BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

Wenezuela jak PRL?

Początkowo ta notka miała nazywać się „Po czym poznać socjalizm?”, ale po chwili refleksji doszedłem do wniosku, że w sumie to co chcę opisać z socjalizmem ma niewiele wspólnego. Bo są przecież państwa, których rządy uważane są za lewicowe, socjalistyczne, progresywne (nazw jest wiele) i które mimo to funkcjonują bez większych zastrzeżeń. Nie mówię, że wszystko w nich jest ok, bo raju na ziemi - ani socjlalistycznego, ani kapitalistycznego - jeszcze nie spotkałem, ale po prostu działają.

Pewnie się mnie zapytacie co rozumiem, przez normalnie działające państwo? To czywiście sprawa dyskusyjna, ale dla mnie jedną z oznak normalności jest np. to, że Państwo stwarza takie warunki aby każdy w miarę rozgarnięty i w miarę pracowity człowiek, mógł się wykształcić, znaleźć pracę (bądź założyć własny biznes) i dość godnie i wygodnie żyć. Normalny kraj obywatel może też opuścić – z zupełnie dowolnego powodu, z którego nie musi się swym władzom tłumaczyć. Normalny kraj jest demokratyczny, nie dyskryminuje swych obywateli i stara się ułatwić im życie - zwłaszcza jeśli chodzi o kontakty między obywatelem a Państwem, bo w normalnym kraju urzędy są dla obywateli, a nie po to aby urzędnicy leczyli na petentach swe frustracje, czy nagminnie brali od nich łapówki. Normalny kraj dba o bezpieczeństwo swych obywateli, czyli m.in. efektywnie walcząc z przestępczością. Wreszcie, w normalnym kraju Państwo pomaga najsłabszym, czyli tym którym się nie chce, bądź nie potrafią.

Wymienione warunki, w mojej koncepcji normalnego kraju nie są rozłączne. Tzn. Państwo musi starać się je spełnić wszystkie, a nie jedynie wybrane z nich. Bo kraj w którym nikt nie umiera z głodu, ale nie pozwala podróżować swym obywatelom normalny już nie jest. Albo taki, który np. dyskryminuje kobiety.

Pisząc o moim ideale normalnego kraju zastanawiałem się przez chwilę, czy pisać też o wolnej, rynkowej gospodarce (oczywiście nie pozbawionej pewnego państwowego nadzoru), jako o jednym z niezbędnych warunków. W końcu nie napisałem. Ale nie dlatego, że doszedłem do wniosku iż nie jest ona niezbędna. Przeciwnie – nie napisałem, bo uznałem, że zawiera się ona w zapewnieniu obywatelom godnego i wygodnego życia. Gospodarka centralnie planowana takowego zapewnić nie może. Jest to przekonanie jakiego nabrałem jeżdżąc po świecie i obserwując różne rynkowe eksperymenty. Ekonomistą nie jestem, więc naukowo Wam tego nieumotywuje. Wiem tylko, że centralne planowanie nie działa. Zawsze, ktoś się czymś pomyli, o czymś zapomni, na czas nie wyda odpowiedniej zgody, nie dostanie łapówki, czy też źle przewidzi popyt. Końcowy efekt jest taki, że na centralnie sterowanym rynku zawsze czegoś brakuje.

Wenezuela nie jest tu wyjątkiem. Odkąd rząd Cháveza zaczął ręcznie manipulować przy mechanizmach rynkowych, nacjonalizować sprawnie działające zakłady, odkąd wprowadził ścisłą kontrolę obrotu dewizami, oraz tzw. ceny urzędowe na niektóre produkty, ze sklepów zaczęły okresowo znikać pewne towary. Nie, nie twierdzę, że do wenezuelskich skepów zaczął zaglądać kryzys. Sklepy i supermarkety są zazwyczaj pełne. I asortymentu i kupujących. Odkąd jednak regularnie odwiedzam ten kraj zawsze jest coś, czego akurat chwilowo nie można dostać. A to cukru, a to drobiu, a to mąki, a to mleka.

Ciekawe czego brakować będzie tym razem, zastanawiałem się gdy w połowie stycznia ponownie wylądowałem na lotnisku w Caracas (jeszcze do niego wrócimy)?.

Już wiem... Podczas minionego weekendu pojechałem do Ocumare. Niewielkiego miasteczka, malowniczo położonego nad brzegami Morza Karaibskiego. Mam tam swój ulubiony, niewielki hotelik. Skromny, pozbawiony nazwy, ale relatywnie czysty i niedrogi. Piszę „relatywnie”, bo czystości wenezuelskich hoteli będę kiedyś musiał poświęcić osobną notkę, zaś inflacja rozpędza się niczym bolid Kubicy sprawia, że ceny rosną tu nieustannie.

