BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

W Boliwii spokojniej. Póki co…

W ciągu minionego tygodnia, po opublikowaniu notki o krwawych zamieszkach w Boliwii, otrzymałem aż kilkanaście e-maili od osób zaniepokojonych sytuacją w tym kraju. Zdecydowana większość zo były pytania od czytelników, którzy na najbliższe miesiące zapalanowali sobie odwiedzenie tego pięknego kraju. „Czy mam jechać, czy też zmieniać plany? Czy jest bezpiecznie?” – to najczęściej zadawane w e-mailach pytania.

Z jednej strony cieszę się, że niektórzy, mają do mnie aż tyle zaufania, iż proszą abym odpowiedział na aż taką wątpliwość. Z drugiej strony jednak, żądacie chyba ode mnie zbyt wiele. Wyrocznią nie jestem. Taką decyzję każdy musi podjąć sam. Ani ja, ani nikt inny, nie jest bowiem w stanie zagwarantować 100-owego bezpieczeństwa. I to dotyczy zarówno Boliwii, jak i każdego innego miejsca na świecie.

Jedyne co mogę zrobić to pomóc przeanalizować podstawowe argumenty za i przeciw ewentualnej podróży. A wnioski wyciągniecie sami. Oczywiście będą to argumenty dotyczące aktualnej sytuacji w Boliwii, nie jej potencjalnych walorów turystycznych, bo te są bezdyskusyjne.

Zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim krwawe starcia między zwolennikami i przeciwnikami prezydenta, o których ostatnio pisałem, już się zakończyły. 15 września w Santiago de Chile spotkali się przywódcy większości państw Unii Narodów Ameryki Południowej (UNASUR) i jednogłośnie wyrazili swe poparcie dla urzędującego prezydenta Evo Moralesa, oraz wezwali obie strony do negocjacji. Zapowiedzieli też wysłanie do Boliwii swych obserwatorów, oraz – w razie potrzeby – także negocjatorów.

I ta międzynarodowa presja zadziała. Prezydent Morales i prefekci czterech z pięciu kontrolowanych przez opozycję departamentów postanowili, że będą ze sobą rozmawiać i pragną narodowego pojednania. I jednogłośnie zaapelowali do manifestantów o zachowanie spokoju. Piąty opozycyjny prefekt, z departamentu Pando, gdzie w zamieszkach zginęło co najmniej 18 osób jest podejrzewany o wydanie rozkazu strzelania do demonstrantów i został aresztowany.

W chwili obecnej jest więc w Boliwii relatywnie spokojnie.

Warto też pamiętać, że zbuntowane przeciw Moralesowi departamenty Boliwii to tzw. wschodni półksieżyc. Czyli Pando, Beni, Santa Cruz, Tarija i Chuquisaca. To rolnicze i wydobywcze zaplecze kraju. Położone w większości na nizinach i gdzie mieszka zdecydowana większość białej mniejszości Boliwii. Regiony najbogatsze, ale też najmniej interesujące z punktu widzenia turysty. Bo ci przecież w Boliwii najczęściej odwiedzają znajdujące się na zachodzie kraju Andy, salary, indiańskie Oruro i Potosi. Tam zamieszek nie było. Te tereny zdecydowanie popierają Evo Moralesa i pod tym względem są obecnie politycznie stabilne.

Więc jeśli ktoś chce odwiedzić Boliwię z Chile, czy Peru to – jak dotąd – nie ma powodów do specjalnego niepokoju. Uważać oczywiście trzeba w La Paz, bo tam też niepokoje społeczne często znajdują swe ujście na ulicach. Jednak w La Paz uważać trzeba zawsze. I nie ze względu na politykę, ale zwykły bandytyzm.

I w ogóle trzeba te boliwijskie wydarzenia relatywizować. Szacuje się, że od początku września w Boliwii zginęło podczas zamieszek maksymalnie 30 osób. To np. zdecydowanie mniej niż podczas każdego weekendu pada ofiarą bandytów w samej tylko stolicy Wenezueli, Caracas. A jakoś mało kto się pyta, czy zrezygnować z powodu przestępczości z wizyty w Wenezueli.

