej kupcy wynoszą dopiero co złowione dziwne morskie stwory: ośmiornice, kraby, siatki pełne niewielkich ryb o wielkich oczach i ognistoczerwonej łusce, albo stalowoczarne olbrzymy o długich nosach, do transportu których trzeba dwóch rosłych facetów. Nabywcy to prawie zawsze ci sami właściciele miejscowych punktów gastronomicznych i lokalni hurtownicy. Wszyscy się znają, transakcje dokonywane są praktycznie bez wymiany słów.

Z zakupów wraca też właściciej knajpki w której właśnie siedzę – człowiek na wiecznym rauszu, o wielkim, nadętym brzuchu i chudziutkich jak patyki nogach. Zatrzymuje się przy mnie i bez słowa pokazuje co ma w niesionych siatkach. Rozpoznaję kilka latarników i równo ucięty fragment potężnej rybiej tuszy. Wpadnij jutro na obiad, wyjątkowo będzie świeże – powtarza, jak co wieczór, swój najwyraźniej ulubiony dowcip.

Gdy odchodzi, na tarasie zostaję ja i dwójka siedząca przy najdalej ode mnie położonym stoliku. Gdy ja zamawiałem swoje dawno już zjedzone danie, oni już tam byli. Zwróciłem na nich uwagę, bo – mimo, że siedzieli razem - wyglądali jak dwie zupełnie sobie obce osoby. Siwy facet z włosami spiętymi w kucyk i koszulką wpuszczoną w jeansowe krótkie spodnie. I jeszcze te białe skarpetki i sandały... Stuprocentowy, zachodni turysta. Ona - dużo młodsza, dwudziestokilkuletnia, nieatrakcyjna Wenezuelka. Ale też nie miejscowa. W Puerto Colombia rdzenni mieszkańcy są czarnoskórzy, ona tymczasem, choć ciemna, miała też lekko indiańskie rysy. Naburmuszona. Każde patrzy w inną stronę i przez cały wieczór ani razu nie zauważyłem aby zamienili ze sobą choć tylko słowo.

Gdy po raz kolejny zerknąłem w ich stronę, facet zamachał do mnie i wykonał gest zapraszający abym dosiadł się do ich stolika. Co też zrobiłem. Natychmiast padły dwa pytania. On czy mówię po angielski, a ona czy znam hiszpański. Gdy na oba odpowiedziałem twierdząco na ich twarzach pojawiły się uśmiechy.

Co się okazało? On jest emerytowanym amerykańskim prawnikiem z Chicago, ona niewykształconą dziewczyną z Margarity. Ma 25 lat i 12 letniego syna. On nie mówi po hiszpańsku, ona nie zna angielskiego. On uważa Cháveza za bandytę, ona jest członkiem stworzonej przez wenezuelskiego prezydenta partii PSUV. On chciałby do końca życia mieszkać w gorącym klimacie, ona marzy o wyjeździe na stałe do USA. Oboje przyznają, że strasznie się ze sobą nudzą. Ale mieszkają razem, na Margaricie właśnie. I są małżeństwem. Od dwóch lat.

Ona narzeka, że mąż w łóżku nie jest już w stanie nic zrobić. Że nigdy jej nic nie zrobił. On się pyta, czy nie zechciałbym się przespać z jego żoną. Ja dziękuję, ale on nalega. Ona się pyta czy się mi podoba. Kłamię, że brzydka nie jest, ale że ktoś na mnie czeka. Sytuacja robi się niezręczna, krzyczę więc do brzucha na patykach aby mi przyniósł rachunek. Oni proszą żebym jeszcze chwilę został i z nimi pogadał. Mam przetłumaczyć jej mężowi iż tego wieczoru ona musi jeszcze zadzwonić do syna. On się chwali, że jej synowi kupił wypasiony komputer. I dodaje, że wydaje mu się iż syn jest – na szczęście – bardziej inteligentny od matki...

