|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Taaaaaka ryba!Z Guayaquil jest ciekawa sprawa. Jest to nie tylko najwięlksze miasto Ekwadoru, ale także największy port handlowy tego kraju. To właśnie stąd wyruszają do Stanów Zjednoczonych i Europy ekwadorskie banany. Jednak wbrew temu czego można byłoby się spodziewać, Guayaquil wcale nie leży nad morzem. Port usytuowany jest na brzegach Estero Salado, czyli estuarium rzeki Guayas. Z centrum Guayaquil do brzegu Pacyfiku jest ponad 60 kilometrów. I zresztą jest to odległość tylko teoretyczna, bowiem najbliższe miastu wybrzeże wciąż, na szczęście, pokrywają dzikie lasy mangrowe i jest ono praktycznie niedostępne. Najbliższą rekreacyjną plażą jest tak na dobrą sprawę Salinas – obrośnięta betonową dżunglą hoteli i apartamentowców i położona ok. 140 kilometrów od portowej metropolii. Kilka dni temu, za namową znajomych, właśnie się tam – wraz z nimi - wybrałem. Oficjalnym celem naszej wycieczki była chęć podejrzenia humbaków - dość widowiskowych wielorybów, które znane są ze spektakularnych wyskoków ponad powierzchnię wody. Co roku dziesiątki, a czasem nawet setki tych morskich ssaków spływają się do zatoki w Salinas, aby... rodzić małe, a także – prawdopodobnie - pracować nad kolejnym potomstwem. Pracownicy Pescatours, lokalnej agencji która organizuje morskie wycieczki i podglądania wielorybów, lojalnie z góry nas uprzedzili, że trochę się spóźniliśmy. Humbaki w okolicach Salinas gromadzą się od lipca do września, po czym wracają w stronę chłodniejszych wód Północy i Południa. W połowie października w zatoce jest już generalnie pusto. „Zostały tu jeszcze ze dwa trzy ostatnie humbaki, ale tego czy uda się je spotkać nie możemy zagwarantować” – uczciwie uprzedzono nas podczas rozmowy telefonicznej. Zdecydowaliśmy, że zaryzykujemy. A ja osobiście miałem nadzieję, że uda mi się przy okazji przetestować jakiś lokalny klub nurkowy. Ponoć w regionie jest kilka ciekawych wraków... Do Salinas dotarliśmy w dość pochmurny dzień. Ocean na szczęście wydawał się być relatywnie spokojny. W biurze Pescatours pracownicy byli jendak jeszcze mniej optymistyczni niż przez telefon. Nikt ponoć od kilku dni nie widział żadnego humbaka... No ale delfiny ponoć są zawsze i często bawią się płynąc i wyskakując ponad wodę tuż obok łodzi. No to ruszamy – zdecydowaliśmy! Szybko okazało się, że Pacyfik wcale nie był taki spokojny na jaki wyglądał z brzegu. Za falochronem portu w Salinas nasza grupka mocno się przerzedziła. Niektórzy, blado-zieloni, padli na koje i starali się oszukać samych siebie, że śpią. Na pokład nie wybawiły ich nawet nasze radosne okrzyki, gdy tuż obok burty pojawiły się ciemne delfinie grzbiety. Także wyśmienite homary (jak on to skubaniec ugotował przy tej huśtawce???) podane przez pokładowego kucharza spotkały się ze zdecydowanym brakiem entuzjazmu z ich strony. I co najciekawsze, najbardziej chorzy byli ci którzy najbardziej na ten wyjazd byli napaleni... „Ballena, ballena” (wieloryb, wieloryb) – okrzyk naszego kapitana obudziłby nawet martwego. Wszyscy z mniej lub bardziej cienkimi minami pojawili się na górnym pokładzie i zaczęli wytrzeszczać oczy w kierunku wskazywanym przez szefa naszej jednostki. Poza grzywami fal nic tam jednak nie było. Kapitan nie dawał jednak za wygraną: „Ballena, ballena”... Ci chorzy zaczęli patrzeć na niego jak na wariata i sadystę. On jednak nadal wpatrzony był w jakiś, tylko jemu znany, punkt oceanu. Daleko? Zapytałem się. „Nie daleko, blisko, jakieś 150 metrów przed nami”... Chorzy już chcieli wracać do pozycji horyzontalnej, gdy rzeczywiście coś się w tej wodzie przed nami