Wilfrido, jego czarnoskóry właściciel, jest typem sympatycznego gbura. W pierwszym kontakcie opryskliwy, ale w sumie chętnie służący radą co i jak jeszcze zwiedzić w okolicy, albo w jakiej restauracji można stołować się bez troski o własne zdrowie, a przeciwieństwie do tych które „nigdy nie wymieniają oleju”.

Wyjątkiem w jego chęci pomocy jest „el día después”, czyli „dzień po” lokalnych imprezach. Wilfriedo przesiąknięty rumem, całą swą energię kieruje wówczas na walkę z poziomem alkoholu we własnej krwi. Wtedy lepiej się do niego nie zbliżać. Wilfrido potrafi wywiesić na drzwiach swojego hoteliku „Todo ocupado”, czyli wszystkie pokoje zajęte, mimo że tak naprawdę nie ma ani jednego gościa. Po prostu nie chce aby mu zawracać głowę.

Tak też było i tym razem. Miniony weekend był ostatnimi dniami karanawału na wenezuelskim wybrzeżu, więc alkohol lał się strumieniami. I na drzwiach hoteliku wisiała dobrze mi już znana tabliczka „Todo ocupado”. Znając już zwyczaje właściciela zpukałem jednak od zaplecza i po wysłuchaniu kilu przekleństw, krótkiej opowieści o dwóch turystkach z USA, które poprzedniej nocy tak się upiły że „tyłka dałyby nawet ulicznym psom”, otrzymałem klucze od pokoju.

Nie minęło zbyt wiele czasu aż zauważyłem, że w pokoju, a dokładniej przylegającej do niego mikro-łazience brakuje jednego, bardzo ważnego elementu – papieru toaletowego. Kto podrózował po krajach tropikalnych ten wie, że to rzecz która z zaskoczenia, w każdej wręcz chwili może stać się dramatycznie niezbędna.

Natychmiast więc podrałowałem na dół i pukając do drzwi mieszkania Wilfrido krzyknąłem przez nie: „Nie ma papieru toaletowego!”. „Nie ma, bo nie ma” –usłyszałem burknięcie w odpowiedzi i już wiedziałem, że dzisiaj niczego więcej w tym temacie nie wskóram.

Nie pozostało mi nic innego jak nabyć niezbędną rolkę drogą kupna. Wielobranżowy sklepik na szczęście leży zaledwie dwie przecznice dalej więc niezwlekając ruszyłem w jego kierunku. A tam jak zwykle tłumy. Piwo, rum, aguardiente, kremy do opalania, środki przeciw komarom, kondomy – każdy chce coś innego. I sprzedawca jak maszyna to wszystko, błyskawicznie jak na Wenezuelczyka, wydaje, kasuje, prosi następnego. Z tego transu wyrwało go dopiero moja prośba – papier toaletowy, jedna rolkę poproszę. Spojrzał na mnie wyraźnie zdziwiony. Papier toaletowy wycedziłem jeszcze raz, myśląc że może nie zrozumiał mojego hiszpańskiego. A on jeszcze bardziej zdziwiony odpowiedział: Nie ma, już od miesiąca nie ma. Kup sobie gazety.

Przyznaje się, że nie od razu załapałem. Musiał mi jeszcze raz wytłumaczyć, że w papier toaletowy nie zaopatrują go już od kilku tygodni. Że nigdzie nie mają. Że można się wycierać np. pociętymi gazetami. Albo podartymi jednorazowymi pieluchami, jak ktoś ma wrażliwy zadek. Turyści zazwyczaj kupują pieluchy – dodał. A ja kupuje Diario VEA – dopowiedział ktoś z kolejki, wzbudzając natychmiast gorącą dyskusję zebranych jaka gazeta najlepiej, z politycznych względów, nadaje się do wycierania tyłka. Kupiłem w końcu VEA. To najbardziej, oszołomsko wręcz prochavezowska wenezuelska gazeta. Tania w dodatku.

Po powrocie do Caracas postanowiłem dogłębniej zbadać problem papieru toaletowego. M.in. dlatego, że rolka w mojej stołecznej miejscówce także była już bardzo cieniuuutka. W pierwszym sklepie dowiedziałem się, że nie jest tak źle. Że nie jest prawdą, iż papieru nie ma wcale. Bo, przynajmniej w stolicy, papier bywa. Trzeba więc nań polować.

