BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

Się zlatynizowałem?

Kilka dni temu jechałem autobusem górską, krętą i słynącą z wypadków drogą. Jak to zwykle na tej trasie bywa, autobusowy kierowca czuł się królem i pędził ile tylko mocy w silniku. A że silnik miał olbrzymi, to i nawet samochody osobowe wyprzedzał. A jak nie wyprzedzał, bo na przykład nie było na drodze wystarczająco miejsca, to jechał z tyłu „zderzak w zderzak” tak długo, aż szoferowi osobówki psycha siadała i potulnie zjeżdżał na pobocze, aby przepuścić autobus.

Jakoś specjalnie nie zwalnialiśmy nawet przed zakrętami. I to mimo, że najczęściej widoczność była żadna, a autobus zakręcając zajmował całą szerokość drogi. Tam inni, mniejsi, mają uważać, czy nie nadjeżdża król tej drogi. On tylko ogranicza się do pociągnięcia za linkę uruchamiającą basowe trąby umieszczone na dachu i pełniące rolę klaksonu. „Jadę, pędzę, zmykajcie mi z drogi” – oznacza ten dźwięk. Inni użytkownicy tej drogi, na szczęście, doskonale znają jego znaczenie...

 autobusy na gorskiej drodze z Maracay do Choroní

sytuacja trochę się komplikuje, gdy na tego typu drodze spotkają się nagle dwa autobusy... 

Ponieważ pokonywałem tą trasę nie po raz pierwszy, kierowca wydający się być kamikadze nie robił już na mnie żadnego wrażenia. Uznałem, że po prostu trzeba ufać w jego umiejętności, innego wyjścia nie ma. Ale dla kilku innych obecnych w autobusie gringo musiała to być jednak nowość. Na to przynajmniej wskazywały co rusz dochodzące do mnie przekleństwa Anglików i piski australijskich backpackerek. Kierowca zwłaszcza na te ostatnie wyraźnie reagował – szelmowsko uśmiechał się pod nosem i dodawał jeszcze bardziej gazu, zerkając jednocześnie we wsteczne lusterko, próbując wyłowić w tłumie pasażerów pobladłe twarze...

W którymś momencie wydarzyło się jednak coś, na co wówczas właściwie wcale nie zareagowałem, a jedynie zarejestrowałem. Ten brak reakcji - myślę teraz - jest chyba dowodem na moją postępującą latynizację, na to że człowiek przyzwyczaja się z czasem do otaczającej go rzeczywistości i najdziwniejszych nawet zwyczajów i ekscesów.

Otóż z przeciwka jechał znajomy kierowcy naszego autobusu – oba pojazdy zatrzymały się obok siebie i niezaważając wcale na to, że całkowicie zatamowali ruch, kierowcy opuścili je i ucinali sobie na środku drogi przyjacielską pogawędkę. Jako że siedziałem w pierwszym rzędzie, tuż za fotelem kierowcy, mogłem przez szybę spokojnie ich obserwować. Pozostali gringo ściśnięci byli gdzieś bardziej z tyłu i po prawej stronie więc tego przywileju nie mieli. I chyba dobrze, bo nie wiem, czy widząc to co ja zobaczyłem, nie postanowiliby kontynuować podróży pieszo... :)

Otóż znajomy naszego kierowcy najwyraźniej coś świętował i na trzeźwego specjalnie nie wyglądał. Co najważniejsze jednak, wytoczył się ze swojego samochodu z potężną butelką rumu w dłoni. Nasz kierowca szybko mu ją jednak zabrał. Nie dlatego bynajmniej, że troszczył się o trzeźwość swego kumpla. Nie, po prostu też był spragniony... I energicznie zassał złoty trunek prosto z gwinta. Pogadali, pośmiali się, poklepali się po plecach i na odchodne jeszcze raz nasz kierowca dziabnął sobie z butli. Wrócił do autobusu, usiadł za kierownicą i... wystawił rękę przez okno, aby tamten jeszcze raz, ostatniutki, podał mu butelkę. Co kompan ochoczo oczywiście zrobił...