poruszyło. Coś jakby cień, jakby jakaś nienaturalna dodatkowa fala... Nieeee! To złudzenie... Aż tu nagle... To było jakby ktoś nagle włączył telewizyjny kanał National Geographic – najpierw, wyraźnie na kilka metrów ponad fale, wyrosła fontanna wody. I chwilę potem z wzburzonej toni wyskoczyło w powietrze cielsko prawdopodobnie większe niż nasza, niemała przecież jednostka. Humbaki osiągają długość do 18 metrów i ważyć mogą sporo ponad 50 ton. Mimo szumu wiatru, hałasu maszyn i chlupotu fal huk jaki ten olbrzym wywołał opadając w morską toń zaskoczył nas wszystkich. „Jak armatni wystrzał” – opowiadał mi kiedyś chilijski naukowiec, który badaniu wielorybów poświęcił swoje życie. Miał rację. Humbak na pożegnanie pokazał nam jeszcze swą tylnią, olbrzymią płetwę. I już więcej go nie widzieliśmy... I choć cały ten spektakl trwał mniej niż minutę naprawdę warto było dla niego przyjechać do Salinas i wytrzęść się ponad dwie godziny na łodzi! Potwierdzili to nawet chorzy! Do Salinas trzeba było jednak jeszcze wrócić. Załoga zaproponowała nam abyśmy w drodze powrotnej spróbowali szczęścia z wędką. I choć wędkarzem nie jestem to jednak pomyślałem natychmiast o „Starym człowieku i morzu” Hemingwaya i przede wszystkim o moim nieżyjącym już dziadku, który ryby łowić uwielbiał. I z którym, wiele lat temu, spędziłem sporo czasu nad brzegami jeziora Raduńskiego łowiąc płoty, okonie a nawet liny. Dziadek przepuszczenia takiej okazji by mi nie podarował – pomyślałem i przystałem na propozycję załogi. Moi znajomi, znawcy Salinas, spojrzeli jendak na mnie jak na naiwnego gringo. Ponoć nie była to ani pogoda, ani godzina, ani nawet miejsce na jakąkolwiek „grubą rybę”... I rzeczywiście długo nic się nie działo. Siedziałem na rufie lekko otumaniony spalinami i wpatrzony gdzieś gdzie, wydawało mi się, żyłka (a raczej żyła) mojej wędki stykała się z wodą. Na jej końcu był potężny hak ze zdechłą rybą większą od największej płoci jaką kiedykolwiek udało mi się złowić z moim dziadkiem... Nagle, poczułem mocne szarpnięcie i usłyszałem wycie mojego kołowrotka, który z jakąś dziką prędkością wypluwał z siebie dzesiątki metrów żyłki. Ten charakterystyczny dźwięk natychmiast wyrwał z otępienia załogę. W ciągu dosłownie kilku sekund zostałem posadzony na znajdującym się na rufie specjalnym obrotowym fotelu, przypięty do niego potężnym skórzanym pasem, a wędka połączona została z burtą zabezpieczającą stalową linką. Kapitan zwonił obroty maszyn. Blokuj kołowrotek i kręć, kręć, kręć... ktoś do mnie krzyczał. Czyżby na końcu była ryba? Bo ja w pierwszej chwili naprawdę pomyślałem, że po prostu ciągnięta przeze mnie przynęta o coś zahaczyła. Szybko jednak poczułem, że to coś znajdujące się na końcu żyłki się rusza, ciągnie, walczy. Że stara się wyrwać mi wędkę, albo najchętniej zerwać mnie z pokładu pociągnąć gdzieś w głębiny. Ja byłem z nim jednak scalony, a wędka zaklinowana w specjalnym otworze mojego siedziska. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko kręcić, kręcić, kręcić i... popuszczać gdy czułem, że żyłka jest bliska pęknięcia. A także liczyć na zdolności kapitana, który w takiej sytuacji musi przez cały czas tak manewrować łodzią aby łowiona ryba pozostawała zawsze w tyle za nią. Udało się, po ponad 20 minutach walki, gdy już mi się wydawało, że odpadnie mi ręka przy rufie pojawił się niebieski grzbiet z charakterystyczną płetwą – na końcu żyłki miałem błękitnego marlina! Jeszcze pięć minut i przy pomocy załogantów bestia była na pokładzie. Naprawdę imponująca. Już w porcie dokładnie ją zważyliśmy – 108 funtów, czyli prawie 50 kilogramów. Dziadek byłby ze mnie dumny!
