BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

Nie dolecieli... zabrakło paliwa!

To historia wręcz niewiarygodna. W miniony piątek boliwijskiemu samolotowi ze 157. osobami na pokładzie zabrakło z trakcie lotu paliwa. Pilot, w bardzo złej pogodzie, spróbował wykonać awaryjne lądowanie w podmokłym lesie. Przy zetknięciu z ziemią maszyna m.in. straciła prawe skrzydło. Ale zamiast kolejnej tragicznej katastrofy mamy... lotniczy cud! Nikomu nic sic się prawie nie stało. Najpoważniejsze obrażenie to... złamany obojczyk!

Pasażerowie piątkowego lotu z La Paz do niewielkiego, położonego przy granicy z Brazylią miasta Cobija, na pewno nigdy w życiu nie zapomną swej podróży. Ba! Nie zdziwiłbym się nawet gdyby część z nich już nigdy w życiu nie wsiadła do samolotu. Ludzie przecież, w przeciwieństwie do kotów, nie mają siedmu żyć. A ci, którzy znaleźli się w piątek na pokładzie stareńkiego boeinga 727-200, kredyt szczęścia raczej już wyczerpali...

Choć B727 to samolot, który w Europie ogląda się już raczej tylko w muzeach lotniczych, w Ameryce Łacińskiej nadal on wiernie służy. Głównie do przewozu towarów, choć także jeszcze - czasami - do przewozów pasażerskich. Jedną z ostatnich na świecie kompanii posiadających i używających sprawne pasażerskie B727 jest owiany dość ponurą sławą boliwijski LAB, czyli Lloyd Aéreo Boliviano.

Na temat LAB w Boliwii opowiada się więcej makabrycznych dowcipów niż w Polsce o Locie za czasów komuny. I to nie tylko z powodu dość długiej listy wypadków z udziałem maszyn tej kompanii, z których najtragiczniejszym była katastrofa boeinga 707 w Santa Cruz, w której – w 1976 roku – zginęło 113 osób. LAB słynie też z tego, że mniej więcej od połowy lat 90-tych znajduje się w stanie nieustannego quasi-bankructwa. Boliwijczycy już się przyzwyczaili, że gdy podróżuje się LAB-em, to nigdy nie wiadomo czy i kiedy samolot wystartuje. Loty mogą być zawsze odwołane, zawieszone, przesunięte, opóźnione... A overbooking to norma. W ubiegłym roku doszło nawet do tego, że zastrajkowali jego... pasażerowie. Setki osób z biletami w rękach przez kilkanaście dni okupowało lotniska w Santa Cruz i Cochabambie domagając się seryjnie odwoływanych lotów. W efekcie, w marcu ubiegłego roku, boliwijskie władze cofnęły LAB-owi licencję operatora lotniczego.

Szefostwo i prywatni akcjonariusze LABu nie dali jednak za wygraną i postanowili zrestrukturyzować firmę. Nie zniechęciła ich nawet decyzja o zabraniu im tytułu narodowego przewoźnika, oraz decyzja rządu o powołaniu do życia państwowej kompanii lotniczej Boliviana de Aviación, której samoloty wzbić się mają w powietrze w tym jeszcze roku.

LAB w grudniu ubiegłego roku wznowił loty charterowe i liczył, że w marcu-kwietniu uda mu się odzyskać licencję niezbędną do wznowienia przewozów rozkładowych.

Nie muszę chyba dodawać, że piątkowy wypadek, choć nie tragicznie zakończony, raczej definitywnie pogrzebał te plany. I to nie tylko dlatego, że LAB stracił w nim jeden ze swych dwóch będących w stanie latać samolotów...