I ruszyliśmy w dalszą trasę. Ani wolniej, ani szybciej, równie szaleńczo co wcześniej. I kierowca nadal prowadził autobus jedną ręką, podczas gdy druga zajęta byłą pisaniem smsów...

Do celu dojechaliśmy bez przygód.

A Wy? Podzielcie się, proszę, podobnymi przygodami z podróży. Niekoniecznie po Ameryce Łacińskiej...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
czwartek, 04 września 2008, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2008/09/04 22:58:06
Ja pamiętam do dziś moje pierwsze wrażenia z szaleńczej jazdy kamikaze autobusem. Kilka lat temu w Chinach wracałem nocnym autobusem z gór do cywilizacji. Autobus nocny, wypełniony trzema rzędami metalowych rusztowań robiących za dwupoziomowe łóżka - niestety na chiński wymiar, więc o dobre 30 cm za krótkie.

Autobus pędził na złamanie karku, niemal nonstop w dół, zupełnie po ciemku po krętej drodze. Oczywiście w tej części świata również najbardziej przydatnym urządzeniem, gdy zblżasz się do zakrętu, jest klakson (bo przecież nie hamulec). Już sama ta jazda była wystarczająco szaleńcza i stresująca dla większości ludzi, ale kierowca musiał zadbać o dodatkowe atrakcje. Dobrą połowę drogi pokonał bowiem bez silnika - bo przecież skoro trasa prowadzi w dół, to po co marnować ropę, skoro robotę może wykonać grawitacja. To, że bez silnika trochę gorzej się hamuje to nie szkodzi - hamowanie i tak przecież przeszkadza grawitacji, więc za dużo paliwa trzeba by zużyć.

Przy co drugim zakręcie adrenalina wylewała mi się uszami, gdy niemalże czułem, że prawie, już prawie wylatujemy z drogi. Dzień wcześniej naoglądałem się zdjęć totalnie rozpłaszczonych autobusów, wywieszonych na dworcu jako przestroga - najwyraźniej na tej trasie masakry były dosyć częste - więc w myślach już przelatywałem te wszystkie rzeczy jakie miałem w planach jeszcze w tym życiu zrobić, a które może nie będą już mi dane.

I tak przez pierwszych sto kilometrów - potem wszedłem na kolejny stopień wtajemniczenia zen, stwierdziłem, że i tak nie mam na to wpływu, i w pozycji półembrionalnej (za krótka klatka vel łóżko) jakimś cudem udało mi się zignorować tę szaleńczą jazdę i wzorem wszystkich tubylców zasnąć jak dziecko.
-
2008/09/04 23:30:04
Mówiłbym o Twojej latynizacji gdybyś nauczył się sam prowadzić w ten sposób. A że opisujesz zdarzenie, nie jest ono normalne dla Twojej duszyczki. I podejrzewam, że krajan doszczętnie zlatynizowanych jest więcej niż chcemy o tym wiedzieć. Zauważ, że ludzie z Twoich stron (od Poznania na północ aż do morza) do dziś są traktowani jakoś inaczej, szyk galicyjski czy kresowy to nadal nieodpowiedzialność i jakośtambędziejskość.
-
2008/09/04 23:54:21
andsol-br: Juz kiedys prowadzilem autobus z ludzmi nie posiadajac do tego zadnych uprawnien. Ale uprzedzilem ich o tym... :)
Zgadza sie, ze cos jest w tym ze wydarzenie opisuje... Ale zaczalem sie nad nim zastanawiac dopiero kilka tygodni po. Tam, na miejscu, zupelnie na mnie to wrazenia nie zrobilo. Wiecej - pomyslalem wtedy sobie, ze sam napilbym sie rumu...