Na stole pojawia się rachunek, płacę szybko i z ulgą. Oni się pytają, czy jutro nie zechciałbym zjeść z nimi obiadu. Że zapraszają. On zaprasza. Bo ona nic nie ma, jest biedna – podkreśla. Nie, nie zjem, jutro płynę do Chuao. Na szczęście...

Tego wieczoru długo nie mogłem zasnąć. I to nie tylko z powodu lepiącego się do ciała upału, którego nawet hotelowy wentylator nie potrafił przerzedzić. Dużo myślałem o poznanej parze. Co sprawia, że ludzie tworzą takie związki? Nie będące w sumie nawet związkami. Gdzie nie ma seksu, czułości. Gdzie chyba nawet nie ma wielkich pieniędzy. Gdzie ludzie pogadać ze sobą nie mogą... Choć może to i lepiej, bo może nawet do końca nie zdają sobie sprawy ile ich dzieli...

Zasnąłem dopier po kilku łykach z butelki rumu. W Wenezueli jest on rzeczywiście świetny.

Następnego ranka idąc do rybackiej przystani w poszukiwaniu łodzi mogącej mnie zabrać do Chuao, ponownie widziałem poznaną dzień wcześniej parę. Siedzieli na tarasie baru. On czytał książkę, ona wystawiała twarz do słońca. Byli przy dwóch różnych stolikach.

Nie zobaczyli mnie. Uff...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .

czwartek, 11 czerwca 2009, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2009/06/11 10:49:03
niekiedy potrzeba bycia z kims jest tak silna, ze az nienaturalna tak jak w tym wypadku, a oboje mimo opisanych przez Ciebie minusów, zapewne również korzystaja z tego zzwiazku, on nie czuje sie dzieki niej staro i ma kogos pod ręką, ona natomias dzieki jego zielonym banknotom moze zapewnic lepszy byt synkowi...

pozdrawiam - swietna historia !
-
2009/06/11 22:54:10
a ja chce reklamy !!!
-
2009/06/11 22:57:05
Tierralatina, moze miales NAJPIERW wypic ta butelke rumu, a pozniej wysluchac lozkowej propozycji? :)
ponoc nie ma nieatrakcyjnych kobiet tylko czasem wodki/rumu brak ;)
-
2009/06/11 23:30:32
Ale jest przeciez tylu ludzi na swiecie.Ona moze nie ma specjalnego wyjscia,ale na faceta z kasa czeka wiele pokus.Chyba ,ze ta kasa tez iluzoryczna.Komputer nawet wypasiony ,nie jest specjalnie drogi.Wiec moze ta jego kasa wystarcza tylko na przecietne zycie i wyzej...nie podskoczy.No wiec sa razem z braku innego wyjscia.A jak facet jest impotentem to na inne panienki tez za bardzo zabrac sie nie moze.Bardzo frustrujaca sytuacja dla obu stron.
-
Gość: buendia, avf82.internetdsl.tpnet.pl
2009/06/12 00:43:42
smutna ta ich historia... Niezła propozycja... i pachnie podstępem... może nawet zlym zakończeniem dla NIEZNAJOMEGO. no ale pewnie ktos w końcu sie skusił i nie odmówil jak Ty ;)
apropos... może jakiś wpis i zdjecia z wodospadów w Chuao. Byłam kiedyś w Puerto Colombia i nawet udalo mi sie dopłynąć do Chuao, lecz dalej... do wodospadów nie dotarłam. podobno pięknie tam.
-
2009/06/12 01:24:30
tierralatina:Poswiecasz Wenezueli ,a szczegolnie jej przywodcy wiele miejsca na swoim blogu.Wydzwiek jest zdecydowanie negatywny.Mam pytanie-to czemu tam siedzisz?O masochizm Cie nie posadzam.Zawod zwykle okreslales dosc enigmatycznie.No bo wieczny turysta to przeciez nie zawod.Z czegos trzeba zyc.Korespondent to jest to co mi przychodzi do glowy.
-
2009/06/12 02:12:59
Więc zaszła w ciążę mając 12 lat. Co miała z życia? I co będzie miała?