Z drugiej strony jednak, i tu będą negatywy, sytuacja w Boliwii jest nadal potencjalnie wybuchowa. Rząd negocjuje z opozycyjnymi prefektami, ale efektów tych negocjacji wciąż nie widać. Prefekt departamentu Tarija, Mario Cossío, oświadczył wprawdzie dzisiaj, że „rozmowy nie zostaną zerwane i wydaje się, że doszło w nich do pewnych postępów”, ale równocześnie wiceprezydent Alvaro García ostrzegł, że „negocjacje nie mogą trwać wiecznie” i dodał, że rząd nie powoli „aby mniejszość zablokowała projekt nowej konstytucji”.

Bo to właśnie nowa, „socjalistyczno-indiańska” jak nazywa ją opozycja, ustawa zasadnicza jest głównym punktem niezgody. Dobrze prosperujące departamenty wschodu kraju nie chcą narzucenia im socjalistycznego modelu produkcji, ani odebrania udziałów w zyskach z wydobywanych na ich terenie surowców. Zbuntowane departamenty chciałby większej autonomii. Opozycji nie podoba się także, że Morales chce zlikwidować istniejący obecnie konstytucyjny zapis zakazujący prezydentom ubiegania się o reelekcję.

Opozycja oskarża też rząd o manipulowanie „obrońcami demokracji”. To zorganizowane przez indiańskich rolników, często uzbrojone w broń palną bojówki, które koncentrują się w chwii obecnej na granicach najbogatszego departamentu Santa Cruz. Póki co tylko blokują drogi, ale grożą zbrojnym marszem na ekonomiczną stolicę kraju – Santa Cruz de la Sierra.

Obecny spokój jest więc bardzo chwiejny i zamieszki w każdej chwili mogą wybuchnąć ponownie. Nawet bardziej intensywnie niż do tej pory.

Sytuacja jest na tyle niepewna, że chilijska prezydent Michele Bachelet zwołała dzisiaj kolejny szczyt Unii Narodów Południowoamerykańskich. Prezydenci spotkali się tym razem w Nowym Jorku, gdzie uczestniczą w inauguracji obraz Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

Kraje regionu na pewno zrobią wszystko aby podtrzymać stabilność w Boliwii i – przede wszystkim – nie dopuścić do rozpadu państwa. Ich zaangażowanie ma zresztą bardzo wymierne motywacje. Boliwia jest przecież głównym eksporterem gazu w regionie. A manifestacje doprowadziły już do przerw w jego dostawach. Co kosztowało np. brazylijski przemysł grube miliony dolarów. Urugwajskie, prestiżowe pismo Brecha ujawniło niedawno, że z boliwijskiego gazu korzysta aż 70 proc. potrzebujących go przedsiębiorstw w regionie São Paulo i aż 100 proc. firm w Porto Allegre.

Pozycja Brazylii i jej władz wobec Evo Moralesa jest szczególnie delikatna. Z jednej strony Lula nie chce dezawuować swego boliwijskiego kolegi socjalisty, z drugiej musi dbać o interesy swego kraju i swych obywateli. Tymczasem wśród wielkich posiadaczy ziemskich w Boliwii, których Morales nieustannie podejrzewa o finansowanie ruchów przeciw niemu, i których najchętniej by wywłaszczył, jest bardzo wielu Brazylijczyków. I niektórzy należą do nabogatszych i najbardziej wpływowych klanów Brazylii, na dobrych stosunkach z którymi Luli bardzo zależy. Szacuje się np. że aż 35 proc. produkcji soji w Boliwii znajduje się w rękach 200 brazylijskich plantatorów.

Reasumując. Sytuacja w Boliwii nie jest aż tak straszna jak mogłoby się to wydawać z prasowych tytułów. Jest jednak skomplikowana i potencjalnie nadal wybuchowa. Napięcia dotyczą jednak departamentów mających dla turystów znaczenie drugorzędne. Dlatego większość turystów odwiedzających Boliwię nawet nie zdaje sobie sprawy, że kraj ten ma poważne wewnętrzne kłopoty polityczne. Jechać, nie jechać? Decyzja należy do Was. I każdy pewnie podejmie ją według własnych kryteriów.

Kraj ten, wcześniej czy później, odwiedzić na pewno warto.


>Technorati tags: , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , .
poniedziałek, 22 września 2008, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: