BloGalaxia

Blog > Komentarze do wpisu

Che Guevara wygrał kolejną bitwę!

Wielkimi krokami zbliża się Wielka Rocznica lewicowej Latynoameryki. 9 października 1967 roku zastrzelony bowiem został w Boliwii Ernesto Guevara de la Serna, latynoskim masom znany po prostu jako El Che. A że 40-lecie to nie byle jaki jubileusz, na Kubie, gdzie Che Guevarra wyniesiony został niemal do pozycji boga, lokalne reżimowe media dochodzą już od paru dni do zbiorowego orgazmu. El Che to, El Che tamto, El Che jest wielki i go wszyscy kochamy...

W tym hagiograficznym koncercie natrafiłem na jedną wartą uwagi historię. Jej bohaterem jest Mario Terán – Boliwijczyk, któremu jakiś czas temu kubańscy lekarze zoperowali kataraktę w jednym z boliwijskich szpitali. Jak dotąt historia jest banalna - okuliści są od lat najważniejszym towarem propagandowo-eksportowym Fidela Castro. I bardzo dobrze, bo tysiące Latynosów odzyskało dzięki nim wzrok. Korzystają też lekarze - wielu z nich udało się przy okazji „bratniej pomocy” zwiać i nie wrócić już do socjalistycznego raju na Karaibach...

Wróćmy jednak do Mario Terána. W momencie operacji nikt nie skojarzył nazwiska starszego niewidomego pana z wydarzeniami sprzed pół wieku. Jak dziwne historia zatacza koła okazało się dopiero, gdy syn Terána wysłał list dziękczynny do lokalnej gazety. Wtedy wszyscy sobie przypomnieli...

Mario Terán był w 1967 roku podoficerem boliwijskiej armii i członkiem batalionu, który przy współpracy z CIA, złapał Che Guevarę. Gdy zapadła decyzja, że schwytany rewolucjonista zostanie rozstrzelany, to właśnie Terán wyciągnął najktrótszą słomkę – synonim wygranej w szybkim konkursie na egzekutora. I – jak to w armii bywa – rozkaz, jest rozkaz; to Terán umieścił kulkę w piersi Che Guevary.

El Che martwy

Kubańskie media historią tą raczą już od kilku dni. Oczywiście podawana jest ona w gęstym sosie rewolucyjnej retoryki. Te rewolucyjne zdania zawsze, od małego (w podstawówce zaczytywałem się wyjąc ze śmiechu „Bajkami o Leninie” Michaiła Zoszczenki) budziły u mnie fascynację – jak bardzo trzeba mieć wyprany mózg aby nie parsknąć śmiechem przy tak napuszonej formie. Żeby nie być gołosłownym, oto co pisze na temat Mario Terána Granma, najwięszy kubański dziennik, Organ Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby (a jakże!):

Po otrzymaniu rozkazu od swych przełożonych, Terán aby go wykonać, musiał dodać sobie alkoholem odwagi. I on sam opowiadał później, że drżał jak liść na drzewie przed obliczem tego człowieka, który wydawał mu się wówczas „duży, bardzo duży, wielki”.

Che, ranny i rozbrojony siedział na klepisku małej szkółki i patrzył na niego z odwagą i dumą. I miał odwagę, której zabrakło jego mordercy: rozpiął swą znoszoną, zielonooliwkową koszulę, obnażył swą pierś i krzyknął: „Nie trzęś się już i tu strzelaj, zabij człowieka...”

(...)

Che oczywiście nie zamknął oczu po śmierci – nadal patrzyły one na mordercę oskarżycielskim wzrokiem.

(...)

Terán będzie mógł ponownie podziwiać kolory nieba i lasu, cieszyć się z uśmiechu swych wnuków i oglądać futbolowe mecze. Ale na pewno nigdy nie będzie w stanie zobaczyć różnicy między ideami, które doprowadziły go do zamordowania człowieka z zimną krwią, a tymi które głosiła ofiara - która rozkazywała aby lekarze jego oddziałów z równą troską opatrywali swych towarzyszy broni, jak i zranionych żołnierzy wroga. Odddziały Che zawsze tak robiły w Boliwii, tak samo jak wcześniej działo się to w górach Sierra Maestra, dzięki ścisłym rozkazom głównego dowódcy Fidela Castro.

Zapamiętajcie dobrze to nazwisko: Mario Terán, człowiek nauczony zabijać, który ponownie widzi dzięki lekarzom, wcialającym w życie ideały jego ofiary. Zapiszmy to nazwisko w naszych pamięciach, nie zapominajmy o nim i osądźmy go.

Cztery dekady po tym, jak Mario Terán swą zbrodnią próbował zniszczyć pewne marzenie i pewną ideę, Che wygrał kolejną bitwę. I walka trwa...

Prawie się popłakałem. Ale bynajmniej nie ze wzruszenia... I nie moją intencją jest rozpoczynanie debaty o Che, jego ideach, życiu, czy śmierci. Nie o to mi w tym wpisie wchodzi. Ja po prostu nie jestem w stanie przełknąć tej rewolucyjnej retoryki. Kiedyś wpadły mi ręce jakieś stare Trybuny Ludu. Było podobnie.

Co gorsza, odnoszę wrażeniue, że nasi rodzimi, aktualni włodarze też czasem zaczynają wpadać w podobne tony... Czy tylko mnie się tak wydaje?


>Technorati tags: , , , , , , .
>Blogalaxia tags: , , , , , , .
środa, 03 października 2007, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2007/10/04 11:49:47
Uff! Widzac tytul wystraszylam sie, ze nagle stales sie fanem tego osobnika. :)
-
2007/10/04 14:12:54
Ja jakoś nie potrafię się pozbyć sentymentu dla Che Guevary. To bardzo niejednoznaczna postać, ale kurcze, ma w sobie jakiś taki tragizm, że nic na to nie poradzę:). Dlatego w pewnym sensie rozumiem facynację Marqueza Fidelem - pomimo wszelkich zbrodni i błędów, które obaj "rewolucjoniści" popełnili, są to ofiary własnych ideałów, własnego zbyt jednoznacznego widzenia świata, no a poza tym byli to chłopi z jajami, tego nikt nie zaprzeczy.

A ta historia z Mario Teronem to już prawie materiał na powieść czy film. Miejmy tylko nadzieję, że napisania/nakręcenia nie weźmie w swoje ręce jakiś rewolucyjny hagiograf. To dopiero by wyszedł potworek!