Chyba niezła ryba jak na morsko-wędkarski debiut?
>Technorati tags: Ekwador, Salinas, turystyka, wędkarstwo, humbak, marlin blękitny, Pescatours.>Blogalaxia tags: Ecuador, Salinas, turismo, pesca, ballena jorobada, aguja azul, Pescatours. niedziela, 29 października 2006, tierralatina
Blog Podróż na Południe serdecznie zaprasza wszystkich zainteresowanych tematyką Ameryki Łacińskiej i Karaibów do odwiedzania tierralatina.pl - jedynego chyba w Polsce serwisu internetowego poświęconego wyłącznie temu, tak pasjonującemu, fragmentowi świata. A także do dyskusji na towarzyszącym mu forum.
TrackBack
Komentarze
chihuahua1
2006/10/29 08:06:35
POLSKI SANTIAGO!!!!!
Gość: clicker, 66.153.18.4*
2006/10/30 03:32:29
Fantastyczny blog. Swietnie chlopie piszesz - rob to jak najczesciej!
2006/10/30 16:38:08
Świetny blog! ( Choć trochę szkoda tego merlina, pomimo doskonałych wrażeń i niezłych emocji. Czy został on chociaż skonsumowany? :)
Pozdrawiam Graniasty 2006/10/31 04:55:21
Rany, alez bym chciala zobaczyc humbaka!!!!!!!! Gratulacje! Z tego wszystkiego, nie napisales, czy w koncu widziales delfiny.
2006/10/31 05:39:59
chaobella: no przeciez jest o spotkaniu z delfinami!
tierra: extra historia! 2006/10/31 15:08:08
Zobaczysz, za tą rybią śmierć pójdziesz do marlinowego piekła... Hemingway zrozumiał to trochę za poźno, no i wszyscy wiemy, jak się to smutno skończyło.
2006/11/01 05:31:31
Choroba, z tego wszystkiego przeoczylam delfiny :-((. Juz znalazlam.
Gość: Gregos, ip67-91-151-140.z151-91-67.customer.algx.net
2006/11/02 14:04:38
Jaka szkoda, ze nie odkrylem tego bloga wczesniej! Mam teraz spore zaleglosci do nadrobienia!!! Zazdroszcze przygody z taaaaaaka ryba!
2006/11/03 07:50:10
Moje gratulacje!
Tez......jak ja wazy...prawie... Hmmm... Ja, owszem mocze czasem kijka dla relaksu raczej... Do tej pory zadna mi moich zyczen nie spelnila... Ale dalej rybki do...wody wrzucam... Bo ja wampirkiem jestem... A w bajki nie wierze... To jak, co zrobiles ze swoja rybeczka? ;-) 2006/11/06 19:23:06
Wszystkich zaniepokojonych losem merlina pragne uspokoic... Nie zmarnowal sie, zostal zjedzony! :)
2006/11/10 18:06:09
czesc! ciekawe co tam jeszcze zlowisz i zjesz w ameryce. ja na twoim miejscu bym wybral sie do mercado central i kupil siatke papaya. albo mango.
pozdrowienia z deszczowej ziiimnej szkocji 2006/11/11 14:52:17
Jako zapalony wedkarz moge Ci powiedziec tylko jedno: CHOLERNIE ZAZDROSZCZE!
marti: mango to swietny deser! 2007/11/09 18:34:26
@Julia: Postaram sie, mimo wszystko, jakos to Twa nienawisc przezyc! Moze mi sie uda! ;)
2007/11/14 19:26:08
No moze przesadziłam z tym ,,nienawidzę cię'', ale czy wiesz, że marlin osiąga ponad 140 km/h? Jest o 30 km/h szybszy od geparda!
|