Ale... skoro przy piciu jestesmy. Kiedys w Brazylii wlasnie, mimo ze bylem sam pijany, odmowilem wejscia do samochodu kumpla (Brazylijczyka), ktory byl w stanie takim, ze nie byl w stanie otworzyc drzwi do niego... Powiedzial mi: Jak sie boisz, to sam prowadz... I poprowadzilem! Rozwiozlem wszystkich po So Paulo! :)

@bartek_rac: Fantastyczna historia. I nie dziwie sie, ze sie bales. Ja tez kiedys w portki robilem, gdy jechalem w Peru w nocy z facetem ktory wzial mnie na stopa i ktory... gasil swiatla przed zakretami, twierdzac ze w ten sposob widzi czy przypadkiem ktos z przeciwka nie jedzie... :P
A z Azji nigdy nie zapomne autobusowej podrozy z Jaffny do linii demarkacyjnej w Vavunya, na Sri Lance. Czyli na dobra sprawe przez caly teren kontrolowany przez partyzantow z LTTE. Szutrowa droga, pola minowe po kazdej stronie drogi, pedzacy kierowca aby zdarzyc przed zmierzchem na checkpoint, a w srodku komplet pasazerow, trzy kozy, nie wiem ile kur i... dwie beczki z benzyna. W tym jedna cieknaca. A wszyscy oczywiscie pala papierosy... Strasznie sie wtedy wkurzalem, ze mam tak niesamowicie sprawna wyobraznie, ktora podsuwala mi przed oczy najrozniejsze konfiguracje wypadkow...

@andsol-br: Zapomnialem - moja byla dziewczyna, z So Paulo wlasnie, - stwierdzila kiedys po podrozy przez cala Europe, ze Polacy to jedyni Latynosi na kontynencie. Komplement to byl. :)
-
2008/09/04 23:57:35
@andsol: So Paulo to oczywiscie Sao Paulo. Cos blox wycina "a" z tylda w komentarzach...
-
2008/09/05 01:02:48
Kiedyś rozgryzłem te fobie Bloxa, żeby mieć w komentarzach São nie da się wpisać "a z tyldą" ani numerkiem kodu "&+#+227+;", trzeba nazwą: "&+atilde+;".

Tak, słyszałem, że jesteśmy Włochami Północy, fajnie, ale czemu nie tymi spod Mediolanu...
-
2008/09/05 01:34:27
Akcja ma miejsce w carro publico. To prywatne osobowe auto, zbiera np. upchane 9 osób plus dzieciak na kolanach. Przeważnie człowiek czuje się, jak sardyna w puszcze ale zdarza się, że trafia na zupełny luz. Płaci grosze a jedzie, jak normalną taxi. I któregoś dnia właśnie tak się nam trafiło.

Wsiadamy, saludos, kierowca nie odpowiada, chcemy tu i tam, kierowca nie odpowiada, płacimy od razu bo mamy wyliczone, kierowca nie odpowiada tylko wysuwa do tyłu łapę po pesos. Suniemy w najlepsze ale coś nam nie pasuje. Podnoszę się trochę na tylnym siedzeniu i łypię w lusterko. Dziwne ma oczy ten gość, myślę. Pewne zmęczony. Mucho roboty dzisiaj, pada pytanie, kierowca milczy. Głuchy nam się trafił. O nie, zapuszcza radio. Zamiast cykania bachaty, jakieś kaczko-podobne riffy, hendrixowe gitarowe lamenty. Niespodziewane i fajne.

Czyli nie głuchy. Hendrix, o tak, bardzo dobry, podejmujemy temat. A kierowca nie podejmuje, kierowca ino Hendrixa słucha. Nagle gwałtownie przechyla się na siedzenie pasażera, i zaczyna pod nim grzebać. Czegoś szuka. Znaleźć nie może. Bardziej się pochyla. I jeszcze bardziej. Zakładamy, że auto za moment przejdzie na autopilota. Ale nie, spokojnie, facet wciąż dzierży kierownice jedną ręką, nie przerywając nurkowania pod siedzeniem. Nagle prostuje się i teraz z kolei zupełnie bez sensu daje po hamulcach. I hamuje tak, że to czego szuka, a chodziło o jakieś inne CD, wysuwa się spod siedzenia