No to udałem się na polowanie. W piątym z kolei supermarkecie (mniejszych sklepów nie liczyłem) był. Już przed wejśc iem do niego wiedziałem, że szczęście się do mnie uśmiechnęło, bo każdy wychodził z naręczem białych rolek. I uśmiechem zdobywcy na twarzy. W środku, w rejonie produktów łazienkowo kuchennych, pracownicy narzucili iście wojskową dyscyplinę. Wiodąca między półkami z papierem alejka tylko jednokierunkowa, a personel nieustannie ponaglał klientów: Proszę nie tamować ruchu, wiele osób chce kupić papier, proszę tyle nie brać, maksymalnie 12 rolek na osobę, kasjerki i tak więcej nie przepuszczą!

Brak papieru toaletowego to dla mnie jeden z symboli PRL-u. Z racji na wiek nie tak wiele z niego pamiętam, ale kolejki po papier akurat tak. I pocięte gazety w łazience też. Pewnie gdybym był starszy i odstawał swoje w oczekiwaniu na wymarzone rolki to nabył bym nawyki przydatne w takich sytuacjach. Czyli chociażby kupować wszystko co akurat jest do kupienia. A tak, jak ten jeleń, kupiłem tylko jedno opakowanie z 4 rolkami. Bo więcej przecież nie potrzebuję – pomyślałem.

reglamentowany papier toaletowy w Wenezueli

Zdjęcie zrobione telefonem komórkowym, więc wybaczcie marną jakość.

To, że zrobiłem błąd zrozumiałem przed domem w którym mieszkam gdy odwiedzam Wenezuelę. Sąsiad widząc mnie z papierem zrobił wielkie oczy i natychmiast zapytał gdzie go zdobyłem. Wyjaśniłem, a on szybko pobiegł do samochodu. Później do mnie zdzwonił. Smutny, bo nie zdążył. Gdy dojechał papieru już nie było. Zapytał się też mnie, czy dawali tylko po cztery rolki. Powiedziałem, że dawali więcej ale kupiłem tyle, ile wydawało mi się potrzebuję. Nie wiem czy zrozumiał...

O tym, że Wenezuela coraz większymi krokami odchodzi od normalności świadczy też wspominane już wielokrotnie lotnisko w Caracas. I nie chodzi mi już nawet o to, że tam chyba każdy pracownik, ze strażnikami granicznymi włącznie dorabia jako cinkciarz. Do tego się już w sumie przyzwyczaiłem. Wciąż zadziwia mnie jednak to, jak ta coraz bardziej rozrośnięta i zatrudniająca coraz więcej osób wenezuelska biurokracja staje się coraz mniej efektywna. Na przylotach stołecznego lotniska jest chyba ok. 40. stanowisk odprawy paszportowej. 40 okienek, 40 komputerów i... 5, dosłownie pięciu, pracowników tejże odprawy. Tylu przynajmniej pracowało gdy ostatnio tam byłem. I to nie w nocy, czy o świcie ale ok. godziny 15 gdy przylatują m.in. wielkie samoloty z Madrytu, Lizbony, Paryża i Frankfurtu. Czyli dziesiątki setek pasażerów do odprawienia. Którzy kłębią się i bezradnie szukają końców pozawijanych i wielokrotnie przecinających się kolejek. Efekt: godzina i 25 minut oczekiwania na samą tylko odprawę paszportową. Bo potem jest jeszcze odprawa celna... Ale można oczywiście szybciej. Jakiś facet zapytał się mnie i innych w kolejce czy się spieszymy. Bo ponoć za jedyne 20 dolarów kolejkę można obejść i odprawić się poza kolejnością...

(Tu przerywam, bo Blox twierdzi że notka jest zbyt długa. Te kilka ostatnich akapitów, o tym jak w Wenezueli poluje się na paszporty, wkleję po północy)


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .

wtorek, 03 marca 2009, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Wenezuela jak PRL? Dokończenie. z Podróż na Południe
Poniższy tekst jest kontynuacją i integralną częścią poprzedniego wpisu . Podzielony on został tylko i wyłącznie z przyczyn technicznych. No i jeszcze jedna, ostatnia na dzisiaj wenezuelska anegdotka. Też z pewnymi analogiami do PRLu. Chodzi o ... »
Wysłany 2009/03/04 07:22:10
Komentarze
2009/03/04 01:45:32
Że też dożyłem czasów Polaka uczyć kolejek. Jeszcze w kolejdce dzwonimy po znajomych i sąsiadach, że rzucili. Bierzemy 12 rolek, do samochodu i nazad w kolejkę. Co ma do rzeczy, że potrzebujemy 4? Za tydzień zabraknie czego innego i pójdzie na wymiankę. Trzeci raz stać w kolejce odradzam, może się przytrafić prywatny słuszny gniew ludu lub oficjalne zwalczanie panikarstwa i spekulacji w uroczystym odprowadzeniem do aresztu i utratą spekulacyjnych dóbr..
-
2009/03/04 01:52:33
Gazety. Trybuna Ludu najgrubsza była i najtańsza ale papier miała złośliwie gruby i glancowany, do niczego nienadający się. Doświadczeni podcieracze ratowali się długo ten papier miętosząc przed użyciem. Najgorszy czyli najlepszy pqpier miały popołudniówki Niestety też najcieńsze były, więc papier z nich wychodził w cenie jak za zboże.
-
2009/03/04 16:40:49
Niezly wpis. Tez sie wiele razy zastanawialem jak to jest, ze im biurokracja jest bardziej rozrosnieta, tym mniej staje sie efektywna.

Napisalbys moze kiedys przy okazji o kulturze, a raczej jej braku u wenezuelskich oficjeli. Moze ja mam pecha, ale tak bardzo chamsko-bezczelnych urzednikow jak ci w Wenezueli nie spotkalem w zadnym innym kraju. Zachowuja sie tak, jakby laske robili ze pracuja. I potrafia prosto w twarz powiedziec ze chca lapowki. Bynajmniej nie za to, ze zrobia jakas przysluge, ale ze laskawie wykonaja swoja prace.
W ubieglym roku bylem w Wenezueli swoim samochodem - zatrzymaly mnie jakies sluzby antynarkotyczne i powiedzieli, ze moga zabrac mi samochod aby przeprowadzic szczegolowa kontrole, ze byc moze beda musieli rozebrac go na czesci pierwsze i ze trwac to bedzie nawet kilka dni. No chyba, ze im zaplace... 100 dolarow wyciagneli ode mnie, twierdzac ze jest ich czterech wiec musza sie podzielic. Bandytyzm w bialy dzien.
-
2009/03/06 00:45:53
Znajomy kilka dni temu wrocil z wakacji na Margaricie w jakims wypasionym resorcie. I mowil, ze wszystko bylo fajnie poza serwetkami zamiast papieru toaletowego w kiblach. Teraz juz rozumiem dlaczego.

@ffamousffatman: "Jeszcze w kolejdce dzwonimy po znajomych i sąsiadach, że rzucili." A jak sie to robilo w PRL, gdy komorek nie bylo i telefonow w domach takze niezbyt wiele? :)
-
Gość: M, auh205.internetdsl.tpnet.pl
2009/08/08 11:11:40
Wpis bardzi ciekawy, ale przyczepię się do definicji kraju "normalnego": wg mniej, żaden kraj na świecie nie jest normalny, więcej - ten stan wygląda mi na bardzo trudno osiągalny... Więc czy nie lepsza byłaby nazwa "kraj idealny"? ;)
-
Gość: Iza, pool-71-187-202-177.nwrknj.fios.verizon.net
2009/08/09 00:48:32
Dziś po raz pierwszy trafiłam na ten blog, ale będę częściej zaglądać. Byłam w Wenezueli w 2005 i 2006 roku. Wówczas jeszcze nie było źle, ale słyszałam, że od tego czasu bardzo pogorszyło się.

@ffamousffatman - no właśnie, co to za Polak, którego trzeba uczyć jak zdobyć papier toaletowy? No chyba że bardzo młody, wówczas można mu wybaczyć, ale najwyższy czas, aby nadrobił straty ;-)

@Zuercher - za PRL posyłało się dziecko, żeby skoczyło i przyniosło, przekazało itp. A później wymyślono komórki i ludzie nie potrzebują już tylu dzieci.

@Minasgerais - wszyscy urzędnicy wenezuelscy, których dane mi było spotkać byli super mili. Aż się dziwiłam. Ale z tego co piszesz, to się chyba zmienia... Czyżby zaczynali porastać w piórka?
-
2009/08/09 00:54:51
@M: Zarowno idealnosc jak normalnosc, to dosc subiektywne i dyskusyjne pojecia... :)

@Iza: Milo mi i zapraszam tu kiedy tylko bedziesz miala ochote! Co do Wenezueli to niestety prawda... jakiekolwiek zmiany na lepsze trudno zauwazyc. Choc akurat papier toaletowy wrocil na polki. Teraz klopoty sa z kawa, bo... prezydent oglosil ze znacjonalizuje producentow kawy.