|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Paz sin fronteras w skrócieZawsze mnie zastanawiało w jaki sposób media, policja, czy organizatorzy różnych imprez szacują liczbę ich uczestników. Nie mówie oczywiście o wydarzeniach płatnych, kiedy wiadomo ile sprzedano biletów, ale o różnych spontanicznych spędach, czy manifestacjach. Takich jak chociażby wczorajszy koncert „Paz sin fronteras ”. Rozstrzał w ocenie liczby widzów jacy zgromadzili się na wenezuelsko-kolumbijskiej granicy jest doprawdy równie imponujący, jak masa ludzi jaką można było zobaczyć w relacjach z tego wydarzenia. Szacunki na które natrafiłem, wahają się od 50 tysięcy ogłoszonych przez dziennik El Universal z Caracas, przez 200 tysięcy wyliczonch przez organizatorów, po 400 tysięcy o których mówi wenezuelski dziennik VEA . Na dobrą sprawę statystyki są tu bez znaczenia. Ważne, że koncert się udał, wykonawcy byli swietni, pogoda dopisała aż za bardzo (38 stopni!), a granica między Kolumbią a Wenezuelą, jeszcze niedawno ostentacyjnie chroniona, wczoraj dosłownie przestała istnieć – publiczność, która początkowo gromadziła się po obu stronach granicznej rzeki Tachira, z czasem zaczęła do niej wchodzić, a że nie jest ona głęboka, także przez nią przechodzić... Gdy w końcu zaczął się koncert, grający na moście artyści, mieli przed sobą jednolite morze ludzi. W granicznej wodzie widzowie stali równie gęsto, jak na jej brzegach. Zresztą zobaczcie i posłuchajcie sami. Imprezę otworzył i przedstawił wszystkich obecnych wykonawców kolumbijski „rocker” Carlos Vives:
I było to w sumie tylko jedno w miarę długie przemówienie w trakcie całego koncertu. Później była już tylko muzyka i – co ważne – żadej polityki. Oto ponownie Carlos Vives:
Po Kolumbijczyku na scenę wyszedł Ekwadorczyk Juan Fernando Velasco, który m.in. słowami „urodziłem się tutaj, w Wenezueli, Kolumbii i Ekwadorze”, przypomniał zebranym, że kiedyś te wszystkie trzy państwa tworzyły jedno. Velasco zaspiewał m.in. swą sztandarową „pościelówę” Para que no me olvides, która u wielu latynoskich nastolatek wywołuje spazmy jakie w Wielkiej Brytanii wywoływalo ongiś u niektórych The Beatles:
Nastpny w kolejce był Hiszpan Alejandro Sanz, którego koncert w Caracas został niedawno anulowany, gdyż niektórym lokalnym politykom, nie podobały się jego wcześniejsze krytyki pod adresem prezydenta Cháveza. Tym razem Sanz trzymał język za zębami i zaśpiewał m.in. No es lo mismo:
Hiszpan zaprosił także na scenę wszystkich pozostałych wykonawców i razem z nimi wykonał chyba swój największy ostatni hit Corazón partío:
Czwarty na scenie był wielki (to już moja czysto subiektywna uwaga. I nie chodzi mi bynajmniej o jego wysokość) Dominikańczyk Juan Luis Guerra:
On także zaprosił na scenę pozostałych muzyków i wszyscy wspólnie odśpiewali wielki przebój Guerry, Ojalá que llueva café:
Po karaibskich rytmach na scenie pojawił się kolejny, także mający obecnie problemy z wenezuelskim reżimem, Hiszpan - Miguel Bosé:
Po Bosé na scenie wyszedł kolejny typowo latynoski wyciskacz łez, czyli Wenezuelczyk Ricardo Montaner:
No i wreszcie, na sam koniec, pozostał deser. Czyli pomysłodawca i główny organizator tego całego wydarzenia - Kolumbijczyk Juanes:
A tu pozdrowienia dla polityków:
I wreszcie to na co pewnie wszyscy fani Juanesa czekali, czyli La camisa negra:
A Wam kto najbardziej się podobał, kogo najbardziej lubicie? >Technorati tags: Kolumbia, Wenezuela, Juanes, muzyka, koncert.>Blogalaxia tags: Colombia, Venezuela, Juanes, música, concierto, Paz sin fronteras. poniedziałek, 17 marca 2008, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
Komentarze
2008/03/18 19:48:08
Zaraz pewnie ktos na mnie naskoczy, ale... hmmm... z tego co tu tierralatina prezentuje, mnie najbardziej podobali sie Hiszpanie. Bosé i Sainz.
2008/03/19 15:45:54
Muzyka Juana Luisa Guerry będzie dla mnie zawsze szczególna, bo przy jego meregue (z płyty oczywiście:)) poznałam Chiquita:) Lubię też Carlosa Vivesa, Juanes może być, choć chyba zbyt komercyjny. A w ogóle to Juanes zaczynał podobno jako heavymetalowiec! Nie do wiary co?
Kocham muzykę latynoską, choć często jak na mój gust jest zbyt przesłodzona (jak ten Alejandro Sanz). Tylko u latyosów jestem w stanie to strawić:) A w ogóle najfajniejsza jest taka typowo ludowa jak Jorge Velosa y los Carrangueros. Ich La cucharita se me perdio jest genialna! I jeszcze La vaca Pirinola :) Relacja z koncertu świetna, musiała tam być niesamowita atmosfera. Dzięki! 2008/03/20 17:01:30
@la_polaquita: Juanes zanin stal sie Juanesem spiewal w Ekhymosis, jednym z najlepszych kolumbijskich zespolow rockowych (ale nie heavy-metalowych). Nagrali razem chyba 5 plyt i koncertowali nawet w USA.
2008/03/21 13:31:39
I kolejna przewrotność latynoskiej realidad. Pan Wojna zaśpiewał na Paz sin fronteras. Wielki Juan Luis - wspaniały!! A La Bilirubina równie dobra, jak Ojalá que llueva café. Się idzie poruszyć i... wzruszyć od tych karaibskich rytmów.. :)
2008/03/21 15:03:53
@tres.pimientos: Dokladnie. Juz nie pamietak kto, moze Juanes, mowil w trakcie koncertu, ze Juan Luis to jedyna Guerra jaka akceptuja... :)
|
Pzdr. Wiktor