Stajemy. Zapuszcza płytę. Słuchamy podobnego mielenia ala Woodstock. Kuma gość muzę. No dobra, ale na co czekamy? Kolejnych, pasażerów nie widać. Jedź pan, już! Ruszamy z kopyta. Z kierowcą zaczyna się coś dziać, kiwa głową na boki, jakby kręgi szyjne miał z gumy. Big na lewo, bang na prawo. Big Bang. Znowu bez powodu zwalniamy, samochód beznadziejnie szarpie, jakby paliwo uszło. Ale to zmyła, bo zaraz znowu czujemy gaz. I ciągniemy tak przez kilka dobrych minut. Wnet karkołomnie zjeżdżamy na obsypane żwirem pobocze

Acha! Jest pasażer na widoku a nawet, fiu fiu pasażerka. Wypacykowana Lola. Wsiada i natychmiast zabiera się za ploty przez komórkę. I tak pięć minut nawija, może dziesięć, i może jeszcze trochę. Nagle rozmowę przerywa, i naskakuje na kierowcę. Szofer! Dlaczego do cholery, stoimy? Dlaczego nie jedziemy, szofer?! No właśnie dobre pytanie.

A nasz pan, niemowa voodoo child, odwrócił żółwim ruchem swą ciężkawą głowę w stronę wnerwionej Loli i w końcu, no nareszcie doczekaliśmy się jego głosu, bełkotliwego i mocno zdziwionego głosu "e, że jak to, że nie jedziemy??"

Tośmy na typa trafili, prawda. Facet pewnie zaliczył odlot dłuższy od tipsów tej Dominikanki, która się dosiadła, która pomogła mu... wylądować. Co wcześniej wciągał, to jego...
-
Gość: magp pocketpar@hotmail.com, 190.244.67.5*
2008/09/06 01:08:45
ja stwierdzilam ze sie zlatynizowalam jak zaczelam tu jezdzic coraz czesciej samochodem
zwlaszcza na prowincji..bo u nas w capital to juz troche lepiej

na poczatku bylam oburzona, ze jak to, ze jezu, ojej co za chamy ojejejejejej

a teraz -
zupelnie mi nie przeszkadza stworzenie sobie pasa ruchu w zaleznosci od potrzeb, jak to czynia miejscowi i nie przeszkadza mi skrecanie czyjes w lewo z prawego pasa i na odwrot itd
nie przeszkadza mi masa roznych zachowan na drodze ktore pewnie doskonale znasz wiec po co mam tu o nich przynudzac

(a jezdzenie komus na zderzaku uprawialam juz w PL jako kierowca terenowki a czasem malej ciezarowki zawsze czulam sie poirytowana powolnymi osobowkami)

pod tym wzgledem znajomi stad przyznaja mi 100 punktow na 100 w kategorii jedziesz jak nasza
trabie, pedze, gadam przez okno itd

ale jak teraz o tym mysle, to nie ma sie z czego cieszyc
ale tez inaczej sie nie da

usciski wielkie!!! gdzie teraz jestes?
-
2008/09/06 23:35:30
podobna latynizacje zaoobserwowalam u swojej przyjaciolki w nikaraguii- tez tak sobie tworzyla pasy w zaleznosci od potrzeby. pamietam, ze bardzo mi to imponowalo. magp- szacuneczek.

jesli zas chodzi o kierowcow autobusow to pamietam, ze w meksyku kazdy jeden wygladal jakby dopiero co wylazl z wiezienia (takie troche jak to sie mowi zakazane mordy), ale za kazdym razem jak autobus przejezdzal kolo kosciola to zawsze sie zegnali ;)