Piątkowy lot do Cobija był charterem wykonywanym na zlecenie TAMu, czyli kolejnego „asa” boliwijskich przestworzy. Boliwijski TAM nie ma oczywiście nic wspólnego z brazylijskim TAMem, będącym jedną z najdynamiczniej rozwijających się południowo-amerykańskich kompanii lotniczych. Boliwijski TAM to Transporte Aéreo Militar, czyli linia lotnicza należąca do lokalnej armii. TAM lata tam, gdzie lądem trudno dotrzeć, a komercyjnym przewoźnikom nie opłaca się latać. Np. do Cobija. Problem w tym, że Boliwia w ostatnich tygodniach stała się ofiarą wyjątkowo ulewnych deszczy. Pod wodą znajdują się olbrzymie połacie terenów, a tysiące osób musiały zostać ewekuowane. Samoloty TAM biorą aktywny udział w tych operacjach ewakuacyjno-ratunkowych. I nie mogą latać na swych zwyczajowych trasach. Stąd to zlecenie lotu LAB-owi.

W piątek samolot bez przeszkód dotarł do swego celu. Ale niestety nie zdołał wylądować. Przeszkodził ulewny deszcz i częściowo zalany pas. Pilot pokręcił się przez kilkanaście minut nad mokrym, docelowy lotniskiem, aż - w końcu – postanowił poszukać szczęścia gdzie indziej. Jako cel obrał Trinidad, miasto oddalone o ok. 45 minut lotu od Cobija. Wybór był to, jak się miało szybko okazać, nadzwyczaj ryzykowny...

Boeingowi po prostu zabrakło paliwa aby dotrzeć do tego rezerwowego lotniska. „Nagle silniki się zatrzymały, w samolocie zapanowała przejmująca cisza, którą przerwał głos pilota wzywający do zajęcia pozycji jak na instrukcji o awaryjnym lądowaniu” – opowiadał później jeden z pasażerów... Do celu wiele nie brakowało. Samolot dotknął ziemi ok. 5 kilometrów przed początkiem pasa startowego. Wylądował w podmokłym lesie.

Wrak B727-200

Rozbity pod Trinidad B727 (fot. AP)

Zrobił to dość zgrabnie bo pasażerowie opowiadają, że odczuli nie tyle uderzenie o glebę, co huk łamanych drzew. Samolot zanim się zatrzymał stracił jedno skrzydło i połowę drugiego. Ale kadłub wytrzymał. I gdy do wraku maszyny dotarli pierwsi ratownicy wszyscy pasażerowie i członkowie załogi czekali na zewnątrz. Bez wielkiej paniki i poważnych obrażeń opuścili samolot o własnych siłach!

Pierwsze komunikaty LAB robiły z pilota bohatera. Inspektorzy DGAC (Dirección General de Aeronáutica Civil), którzy mają za zadanie wyjaśnić okoliczności zdarzenia nie wypowiadają się jednak o nim z tak wielkim entuzjazmem. Abdón Pórcel, jeden z dyrektorów Superintendencia de Transportes, rządowego ciała nadzorującego transport w Boliwii, tłumaczy że podstawową sprawą jaką należy wyjaśnić jest kwestia wyboru przez załogę zapasowego lotniska. Dlaczego, wiedząc na pewni że paliwa jest „na styk” zdecydowali się lecieć do Trinidad, a nie do brazyliskiego miasta Rio Branco? Nie dość, że znajduje się ono o zaledwie 15 minut lotu z Cobija (tam gdzie samolot pierwotnie nie zdołał wylądować), to w dodatku jest wyposażone w duże, nowoczesne, świetnie wyposażone, międzynarodowe lotnisko...