-
2009/06/12 03:12:52
@andsol: Strasznie duzo tu nastoletnich matek. Zreszta w Brazylii, z tego co wiem, jeszcze kilkanascie lat temu tez byl to problem, z ktorym jakos sobie poradzono.

12-13 - letnie matki to wprawdzie i na szczescie zjawisko niezbyt powszechne, ale takie 15-16 letnie, to juz szara codziennosc. Zreszta wczesne maciezynstwo nie jest jeszcze takie przerazajace. Na mnie najwieksze wrazenie robi wczesna wielodzietnosc. Poznalem juz takie dziewczyny, ktore w wieku 18 lat maja trojke, czworke dzieci i wychowuja je same. Czasem jeszcze opiekujac sie rownolegle mlodszym rodzenstwem, czy/lub schorowanymi rodzicami.
Powodow tego zjawiska jest wiele. Brak edukacji to nie wszystko. Czesto kobiety swiadomie chca miec szybko i wiele dzieci w nadziei, ze te podrosna i zaczna pracowac (badz przynosic do domu pieniadze, co niekoniecznie jest synonimem pracy). Wielodzietnosc jest tez "szczepionka" na wysoka umieralnosc w dzielnicach biedy. Wiadomo, ze jak masz trojke to wieksze sa szanse iz ktores dozyje doroslosci, niz gdy jest tylko jedno. I bynajmniej nie problemy zdrowotne sa najwiekszym zagrozeniem... Bo na dzieci czeka wiele zagrozen. Gangi, przestepczosc, prostytucja. W samym tylko Caracas szacuje sie, ze jest ponad 80 tysiecy prostytuujacych sie nieletnich. Dziewczynek i chlopcow.

@tartaczek: Wenezuela to na szczescie nie tylko Chavez. To tez piekny, w duzej mierze pusty kraj. Wiele tu jest do zobaczenia, wiele tu mam jeszcze do zobaczenia. Bynajmniej nie mecze sie, jest ciekawie. Takze dzieki Chavezowi. Lubie gdy cos sie dzieje, gdy kazdy dzien przynosi niespodzianki. Dlatego Europa mnie mierzi.
Mam tez tu wielu przyjaciol, bliskich mi osob. Kiedys mieszkalem, przez kilka miesiecy w Chile, przez jakis czas mieszkalem w Sao Paulo, troche w Limie, teraz duzo czasu spedzam w Wenezueli, a wkrotce bedzie to byc moze Peru i Argentyna, bo za sniegiem i zimnem sie troche stesknilem (mowie powaznie).
O swoich zawodach pisalem juz kilka razy, to zadna tajemnica. Imam sie roznych zajec: pisze (nie tylko po polsku), gadam, tlumacze, robie zdjecia, doradzam czasem, organizuje wyprawy, etc. W zyciu swoim nie mialem etatu.
-
Gość: plant, host81-153-146-132.range81-153.btcentralplus.com
2009/06/12 12:32:13
i doskonale na tym wyszedles. gratuluje wytrwalosci, oplaca sie, chetnie tez poczytalbym cos, co napisales poza blogiem. mam nadzieje, ze awaria laptopa nie wplynie powaznie na liczbe wpisow:)
-
2009/06/12 20:31:15
@plant: Awaria laptopa jest niestety dosc uciazliwa. Wprawdzie pozyczono mi stary komputer, na ktorym teraz pisze, ale niestety juz wkrotce bede musial go oddac. Czy uda mi sie naprawic tutaj mojego hp, niestety nie wiem. Ze wzgledu na kontrole walutowa jakiekolwiek serwisowanie czegokolwiek jest w Wenezueli koszmarem. Zreszta samo hp zupelnie zamknelo z tego powodu swoj pogwarancyjny serwis techniczny. Pozostaje liczenie na niezaleznych "magikow". Zobaczymy. W najgorszym razie bede musial poleciec do Miami, badz Panamy.
Co do tekstow pisanych gdzie indziej to kilka razy juz wrzucilem na bloga rzeczy, ktore ukazaly sie gdzie indziej. Najczesciej troche zmienione. Zdarza sie tez, ze te gdzie indziej pisane teksty bylyby zupelnie niestrawne dla postronnego czytelnika, albo nie maja nic wspolnego z tematyka bloga.