moja najbardziej ekstremalne przygody z podrozy pochodza z indii z okolic darjeeling- podobne doswiadczenia do bartka. wyprzedzanie na trzeciego, zero hamulcow- bylam przekonana, ze autobus spadnie w bambusowa przepasc.
zdarzylo mi sie tez leciec helikopterem, w ktorym pilot prawie caly lot sms-owal do dziewczyny. przyznam, ze troche sie balalm, szczegolnie sie jak helikopter troche nie w ta strone zakrecil (tzn. tak mi sie wydawalo).
jesli chodzi o jazde po pijaku to jezdzac stopem na alasce trzeba miec na wzgledzie, ze bardzo czesto kierowca jedzie z szesciopakiem, ktory trzeba mu pomoc obalic ...
-
2008/09/07 01:26:43
A jeszcze się przypomniało, a propos pasów jazdy i żegnania się kierowców. Jeden z lepszych numerów, jaki odwalił kierowca naszego mini busa wyglądał tak (kolejność zdarzeń):
1) przed nami jedzie ciężarówka z naczepą, za nią ciężarówka bez naczepy,
2) ciężarówce bez naczepy nudzi się tempo jazdy swej poprzedniczki, zaczyna ją wyprzedzać,
3) kierowca naszego busa ma dość oglądania ciężarówek przed nim, zaczyna je wyprzedzać,
4) mamy dwa niezależne manewry wyprzedzania w tym samym czasie,
5) żaden z pojazdów znajdujących się PRZED nie ma zamiaru zwalniać, mamy zatem klasyczny wyścig i jazdę na trzeciego ale w wydaniu latynoskim (czyli trzy samochody w tym samym kierunku, korzystające z dwóch pasów w przeciwnych kierunkach),
6) A jakże tutaj musi się w końcu pojawić auto z naprzeciwka czyli musi dojść do konfrontacji na czwartego,
7) Tyle, że auto czwarte nie jest widoczne. Z prostej przyczyny - wszystkie powyższe manewry odbywają się pod górę,
8) Ktoś w tym wyścigu wygrywa, ktoś przegrywa nasz bus wygrywa wjeżdżamy triumfalnie na szczyt wzniesienia, ocierając się niemal o auto czwarte, wyłaniające się z naprzeciwka,
9) Kierowca naszego busa żegna się, ktoś dopowiada amen.

;)
-
Gość: tiffany7, 82.108.79.24*
2008/09/08 17:19:23
Tres pimentos, mas, mas, mas por favor! Ekran opluty a ludzie w robocie patrza na mnie jak na oblakana.

Moje doswiadczenia z latino kierowcami maja konkluzje 'nunca mas'. Jechalam raz busem wzdluz wybrzeza w pn Peru. Kierowca standardowo pedzi jakby sie palilo, a ja siedzac na gornym pokladzie, na przednim siedzeniu ogladam sobie obrazki za oknem i przy okazji trase. Z gory lepiej widac nastepne jakies 2km. W pewnym momencie jedziemy ostro z gorki a pan kierowca smielej naciska na gaz. Coz, filmow sie pewnie naogladal. Nagle ku mojemu przerazeniu pojawia sie znak 'curva peligrosa' i ku mej nie-uciesze pan kierowca przyciska do gazu jeszcze bardziej, mijajac po drodze wszystko co sie rusza na kolach. Zblizamy sie do zakretu, robi sie cieplej, zeby nie goraco, zaczynam odmawiac zdrowaski i zastanawiac sie 'za jakie grzechy to?'. Manewr o prawie 360st przy predkosci Bog wie jakiej, trzymajac sie kurczowo czego sie da. Jak dojechalismy do celu wkurzona, lamanym hiszpanskim opieprzylam goscia. Popatrzyl tylko na mnie jakby myslal 'o co jej chodzi?'
Centrum chyba Trujillo, Peru. Jade lokalnym minibusem (jak one sie nazywaja?). Wpadamy na rondo, z lewej inny zbliza sie do nas i zaraz stuknie. Ale nie, w ostatniej chwili skrecil i pieknie sie przeslizgnal wzdloz naszego pojazdu pozostawiajac dluga szrame po lewej stronie maski. Pomyslalam, zaraz obaj kierowcy wyleca kazdy ze swojego mobilu i bedzie piekna klotnia/bojka w stylu latino. Niestety, panowie jakby nic sie nie stalo, kazdy pojechal w swoja strone. Pewnie przyzwyczajeni...