>Technorati tags: , , , .
>Blogalaxia tags: , , , .
poniedziałek, 04 lutego 2008, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Cud w Boliwii z Aeroplan
Nie mogę się powstrzymać aby nie zalinkować tutaj do kapitalnej wręcz historii , która została dzisiaj opisana na blogu Podróż na Południe . Otóż 1 lutego boeing 727 -200, należący do boliwijskich linii lotniczych LAB , z powodów złych warunków ... »
Wysłany 2008/02/04 11:41:23
Komentarze
2008/02/04 16:53:13
Niesamowite. Ja, po czyms takim, pewnie bym juz nigdy do samolotu nie wsiadla...
-
Gość: Wolfer, chello089079135115.chello.pl
2008/02/04 19:28:10
Koty mają 9 żyć xP
-
Gość: Sedes, 193.19.165.16.osk.enformatic.pl
2008/02/04 19:55:36
Klawe info :)
-
2008/02/04 21:43:28
logo jest troche podobne do naszego lotu
-
Gość: Korkociag, 124-169-41-23.dyn.iinet.net.au
2008/02/05 01:20:43
1/ Popatrzalem na mape i nie pojmuje, dlaczego pilot nie lecial do Rio Branco. Bal sie, ze go zestrzela na granicy?

2/ Z ladowaniem to zaden cud. W takich przypadkach zawsze jest wybuch paliwa rozchlapanego na rozgrzany silnik, a tu akurat paliwa nie bylo. No i mieli szczescie, ze pilot znal swoje rzemioslo, i ze nie trafilo im sie w tym lesie jakies bardzo duze i silne drzewo.
-
2008/02/05 02:49:28
@korkociag: ad1/ tego nikt nie pojmuje. Tym bardziej, ze maja podpisane odpowiednie porozumienie i boliwijskie samoloty juz wielokrotnie korzystaly z Rio Branco, jako z lotniska awaryjnego.

ad2/ No akurat tak wielu przypadkow udanego ladowania awaryjnego gdziekolwiek poza lotniskiem to chyba nie ma. Oczywiscie dla tak duzych samolotow.

@Wolfer: Byc moze, wierze na slowo! :)
-
2008/02/05 11:14:46
Wiecej szczescia niz rozumu? ;)
Wyslalam zaproszenie na gazetowy,
K
-
2008/02/08 22:08:24
Zadziwiające.... zadziwiające, że w tym kraju nikt nie nadzoruje jakimi maszynami ludzie latają. Myślę, że nawet w Polsce takiego samolotu nie wypuszczonoby z lotnika. A już szczególnie bez przepisowej rezerwy paliwa...
-
2008/02/12 04:24:14
Nie dziw sie, tam kazdy samochod jezdzi na "kropelce" a tankuje dopiero, kiedy ma juz umowiony kurs z pasazerem. Pierwszym postojem przy wiekszosci kursow taksowka jest wlasnie stacja benzynowa. To boliwijska rzeczywistosc,przykro ze przenosza ja rowniez do ruchu lotniczego.
Natomiast z tym lasem to bym polemizowal. W okolicach Trinidadu praktycznie lasow wielkich nie ma, tylko mokradla z malymi drzewami i krzakami. Wiekszosc cennych i duzych drzew dawno zostala wykarczowana, jak w praktycznie wszystkich "wielkomiejskich" rejonach Amazonii/Beni. Tak wiec mieli szczescie, ze nie wydarzylo sie w okolicach jakiejs bardziej dziewiczej puszczy, np. takiej wlasnie jak widuje sie w dalszych okolicach Cobijy, czy w glebi Brazylii. Chyle tu tez czola przed fartem pilota, ale pusto to on najwyrazniej mial nie tylko w baku.
-
Gość: tomek, chello089077001063.chello.pl
2008/02/13 17:01:39
to nie wina samolotu nasze rzadowe tu-154 sa z tej samej epoki, a tych B727 lata do dzisiaj 600 !!!
-
2008/02/13 17:48:41
@tomek: a gdzies ty wyczytal, ze to wina samolotu? Co oczywiscie nie zmienia faktu, ze _pasazerski_ B727 to rzadki rarytas. Prawie wszystkie z tych 600 nadal latajacych to samoloty cargo.

Zreszta z tego typu statystykami nalezy bardzo uwazac. Bo teoretycznie boliwijski LAB posiadal przed tym wypadkiem 9 takich samolotow. W praktyce jedynie 2 nadawaly sie do eksploatacji. Teraz zostal jeden.