@buendia: Niestety nie mam zadnych przyzwoitych zdjec wodospadu Chorreron, bo tak sie nazywa ten w Chuao. Choc mowienie o wodospadzie "w Chuao" jest w sumie niewlasciwe - z Chuao do wodospadu sie idzie 2-3 godziny.
Ja mam takiego pecha, ze jak tam jestem to albo nie mam aparatu - i wtedy jest swietna pogoda, albo, gdy targam na plecach sprzet - pogoda jest tak do kitu, ze nawet go nie ma po co z plecaka wyjmowac.
Ostatnio ponownie sie napalalem na wyprawke do wodospadu, ale niestety nic z tego nie wyszlo. Tez dotarlem tylko do Chuao.
Ale nie trac nadziei - moze jeszcze kiedys go zobaczysz. Miejscowi mowia, ze na Chorreron trzeba sobie zasluzyc... ;)
-
2009/06/12 22:02:14
No wiesz Kochany, jak Ty na łamach bloga chciałbyś uzyskać odpowiedź na dręczące ludzkość o wieków pytanie po co tworzą takie ch*** związki, to... to... to chyba Ci się nie uda! ;-)
Ja od siebie dodam, że mając lat 30-ści, nie znam ani jednej fajnie i szczęśliwie dobranej pary. Dobra, znam jeden taki związek, tyle że okraszonyi łzami osób trzecich.
Buziaki z Dublina.
Ofczątko
P.S. Dumna z Ciebie jestem, że nie skorzystałeś! :-)
-
2009/06/14 00:17:57
Ależ filmowa historia...ten opisany przez Ciebie obrazek, sytuacja, rozmowa z ta parą to świetny pomysł na scenariusz....Cóż - czasem życie pisze przecież takie scenariusze...że są razem: z różnych powodów.....Ale nieszczęśliwi. I razem napewno nie zostaną. Takich par są setki....wszędzie.
Fajny blog. Czytam już od dawna.
sweet_a
P.S. A z tą filmowością taki mi się skojarzyło, bo dziś widziałam świetny argentyński film: "Lwica" Pabla Trapero. Świetne kino!
-
2009/06/15 18:36:51
Eh duzo par mowi roznymi jezykami, chociaz nie tak doslownie jak ta. Laczymy sie miedzy soba bo chcemy roznych rzeczy od siebi nawzajem, a potem trwamy latami w ciszy.

ps. Tierra ja sie nie spodziewalam , ze z Ciebie takimi mily chlopak, zeby powiedziec komplement brzydkiej dziewczynie;) i lacze sie w sentymencie do Wenezueli.
-
Gość: Gata, 200.186.59.5*
2009/06/15 22:29:53
Historie zycia w Am.Lac...swietne!
Fakt, rzeczywistosc bywa tu smutna...chociaz ci ludzie nie wygladaja na smutnych!
Pozdrawiam cieplo z Brazylii - i zapraszam!
-
2009/06/16 10:32:57
Jak oni się dogadują? Jedno mówi po hiszpańsku, drugie po angielsku? Ciekawe, jak ślub brali? Jedno powiedziało "si", a drugie "yes, yes, yes"?;-))) To groteskowe, ale jak widać prawdziwe.
-
2009/06/16 20:42:18
@recoleta: Nie dogaduja sie, wcale nie zauwazylem aby nawet probowali rozmawiac ze soba. Choc oczywiscie on cos tam na pewno z tego hiszpanskiego lapie. Raczej bardziej niz ona z angielskiego. Takie odnioslem wrazenie.
Co do slubow na ktorych kazdy z malzonkow odpowiada w innym jezyku, to bylem juz na takich. Nawet na takich, gdzie naprawde slabo sie malzonkowie sie ze soba porozumiewali. Ale byli zakochani i mieli wole jak najszybszego pokonania jezykowej bariery....