I jeszcze mi sie przypomiala przejezdzka znow wzdloz wybrzeza w Ekwadorze. Sobota wieczor, czuje sie weekend, zaraz bedziemy w Montanita. Jedziemy starym, lokalnym busem, takim bez zadnych bajerow, slalomem z gorki. Pan kierowca wyraznie sie spieszy na jakas cumbia potancowke chyba. Jedzie naprawde szybko, a droga nie wszedzie jest rowna, wiec niezle podskakujemy i obijamy sie. Trzymamy sie kurczowo siedzien, ale mam wrazenie, ze te zaraz sie oderwa od podlogi i wszyscy/tko pofrunie w powietrze (tu mam wizje mojego biednego kota sprzed paru lat, ktory sie zalapal w srodek wichury, i zeby sie ratowac wbil pazury w ziemie, podczas gdy cala jego reszta bezwiednie fruwala w powietrzu - my musialismy wygladac podobnie).

Po tym wszystkim obiecalam sobie nigdy wiecej. Do nastepnego razu oczywiscie...
Tierra, masz moze jakies statystyki n/t wypadkow w AP? pzdr
-
2008/09/08 17:57:21
@tiffany: Statystyk nie mam. I nie bede ich szukal. :) Po co sie denerwowac? Pamietam tylko, ze najwiecej pasazerow drogowej komunikacji publicznej ginie, na latynoamerykanskim kontynencie, w Peru wlasnie.
A mnie przypomniala sie wlasnie sytucaja z pogranicza argentynsko-chilijskiego, czyli drogi Mendoza-Santiago. Jest poczatek zimy, zimno, slisko i gesta mgla, noc na dodatek. A kierowca leci jakby to byla autostrada i pelnia lata. Siedze w pierwszym rzedzie, przy wyjsciu. Wiec widocznosc mam taka sama jak kierowca. I widze, ze nic nie widac. Reflektory rozdzieraja troche mgle na jakies 5 metrow, nie wiecej. A on pedzi. Co jednak najbardziej fascynujace miesci sie w kazdym zakrecie, zacyzna skrecac tam gdzie ja bym pewnie jeszcze cial prosto... No ale ja bym nie jechal z taka predkoscia! No i nie autobusem... Przy kolejnym szybko i na styk pokonanynm zakrecie, w trakcie ktorego znowu serce mialem w gardle, wyrwalo mi sie po hiszpansku "nic nie widac". Na co kierowca odpowiedzial: "Ty sie ciesz, ze jest taka mgla. Bo jak bys widzial te przepascie obok drogi balbys sie jeszcze bardziej..." I dodal po chwili aby mnie uspokoic: "Sie nie martw, jezdze ta droga od 20 lat. Znam ja na pamiec. Z zamknietymi oczami moglbym ja przejechac..." Wierze, wierze - od razu zapewnilem, przestraszony ze jeszcze zechce mi to pokazac...
-
2008/09/09 15:33:22
W Europie tez mozna podobne rzeczy przezyc ;-)
Ok - mniej survivalu, ale tez wrazenie i szacunek - tym razem dla Czarnogorcow.

Jechalismy busem z wybrzeza do wawozu Tary (polnoc, granica z Serbia I Bosnia) i z powrotem. Droga wiodla kanionem Pivy i przez gory nad morze (bo tunel jest platny). Bus - kilkunastoletni, kierowca co chwila sms-owal a droga wila sie nad kanionem..... Fajne wspomnienia ;-))))

A swoja droga Piva i Tara w tym miejscu lacza sie w Drine - prawie swieta rzeke
-
Gość: lenslook, amprx01x.nokia.com
2008/09/10 15:51:25
Pamietam jak jechalem kiedys autobusem z Valencji (Wenezuela) do El Dorado. Okolo 24h drogi. Okazalo sie ze jeden z kierowcow zachorowal. Drugi kierowca sie nie zmartwil i postanowil sam dojechac do El Dorado. Po 20 godzinach jazdy pasazerowie musieli siedziec za kierowca i oblewac go zimna woda z lodem (lod mial w plastikowej lodoweczce) zeby nie zasnal :-).